Gdyby moja pościel umiała wydawać dźwięki, śpiewałaby od kilku miesięcy non stop piosenkę „Die elf von Niederrhein“. Choć ciężko byłoby to znieść, nie dziwiłbym jej się specjalnie. Jest przecież cała w herbach Borusii Moenchengladbach, a ta przeżywa najpiękniejszy czas od lat 70. Przeżywa go niespodziewanie, pozornie bez żadnych przyczyn. Ale przecież, jak prześledzić karierę jej trenera, można się było domyślić, że Lucien Favre nie zadowoli się po prostu walką o utrzymanie.
REKLAMA
Znowu Szwajcar. Piłkarz mierny, który może się pochwalić tym, że w reprezentacyjnym debiucie przyćmił debiuty Franka Rijkaarda i Ruuda Gullita dla Holandii. To Favre zdobył gola, zresztą jedynego w historii występów w kadrze. Zaczynał powoli, spokojnie, nie rzucał się, jak niektórzy w naszej lidze na głęboką wodę, nie mówił jakie ma kontakty. Zresztą jego trenerska kariera to ciąg poukładany, w którym każdy następny krok oznacza postęp, ale też nie skok na miarę Bubki. Dobrze uczył futbolu 14-latków, to pozwolili mu pouczyć dorosłych zawodników amatorskiego FC Echallens. Jego młodziutka drużyna odniosła jeden z największych sukcesów w historii - awansowała do II ligi szwajcarskiej. Po czterech latach dobrej pracy dostał pod skrzydła akademię Neuchatel Xamax, klubu już profesjonalnego. Zresztą młodzież, młodzież wszędzie. Na każdym etapie jego kariery, charakterystyczne było, że otacza się piłkarzami młodymi. Spod jego skrzydeł wyszły może nie wielkie gwiazdy światowego futbolu, ale na pewno gracze cenieni - Blerim Dzemaili i Gokhan Inler z Napoli, czy... chociażby Łukasz Piszczek. Możemy Favre’owi bardzo serdecznie dziękować, że dostrzegł w nim prawego obrońcę, bo dziś mamy jednego z najlepszych bocznych defensorów na kontynencie, a bez Szwajcara pewnie mielibyśmy kolejnego niezbyt udolnego snajpera...
Dziś Favre jest wymieniany jako główny kandydat na następcę Juppa Heynckessa w Bayernie Monachium. Doświadczony trener jest na najlepszej drodze do połamania sobie zębów na arcytrudnej do prowadzenia bawarskiej drużynie. W Monachium już rozglądają się za kimś na dorobku, lecz przecież wcale nie młodym (Favre ma 55 lat). A skoro Bayern chce go zatrudnić, to znaczy, że w Niemczech doszedł już na sam szczyt.
Zanim tego jednak dokonał, musiał podbić swoją ojczyznę. Przejął więc na przełomie wieków prowincjonalny Yverdon-Sport na ostatnim miejscu w II lidze, zostawił na 5. w najwyższej. To do dziś najlepszy wynik tego klubu w historii. Wypatrzyło go Servette Genewa, gdzie osiągał największe sukcesy jako piłkarz. Przyszedł i wygrał krajowy puchar. To dało przepustkę do Europy, a tam najlepiej wypromował się... sam trener. Jego Szwajcarzy rozbili Slavię Praga i Real Saragossa, co już mogłoby być zaskoczeniem. Mogłoby, ale blednie, przy zdemolowaniu Herthy Berlin 3-0 na Stadionie Olimpijskim. W stolicy Niemiec prędko mu tego nie zapomniano...
Zanim tam ostatecznie trafił, do końca przekonał wszystkich, że w Szwajcarii nie ma już sobie równych. Po 25 latach oczekiwania zdobył z FC Zurych mistrzostwo kraju, dorzucił jeszcze puchar, a rok później kolejne mistrzostwo. Zgarnął dwie nagrody dla najlepszego trenera Szwajcarii, pokłonił się pięknie i poszedł robić prawdziwą karierę. Do Berlina, który kiedyś upokorzył...
To miasto wybitnie niepiłkarskie. Do niedawna w Europie stolica Niemiec mogła się pod względem futbolowego upośledzenia równać jedynie z Paryżem. I to porównanie jest już jednak nieaktualne, po tym gdy rurociągami zaczęły płynąć nad Sekwanę petrodolary. Hertha marzy o tym, by mieć sukcesy przystające do rangi miasta, ale marzenia od wielu lat nie odwiedzają rzeczywistego świata. Patrząc na to, co w ostatnich latach dzieje się z berlińskim klubem (wczoraj spadek do 2. ligi, dziś totalny chaos, sześć porażek z rzędu i widmo powtórzonego spadku), trzeba Favre’owi przyznać, że wyniki osiągnął fenomenalne. Ograł Bayern, był ze swoją drużyną liderem, zakończył z nią na czwartym miejscu. Z dzisiejszej perspektywy - rewelacyjnym. Dysponujący jednym z niższych budżetów w lidze klub stwierdził jednak, że to idealna okazja, by godnie zarobić - wyrwał tej dobrze latającej musze trzy skrzydełka, a potem kazał latać, jak dawniej. Mucha przestała reagować, siedziała na dnie, Favre’a pogoniono.
Odnalazł się znów na dnie, tyle, że po drugiej stronie Niemiec. Miał ratować pordzewiałą potęgę z Moenchengladbach. Przejmował ją na ostatnim miejscu, ze zdobytymi 16 punktami, na 12 kolejek przed końcem. Po dramatycznej walce udało mu się wydźwignąć „Źrebaki“ na powierzchnię, wygrać baraże, osiągnąć cel, a potem... zacząć spełniać marzenia.
Borussia jest dziś wiceliderem, wygląda na to, że po raz pierwszy zagra w Lidze Mistrzów i prezentuje - po swojej imienniczce z Dortmundu - najładniejszy styl w Bundeslidze. Zespół znów jest młody i nie wymagał nawet specjalnych transferów. Wystarczyła dobra ręka trenera, wyczucie we wprowadzaniu nowych graczy i dziś Marc-Andre ter Stegen, Patrick Hermann, czy Marco Reus to wschodzące gwiazdy futbolu sąsiadów. Ten ostatni już od lipca będzie zresztą kolegą klubowym Błaszczykowskiego, Lewandowskiego i Piszczka. Tego ostatniego oczywiście, o ile trener - po ewentualnym przyjściu do Monachium - nie przypomni sobie starej berlińskiej znajomości. Bardziej realne jest jednak to, że Favre - gdziekolwiek trafi - postawi na miejscowych 18-latków. I oczywiście osiągnie z nimi wyniki ponad stan. Jak już uczynił w Echallens, Yverdon, Genewie, Zurychu, Berlinie i Moenchengladbach...