Jeszcze tego nie wiecie, ale na Z nogą w głowie, jeszcze od czasów przednatematowych (tak, takie były), czci się wielkie jubileusze. Wielki jubileusz, pierwszy w erze natematowej, miał miejsce wczoraj. Mecz Drzewiarz Jasienica – Rekord Bielsko-Biała (IV liga) był trzysetnym, jaki widziałem na żywo. A co pięćdziesiąt, żeby sobie wszystko uporządkować, a i z wami się czymś podzielić, robię ranking pięciu z różnych powodów najbardziej niezapomnianych spotkań.

REKLAMA
5. 14.12.2011, mecz nr 252. Wisła Kraków – Twente Enschede 2-1
W uniesienie wpadłem, oglądając na żywo mecz Wisły jeden jedyny raz. Jeden jedyny raz poczułem się, jakbym był kibicem Białej Gwiazdy. Kiedy gdzieś nade mną lokalni krakowscy dziennikarze, oglądający mecz Fulham – Odense, zaczęli wrzeszczeć, to ci koło mnie też zaczęli wrzeszczeć i ja wrzeszczałem i wszyscy pod nami wrzeszczeli. Potem wrzeszczał cały stadion. To był cud. Wszyscy pamiętacie gola Odense w Londynie w ostatnich sekundach, który dał Wiśle awans do kolejnej rundy Ligi Europy. Jak już przestaliśmy wrzeszczeć bezładnie, to kibice krzyknęli najgłośniej, jak tylko słyszałem na jakimś stadionie. „Taaaaaak się bawią ludzie, wtedy, kiedy Wisła gra...”. Jeden, jedyny raz...
4. 10.04.2012, mecz nr 270. Wisła Kraków – Ruch Chorzów 3-1 k.5-6
Przypadkiem znowu Wisła. Przypadkiem 10 kwietnia. Nie przypadkiem akurat wtedy siedziałem już ze ściśniętymi kciukami za „Niebieeeeskich”. To był najdłuższy wieczór, jaki spędziłem na stadionie. Z dogrywką i karnymi trwał gdzieś do 23:30. Z konferencją prasową i zbieraniem wypowiedzi gdzieś do 00:30. Oj, duuużo żurku wtedy w siebie wlałem. Pamiętacie sytuację z niedawnego finał turnieju olimpijskiego w siatkówce mężczyzn, kiedy najpierw Rosjanie zaczęli się cieszyć ze złota, a później okazało się, że któryś z nich przekroczył linię i jednak trzeba grać dalej? Od wielkiej radości, do wzmożonej koncentracji, by móc powrócić do wielkiej radości. Tu było tak samo. Ten karny obroniony przez Perdijicia, piłkarze Ruchu biegnący, by przydusić swojego bramkarza, sędzia nakazujący powtórzenie karnego... Sędzia zdecydowanie nie chciałby mnie tamtego wieczora spotkać w ciemnej, pustej uliczce. Ale udało się!
3. 15.04.2012, mecz nr 272. Ruch Chorzów – Górnik Zabrze 0-0
Ledwie kilka dni później, a emocje jakże inne. Moje pierwsze Wielkie Derby Śląska. A właściwie Żenujące Derby Śląska. Przebieranki pod sektorówkami, obrzucanie się racami, wyłamywanie płotów toy-toyami. Nie chodziłem na stadiony w latach 90., więc takie sceny znałem tylko z opisów i z filmów. I szczerze, wolałbym, żeby tak pozostało. Ależ byłem wówczas rozgoryczony. Jedyny pozytyw tej zadymy był taki, że tekst potępiający bezmózgów wywołujących te zamieszki popełnił Wojciech Kuczok. I to był jeden z lepszych tekstów okołopiłkarskich, jakie czytałem w ostatnim czasie. „Śmieją się z was kibice angielscy, śmieją się z was fani holenderscy...”.
2. 5.05.2012, mecz nr 280. Rekord Bielsko-Biała – Iskra Pszczyna 8-1
Stałem po meczu z trenerem Janem Żurkiem (pewnie znacie) i cieszyłem się, że znęca się nad papierosem, bo nie musiał dzięki temu znęcać się nade mną. Wtedy, w Cygańskim Lesie jedyny raz w życiu zobaczyłem, by mocna drużyna (Rekord był na drugim miejscu, Iskra na piątym), tak się posypała w ciągu 10 minut. W 60. było jeszcze 2-1. W 70. było już 7-1. Pięć goli, w dziesięć minut, czyli bramka co 120 sekund. Połowy nie widziałem, bo nie nadążałem z zapisywaniem strzelców poprzednich...
1. 28.07.2012, mecz nr 296. LKS Czaniec – BKS Stal Bielsko-Biała 3-4
Świeża sprawa. Pierwszy raz w Czańcu. Sobotnie przedpołudnie, czuję się jak stek na grillu. Pierwsza runda okręgowego Pucharu Polski. Beniaminek III ligi z doświadczoną ekipą III-ligową. Idę odbębnić obowiązek. Idę zobaczyć to żenujące widowisko. Skoro w niedzielę o 17:00 pogoda nie sprzyja do grania w piłkę, to co dopiero w sobotę o 11:00? Tymczasem przez pierwsze 20 minut widzę sens rozgrywania Euro 2012 w Polsce. Znaczy się zawsze widziałem, ale że zobaczę go w Czańcu, tego się nie spodziewałem. Młoda drużyna BKS-u, pod wodzą nowego trenera, grała klasyczną tiki-takę. Pyk, pyk, pyk. Gol. Ciach, ciach, ciach. Bramka. Klepka, klepka, kopnięcie, wybiegnięcie gol. One touch, thank you very much. Trzy gole w 20 minut i rywal błaga, żeby był już koniec. Jako że jest gorąco, po 22 minutach przerwa na uzupełnienie płynów. Może Czaniec wypił substancje dopingujące, a BKS środki usypiające, ale... wszystko zmieniło się diametralnie w tym jednym momencie. Stal zapomniała tiki-taki, a Czaniec stał się świetnym florecistą. Usypianie, usypianie, usypianie, prostopadła piłka – cios! - usypianie, usypianie, prostopadła piłka – cios! 2-3 do przerwy. Po przerwie Czaniec w dziesiątkę powtarza wyczyn Liverpoolu i wyciąga na 3-3. Po czym, gdy zdaje się już być bliski imponującego rozstrzygnięcia tego meczu, BKS trzy minuty przed końcem strzela gola z rożnego na 4-3. Takie emocje, taki poziom, takie zwroty akcji na szczeblu III ligi śląsko-opolskiej. Jeśli początkowo sceptycznie podchodziłem do Igrzysk Olimpijskich, to właśnie dlatego, że ten mecz pokazał dobitnie – nie musi być dobrych drużyn. Nie musi być warunków. Nie musi nawet być ligi. Ale musi być futbol. - Mamy medal. Srebro w strzelectwie! - zadzwoniono mi. - Aha – powiedziałem. Oddałbym ten medal, za możliwość doprowadzenia do dogrywki w Czańcu. Co by się tam działo!