To, że Mauricio Pellegrino jest synonimem klęski wbiło mi się w łeb tak dawno, że gotów jestem stwierdzić, że nieszczęście kojarzyło mi się z nim zawsze. Jasne, że Piotr Celeban czy inny Ariza Makukula daliby się pokroić za taką pełną nieszczęść karierę, okraszoną triumfem w Lidze Mistrzów, dwoma finałami tych rozgrywek, wygraną w Pucharze UEFA, mistrzostwami Hiszpanii i występami w reprezentacji kraju. Mi jednak w pamięci utkwił dzięki jednemu wieczorowi, kiedy patrzył na niego cały świat, patrzyłem ja bajtel, jak przegrywał ze złem.

REKLAMA
Nie muszę chyba mówić, że złem byli Niemcy. Nie tacy kulturalni faceci z klasą jak ci dzisiejsi Niemcy. Nie, to były same najgorsze typy. Twarzami tego zła byli Olivier Kahn (jeszcze zanim skrócił włosy, a więc w wersji najdzikszej z możliwych) i Steffen Effenberg, znany wszystkim zbir. Zło płakało dwa lata wcześniej, bo przegrało w ten pamiętny sposób finał Ligi Mistrzów. Dobro płakało rok wcześniej, bo dało się zmieść Realowi Madryt w finale tych rozgrywek. Ludzie, co za czasy to były! Valencia grała w finale Ligi Mistrzów dwa razy z rzędu! Wygrywała w półfinale z Leeds United! Tym Leeds, które nie tak dawno awansowało z III do II ligi angielskiej. 11 lat. Układ sił w Europie zmienił się w tym czasie bardziej niż ktokolwiek z nas.
Dopiero pierwszy raz oglądałem finał Ligi Mistrzów. Nie pamiętam pierwszego dnia w szkole. Słabo mi utkwiła w pamięci pierwsza randka. Ale finał Ligi Mistrzów mogę opowiadać od tyłu, po japońsku. A tam ten cały Pellegrino...
Chcecie, to zajrzyjcie w skróty, kamery już wtedy były. Wspomnę tylko, że Mendieta strzelił z karnego na 1-0 dla Valencii, potem Niemiec nie strzelił „jedenastki”, ale sędzia podyktował drugą, którą oczywiście wykorzystał Effenberg (na miejscu Canizaresa też bym się bał bronić, bo by się jeszcze wkurzył i mi zjadł rodzinę). Mecz był marny, ostry, zło było złe, dobru wyrosły rogi i tak dotrwali do rzutów karnych. Strzelali dłuugo, bronił jeden i drugi bramkarz. A potem podszedł do piłki Mauricio Pellegrino. I wiecie, ja rozumiem, że przestraszył się Kahna, ale szczerze mówiąc, to ten po obronieniu decydującej „jedenastki” cieszył się tak, że gdyby się wkurzał wyglądałoby to identycznie.
Dźwięczne słowo „Pellegrino” wryło mi się w zwoje mózgowe, czy tam w korę, czy substancję szarą. Śledziłem go przez lata, szukałem podczas transmisji w oczach smutku po tamtym strzale. On chyba już nie pamiętał, ja pamiętałem. Cieszył się, jak mu Jerzy Dudek wygrywał puchar w Stambule cztery lata później. Fajnie, że go dostał wreszcie, ale sprawiedliwości dziejowej chyba nie ma, bo Valencia jednak go nie dostała. Sprawiedliwości dziejowej nie ma, ale może będzie, bo...
Pellegrino, który zdążył skończyć karierę, zdążył zacząć piąty krzyżyk, zdążył być asystentem Beniteza w Liverpoolu i Interze, dostał teraz posadę w Valencii. Posadę pierwszego trenera. Niby nikt do niego nie ma pretensji, wszystkich z tej niesamowitej drużyny wspominają w mieście dobrze. Mężczyźni nadal wzdychają czasem przez sen: „Mendieta...”, na każdego Murzyna nadal mówią „Carew”, a każdego stopera przyrównują do Ayali. Sentyment jest. Ale razem z poczuciem krzywdy.
Teraz liga hiszpańska to przeraźliwie nudna rywalizacja Barcelony z Realem. A w tamtych czasach liczyła się Valencia, liczyło się Deportivo La Coruna, liczył się raz Real Sociedad, była gdzieś w czołówce Celta Vigo. O, wtedy to była świetna liga. Powrócił Pellegrino w czasach, gdy trzecie miejsce jest szczytem marzeń. Gdy Valencia nie może marzyć o Lidze Mistrzów, a o Lidze Europy. Ja jednak mam takie ciche wrażenie, że nie dali mu tego klubu tak z sentymentu. To miało być raczej działanie na zasadzie: „Napraw, co spieprzyłeś. Daj nam to, co nam miałeś dać 11 lat temu. Nie wygnamy cię z miasta, jeśli przyniesiesz nam uszate trofeum, albo chociaż wygrasz ligę hiszpańską”.
Mój chytry plan wygląda tak, że Valencia zremisuje na Santiago Bernabeu (udało się w 1. kolejce; nieźle zacząć karierę trenerską od remisu z Realem), zremisuje na Camp Nou, a wszystkie pozostałe mecze wygra i zdobędzie mistrzostwo Hiszpanii. Niechże ktoś przypomni ludziom, że w Primera Division jeszcze przedwczoraj Real Madryt musiał bić się w eliminacjach Ligi Mistrzów, a Barcelona w ogóle się do tych rozgrywek nie łapała...