Futbol przed epoką Barcelony był zupełnie inny i to tak bardzo, że aż może was obrazić taki truizm w pierwszym zdaniu. Spora część świata chce grać tak jak ona i nie ma w tym nic zdrożnego, bo równać do najlepszych warto zawsze, a już tym bardziej, gdy ci jeszcze grają efektownie. Wpływ Barcelony na przekonanie o pięknie gry widać dobitnie nawet przy amatorskim kopaniu piłki.

REKLAMA
Moje doświadczenia wskazują, że ludzi w wieku 20+ najbardziej satysfakcjonuje przeprowadzenie błyskawicznej, kilkusekundowej akcji, składającej się z dwóch-trzech szybkich podań i efektownego strzału. O, wtedy czujemy się bogami futbolu. Choć i w tej grupie wiekowej zdarzają się wyjątki (zazwyczaj w koszulkach Messiego, albo innych pasiastych bordowo-granatowych), które nawołują do mozolnego budowania akcji, niezliczonych, nic nie wnoszących podań, ale zazwyczaj są jednak mniejszością. Przeciekawe jest jednak podglądanie kopiących młodszych pokoleń. Trzeba powiedzieć, że serce rośnie. One naprawdę szlifują atak pozycyjny, który przecież jest bolączką Polaków od międzywojnia. Może z tego wyrośnie grupa, która nie będzie tak jak my, umieć tylko kontrataków? Nawet jeśli tak się nie stanie, to jest niezwykle budująca konstatacja, że do polskich miast, miasteczek i wsi docierają najlepsze wzorce i są wdrażane na orlikach i innych dzikich boiskach. Brawo.
Wpływ Barcelony na amatorski futbol jest dobry, choć mnie, relikt kontratakowej epoki, irytuje namawianie do katalońskiego dłubania na orlikach – gra się przecież dla przyjemności, a tej 10-minutowe utrzymywanie się przy piłce mi osobiście nie daje. Wpływ Barcelony na polski futbol profesjonalny raczej dobry już nie jest. Głównie przez trenerów, którzy bezmyślnie kopiują grę wicemistrzów Hiszpanii i wpajają ją swoim piłkarzom, wychowywanym przecież jeszcze wciąż w erze, gdy FC Barcelona ledwo łapała się do Pucharu UEFA i grała zupełnie inaczej.
Biorą się z tego różne potworki widoczne w polskich drużynach. Potworek pierwszy – długie rozgrywanie akcji od tyłu. To ohydna karykatura katalońskiej dłubaniny. Polega na kopaniu piłki po ziemi – od obrońcy, przez bramkarza do kolejnego obrońcy – przy jednoczesnej totalnej statyczności z przodu. Barcelona rozgrywa piłkę na 30. metrze od bramki przeciwnika. Polska drużyna tak samo, tylko, że na 30. metrze od swojej bramki. W Barcelonie jest ruch. W polskiej drużynie jest podawanie „ty do mnie, ja do ciebie”. Przyuczanie polskiego dorosłego już piłkarza do gry barcelońskiej gdy ten nie ma a) techniki b)wpojonego przekonania, że cały czas trzeba być w ruchu, sprawia, że polską ligę momentami ciężko oglądać.
Potworek drugi – granie jednym napastnikiem, albo nawet bez niego. Jakże modne ostatnio. Jak się nie ma fantastycznych skrzydłowych, granie jednym napastnikiem zazwyczaj skutkuje tym, że ten jeden nieszczęśnik z przodu jest notorycznie kryty przez czterech rywali. A jak można grać bez napastnika, nie mając fenomenalnie kreatywnej linii pomocy wiedzą chyba tylko polscy trenerzy. Na szczęście, chyba za sprawą zeszłorocznego sukcesu Ruchu Chorzów Waldemara Fornalika, zauważyć można w tym sezonie pewne symptomy polskiego powrotu do starego, dobrego 4-4-2.
POTWÓR prawdziwy! Krótkie rzuty rożne. Nie jestem taktycznym fachowcem, jeśli już to raczej domorosłym, ale doświadczenie z oglądu blisko 100 meczów polskich lig na sezon mówi mi, że to najgorsze, co Barcelona uczyniła polskiemu futbolowi. Jest dla mnie skrajnie nielogiczne wykonywanie przez naszych piłkarzy krótkich kornerów. Barcelona jest taką drużyną, która nad prawdopodobnie żadnym przeciwnikiem na świecie nie miałaby przewagi wzrostowej. Stado totalnych mikrusów rzadko kiedy jest w stanie powalczyć o coś głową. Wysokie wrzutki to dla Katalończyków zwykle strata piłki. Tu rozegranie krótkiego rzutu rożnego jest idealnym rozwiązaniem, bo przecież w ataku pozycyjnym po ziemi Barca nie ma sobie równych. Zespół Guardioli/Vilanovy krótkim rozegraniem tuszuje swoje słabości.
Różnica między Barceloną a dowolną polską drużyną jest jednak taka, że Barcelona umie rozgrywać, a nie umie strzelać głową, zaś polski zespół umie strzelać głową, a nie umie rozgrywać. Zresztą, wszystkie akcje kieruje się w naszej lidze do boku (bo brakuje kreatywnych rozgrywających), by skrzydłowi wrzucili piłkę do środka. Taka wrzutka jest trudna – przeszkadza rywal, w polu karnym jest niewielu partnerów skrzydłowego, trzeba dośrodkować w pełnym biegu. Same komplikacje. Rzut rożny daje polskiemu klubowi same korzyści. Nagle rywal jest daleko, w polu karnym gromada kolegów i to zazwyczaj tych najwyższych, a nie tych, którzy mieli najbliżej, dośrodkowuje osoba, która robi to najlepiej w drużynie. Przez cały tydzień był czas, by przygotować odpowiednie warianty, rogi wykonuje się przecież zawsze z tego samego miejsca. Same korzyści. Ale nie. Polskie drużyny namiętnie wykonują krótkie rogi, które są dla nich samym złem. Pochłaniają dwóch zawodników, zamiast jednego. Narażają na to, że piłkę weźmie rywal. Grożą, że w turlającą się piłkę, nasz gracz nie trafi. I zmuszają do ataku pozycyjnego, czyli tego, czego żadna polska drużyna nie umie. Zamiast eksponować swoje walory, eksponuje się w ten sposób słabości. Jedynym sensownym wytłumaczeniem manii krótkich rzutów rożnych w Polsce jest to, że tak samo robi Barcelona. Tyle, że bezmyślnie ją kopiować można dopiero wtedy, gdy się będzie miało takich samych zawodników jak ona. Czyli w naszym przypadku nigdy. Dobrze, że polscy trenerzy śledzą, co się dzieje w światowej piłce. Źle, że bezmyślnie.
A na koniec moje ulubione potwierdzenie tezy mówiącej, że krótkie rogi to zło. Z meczu USA – Brazylia w ramach Pucharu Konfederacji 2009. Sami zobaczcie: