Szczęściu trzeba pomóc. No, to pomagam. Szczęście polega na tym, że żyję w regionie, w którym jest najwięcej klubów ekstraklasowych i klubów w ogóle, gdzie generalnie z lodówki wyskakują mecze piłkarskie, a pomoc na tym, że na te mecze chodzę. Bez wybrzydzania. Kwękam i kręcę głową regularnie, w innych dziedzinach, tu biorę, co dają. Dzięki temu mam w miarę regularny ogląd ekstraklasy, I ligi, III, IV, okręgówki, A klasy i B klasy. II ligę pominąłem celowo, bo tu muszę się przyznać, nie jest za dobrze i zazwyczaj II-ligowców widzę albo dopiero jak awansują, albo jak spadną, czyli gdy de facto nie są już II-ligowcami. I ciągle po głowie mi chodzi jedno. Czym się te ligi od siebie różnią?
Czym się różni ekstraklasa od okręgówki
REKLAMA
Oglądałem niedawno mecz Kolejarz Stróże – Arka Gdynia. Czołówka I ligi, palce lizać i w ogóle – oczywiście z lekkim przymrużeniem oka - piłkarska uczta. Z takim nastawieniem siadałem, a obejrzałem bezładną kopaninę, z dwoma składnymi od początku do końca akcjami. Mateusz Szwoch, który – jak mnie zapewniali komentatorzy – jest wielkim talentem, nie potrafił kopnąć mocno i w miarę celnie z piłki lecącej, stojącej, turlającej się, czy to lewą, czy prawą stopą. Może zły dzień miał. Ach, więc jednak jest przepaść między I ligą a ekstraklasą. Ale chwilę później Śląsk Wrocław grał z Koroną. Mistrz z piątą drużyną poprzedniego sezonu. Kopanina taka sama, umiejętności piłkarzy wcale nie wyższe. Zdecydowanie ładniejsza tylko otoczka, w sensie stadion, murawa, doping. Tyle różnic.
Na żywo widziałem w tym sezonie mecz GKS-u Tychy z Termalicą Bruk-Bet Nieciecza i tego się oglądać nie dało. To był zdecydowanie mocny kandydat do najgorszego, czym mnie na stadionach kiedykolwiek uraczono. Widziałem w telewizji GKS Katowice z Łódzkim KS-em, widziałem GKS Tychy z Zawiszą Bydgoszcz i Cracovię z Zawiszą w Pucharze Polski. Nie sądziłem, że kiedykolwiek to napiszę bez cienia ironii, ale tak, tylko Cracovia grała na jakimkolwiek poziomie. I liga to katorga.
Dalej moja teoria mówi, że jest coraz gorzej, co widać na poziomie III ligi. Ta śląsko-opolska zazwyczaj funduje najgorsze gnioty. Moja teoria mówi, że tu trafiają absolutnie niezdatne do niczego odpady z profesjonalnego futbolu. Zawodnicy, którzy kiedyś mieli kopać na wielkich stadionach, ale okazało się, że nie umieją, jadąc więc na nazwisku, CV i jako takim groszu grają w III-ligowych drużynach. Z amatorskiej piłki wzięli to, że nie potrafią grać, a z profesjonalnej, że nie chce im się grać, co zrodziło potwora. Chociaż, trzeba sprawiedliwie zaznaczyć, że sytuację ratują młodzi wypożyczani z klubów wyższych lig, czasem naprawdę potrafiący grać.
Niżej niż w III lidze zaczyna się robić ciekawiej. Tu mamy do czynienia z pełnym amatorstwem, nie licząc kilku klubów z ambicjami, grają tu zawodnicy, którzy liczne braki nadrabiają walecznością, gdy przy stanie 0-3 zaczyna się walczyć, bo w grę wchodzi honor, gdzie mogą się pobić zawodnicy jednej drużyny, gdzie gol kontaktowy totalnie odmienia oblicze meczu. Absolutnie wszystko może się tu zdarzyć, więc jest ciekawie.
Gdyby jednak prześledzić indywidualne przypadki, to obserwacje są ciekawe. Pół Polski usłyszało rok temu o Sylwestrze Patejuku, który gdy miał 24 lata grał w A klasie, trzy lata później w II lidze, po następnych dwóch w ekstraklasie, a po kolejnym roku w eliminacjach Ligi Mistrzów. Jak sam twierdzi, nie zrobił znaczących postępów, tylko wcześniej nikt go nie wypatrzył. Treningi zaczął już prawie jako dorosły człowiek. Dalej prawą nogę ma tylko dlatego, że głupio wyglądałby piłkarz bez prawej nogi. I daje radę.
Ale to nie jest jedyny taki przypadek. W sobotę Kamil Adamek, który dotychczas najwyżej grał na szczeblu bielskiej okręgówki (VI poziom rozgrywkowy) w Drzewiarzu Jasienica wyszedł w podstawowym składzie Podbeskidzia na Wisłę Kraków. W pierwszych sekundach urwał się Głowackim, Czekajom i Frederiksenom. Później kilkakrotnie ich ogrywał, by ostatecznie wyprzedzić Głowackiego i zaliczyć ładną asystę. Zrozumcie dobrze. To facet, który trzy miesiące temu trenował trzy razy w tygodniu i rozgrywał jeden mecz w weekend (z Morcinkiem Kaczyce, LKS-em Bestwina i Spójnią Landek), a w okresie przygotowawczym ćwiczył dwa razy, ale dziennie, grając po dwa sparingi w tygodniu. Powinien był się fizycznie rozsypać po dwóch tygodniach. A nie rozsypał się przekonał trenera, że warto mu dać szansę i pokazał się całkiem obiecująco.
Mający 27 lat Fabian Pawela dręczący dotychczas rywali Czarnych Żagań ot tak po prostu, kilkanaście sekund po debiucie w ekstraklasie zdobył bramkę, uprzedzając Michała „international level” Pazdana. A Damian Szczęsny? Już gdy grał w IV lidze w MRKS-ie Czechowice-Dziedzice było widać, że występuje przynajmniej o cztery ligi za nisko, w porównaniu do swoich możliwości. Rok temu latem przeskoczył o dwie klasy rozgrywkowe do GKS-u Tychy i... od razu był jego najlepszym strzelcem. Jeszcze rok i kolejne dwie klasy w górę – tym razem do Podbeskidzia. Znów – jego pierwsze pląsy w ekstraklasie wskazują, że rywale nie robią mu kompletnie żadnej różnicy.
Mam wrażenie, że w Bielsku-Białej – z podyktowanej finansami konieczności – odkryli prostą prawidłowość polskiej ligi. Umiejętności piłkarzy od ekstraklasy po IV ligę są na dającym się porównać poziomie. Umiejętności – czyli przyjęcie piłki, drybling, strzał, gra głową. Różnica – jak sam zresztą stwierdził Adamek – polega na taktyce. Trzeba się w ekstraklasie mądrzej ustawiać. Zauważcie, chłopak, który właśnie zagrał z Wisłą Kraków, nie zachwycił się umiejętnościami Głowackiego, nie wzdychał do sposobu wyprowadzania piłki Czekaja. Nie podpatrywał zagrań Sobolewskiego. Jego uderzyła różnica w taktyce.
Jako że w określonym wieku techniki już się specjalnie nauczyć nie da, jedyne, co można szlifować to taktyka. Tu więc rola dobrego trenera, by wziąć za bezcen utalentowanego chłopaka z okolic, popracować nad nim intensywnie, a za chwilę ciężko będzie znaleźć różnicę między nim, a graczem ekstraklasowym. No, może różnice będą w ambicji. Ci z niższych lig będą chcieli bardziej.
Już wiele lat temu Podbeskidzie wyhaczyło Jelenia, Sikorę, Moskałę, Olszara i innych. „Czerwono-biało-niebieska fabryka talentów, ściągamy młode gwiazdy jak filmy z torrentów”. Polskiej piłce nie mogło się zdarzyć nic lepszego niż taki klub w ekstraklasie. Dzięki temu każdy gracz niższych lig w Polsce może czuć, że elita jest na wyciągnięcie ręki. Jesteś z Żagania, grasz w Pińczowie, trenujesz w Tychach? Przegapi cię Wisła i Legia, nie zwróci uwagi Lech. No, ale Podbeskidzie ma już na ciebie oko...
PS. Wraz z problemami finansowymi polskich klubów ten kierunek będzie się nasilał. Już są zresztą inne pozytywne symptomy, choć jeszcze nie tak pozytywne jak w Bielsku-Białej.