Czekaliśmy wiele lat na znaczące postaci europejskiego futbolu w naszej reprezentacji, a gdy się wreszcie doczekaliśmy, poczuliśmy, jak to jest. Nagle to ogon merda psem. Jeden gwiazdor wprowadza trenera do szatni, skopawszy już poprzedniego, przegranego, wścieka się za nieudane zagrania kolegów, domaga się innej taktyki. Drugi gwiazdor nie płacze po porażce, ale po biletach, których bliscy nie dostali, publicznie poucza kolegę z drużyny na łamach tylko oczywiście wybranych mediów, wspomniawszy wcześniej swoje niezwykłe zasługi. To znacie, bo trąbią o tym od dawna media. A mi chodzi po głowie, gdzie jest w tym wszystkim Łukasz Piszczek?
REKLAMA
Przecież Lewandowski i Błaszczykowski czują się piłkarzami z innej galaktyki, którzy z niebios stępują na mecze reprezentacji. To umiejętne kopanie w Borussii daje im moralne prawo do pouczania każdego na wszystkie możliwe tematy. Zgoda. Można powiedzieć, że są pierwszymi od dawna polskimi piłkarzami grającymi z dala od własnej bramki, którym się na obcych trawach udało i to pewnie może zawrócić w głowie, gdy się wraca do polskiego grajdołu. Jak ci się powiodło na Harvardzie to siłą rzeczy na kolegów, którzy z wyróżnieniem skończyli studia na ATH w Bielsku-Białej patrzysz z lekkim politowaniem. Choć – nawiasem mówiąc - akurat Obraniak przy Dortmundczykach specjalnych kompleksów czuć nie musi.
To wszystko zgoda. Pasowałoby, gdybyśmy dochowali się trzech gwiazdorów. Poprawcie mnie, jeśli się mylę, ale nie spotkałem się nigdzie z wypowiedziami w stylu kolegów z Borussii Łukasza Piszczka. Nie wydaje mi się, by gdziekolwiek mówił, że pomoże Fornalikowi wejść do szatni, że piłkę powinni rozgrywać defensywni pomocnicy, kadra ma grać dwoma napastnikami, jego rodzina dostała mało biletów, ktoś zachował się niedopuszczalnie i to nie po raz pierwszy, a w ogóle to bez niego nie byłoby tej całej reprezentacji Polski „i to fakt, a nie plotka”. Na moje oko, Piszczek, który dwa sezony z rzędu był w najlepszej jedenastce ligi niemieckiej, o którym mówi się, że jest na celowniku Realu Madryt (Nie Lazio, czy Juve, jak Błaszczykowski, nie Manchesteru. REALU Madryt. Większego klubu w naszej galaktyce nie ma), do którego wzdychają Niemcy, że gdyby urodził się u nich, to mieliby dwa boki obrony mocne, a nie tylko jeden, od którego w Europie jest lepszych może dwóch-trzech zawodników na tej pozycji (Kuba i Lewy są w podobnych rankingach dużo niżej), pozostał na ziemi, gdy koledzy odlecieli w chmury. A przecież skoro oni mieli prawo odlecieć, to jemu tym bardziej powinno było się to zdarzyć.
Dlaczego (chyba) pozostał normalny? Może siedzi cicho i się nie odzywa, bo pamięta, że ma na koncie problemy korupcyjne, których tamci nie mają? Ze świadomością, że by wytykać innym złe zachowanie, trzeba samemu być nieskazitelnym, ostrożniej klepie się jęzorem. Może sam wie, że kadrze nie daje tyle, ile Borussii? No, dobrze, ale skoro sam to wie, to chyba najlepszy dowód, że pozostał na ziemi, bo przecież Błaszczykowski i Lewandowski też kadrze tyle nie dają. Żaden nie wnosi do gry Polski tyle, ile do Borussii, a jednak taki Kuba potrafi zebrać wszystkie zasługi za Euro 2012 (których notabene tak wiele nie było).
Przypomina mi się też program o Polakach z Borussii, który kiedyś oglądałem na Polsacie Sport. Oprócz naszej trójki wypowiadali się też trener Klopp oraz działacze – Zorc i Wacke. Patrząc na Kloppa, nie mam wątpliwości, że kocha całą swoją drużynę. O Błaszczykowskim i Lewandowskim mówił z szacunkiem. Ale o Piszczku wypowiadał się do tego z sympatią. Zwróciłem na to uwagę, bo przecież stąd, z Polski, wydaje nam się, że najważniejszy jest Lewandowski, potem Kuba, a na końcu Piszczek. Tymczasem jestem pewny, że gdyby Klopp miał się kogoś pozbywać, to Piszczka pożegnałby jak syna i zrobiłby to tylko w ostateczności, na samym końcu, gdy Lewego i Kuby już dawno by w klubie nie było.
Rafał Stec pisze, że odsunięcie naszych gwiazdorów od kadry nie wchodzi w grę, bo byłoby poddaniem eliminacji. Wojciech Kowalczyk twierdzi, że te eliminacje trzeba poddać, bo nie mamy szans na wyjście z tej grupy i trzeba się skupić na budowie drużyny z myślą o kolejnym Euro. Ja sądzę, że trzeba te opinie zbilansować. Oczywiście, Lewandowski i Błaszczykowski piłkarsko dużo u nas znaczą, ale koniec końców, wynik na Wembley czy z nimi, czy ze Sławomirem Szeligą na środku ataku a Danielem Brudem na skrzydle i tak będzie niekorzystny. Stwarza więc Waldemarowi Fornalikowi dobrą okazję. Odsunięcie dortmundzkiej dwójki od kadry przed Anglią, byłoby czymś, czego absolutnie się nie spodziewają, ale myślę, że przywróciłoby ich momentalnie do pionu. To raczej nie są ludzie z charyzmą Cantony czy Zidane'a, którzy jak się z trenerem nie lubią, to nie będą z nim współpracować i już. Ich działania sugerują raczej, że są typowymi „kogucikami”, którym się za dużo wydaje. Jeden strzał powinien ich oczyścić i na kolejne zgrupowanie przyszliby już na kolanach. A tym sposobem znów wróciłby do kadry porządek. Pies merdałby ogonem, trener wprowadzałby zawodników do szatni, a nie oni jego. A wyniki podczas ich nieobecności? Znacząco gorsze by nie były. Błaszczykowski powiedział, że bez niego na Euro nie zdobylibyśmy nawet bramki i to fakt, a nie plotka. Ja powiem, że na Euro bez niego, bez Lewandowskiego, ba, nawet z samymi zawodnikami Silesiusa Kotórz Mały, zajęlibyśmy to samo ostatnie miejsce w grupie. To fakt, a nie plotka.
Sir Alex Ferguson przez całą trenerską karierę trzyma się bardzo mądrej zasady – nikt nie jest większy niż klub. Przez tę zasadę z klubu odchodziły największe w danych czasach gwiazdy – Cantona, Beckham, Stam, Ronaldo i wielu innych. ZAWSZE wychodziło na korzyść Fergusona, choć ZAWSZE wydawało się, że teraz to już nie ma szans się podnieść. Gdyby od początku pozwalał sobie wchodzić na głowę, pewnie nie dotrwałby w Manchesterze do końca lat 80. I myślę, że selekcjoner Fornalik powinien sobie to wziąć do serca. Jeśli nikt nie jest większy niż klub, to tym bardziej nikt nie jest większy niż reprezentacja kraju.
PS Jest oczywiście możliwość, że Piszczek to gwiazdor, widzi tylko czubek własnego nosa i z nikim nie rozmawia. Nie wiem, trzeba by było siedzieć w reprezentacyjnej szatni. Ale nawet jeśli tak jest, to po raz kolejny okazuje się, że milczący głupiec może uchodzić za mędrca.