Zastanawiam się, czy jest drugi kraj na świecie, w którym tyle emocji wzbudzałyby wybory na prezesa piłkarskiej federacji. Roman Kosecki ogłosił start – było o tym głośno we wszystkich głównych wydaniach telewizyjnych wiadomości. Podobnie z Bońkiem. W wywiadzie z Michałem Listkiewiczem – a w tej kwestii chyba wie, co mówi – przeczytałem, że nie ma drugiego takiego kraju. Zaczyna mi ten festiwal przypominać kampanię przed wyborami prezydenckimi. Przesłuchania kandydatów, wiece, debaty. Padł już nawet pomysł – z ust Ryszarda Czarneckiego – żeby to kibice, a ściślej obywatele, wybierali prezesa PZPN-u. Ale tak właściwie, po co to wszystko?
REKLAMA
Wcześniejszych czasów pamiętać nie mogę. Niemniej doskonale zdaję sobie sprawę, że Marian Dziurowicz był wrogiem numer jeden. Kompletnie sobie nie radził. Wpadka za wpadką. Lud chciał Listkiewicza, bo to światowy człowiek i obyty na salonach, a nie naturszczyk i w językach obcych mówi. Nawet nie pali „Klubowych”, a cygara, jak wielka osobistość. Lud, oczywiście rękami mediów, wyniósł na ołtarze Listkiewicza. Minęło kilka lat i wszystko wróciło do stanu poprzedniego.
Że afera korupcyjna. I chuligaństwo. Reprezentacja może i zaczęła wchodzić na wielkie turnieje, ale tam zbiera lanie nawet od tych, którzy ponoć poza Andami nie wygrywają nigdy. Kluby nie szkolą młodzieży i odpadają z pucharów. Listkiewicz i banda z PZPN-u kradnie. Wtedy powstał nieoficjalny wciąż hymn polskich kibiców, który słychać coraz rzadziej, ale jeszcze wciąż na polskich stadionach. Listkiewicz nie chciał odejść, a do tego jeszcze oczekiwał, żeby mu oddawano hołd za przyznanie Euro 2012. I był cyniczny, gdy mówił po pierwszym zatrzymaniu w aferze korupcyjnej o jednej czarnej owcy. Na stos! Ukrzyżuj go, ukrzyżuj!
No, to nastał Lato. Tu, mam wrażenie, od początku nikt się nie łudził, że jest światowym człowiekiem i że mówi w jakimkolwiek języku. Wystarczyło, że wreszcie Listkiewicza się wypchnęło od koryta. Każdy inny od niego lepszy. Ale szybko wyszły na jaw taśmy prawdy. Korupcja nie zniknęła. Przy życzeniach świątecznych czytanych z kartki zaśmiewał się cały kraj. Gafę za gafą powtarzały wszystkie media. Tu mieliśmy naturszczyka w czystej postaci. Nasza piłka nadal nie przystaje do mocarstwowych ambicji. Zamiast być lepiej, jest jeszcze gorzej. Euro 2012 udało się zorganizować raczej mimo Laty, niż dzięki niemu. Czego nam trzeba? Dymisji! Ona wszystko zmieni!!!
W gruncie rzeczy jest mi obojętne, kogo wybiorą na szefa polskiej piłki. Nie obraziłbym się, gdyby nie został nim Ryszard Czarnecki, bo lepszy nieszkodliwy idiota u władzy, niż szkodliwy. Media wypychają na szczyt Bońka, jak kiedyś wypychały Listkiewicza. To facet, który ma trzeźwe spojrzenie, głowę na karku, kontakty zagraniczne jeszcze lepsze niż sam Piotr Świerczewski, jest rozpoznawalny, szanowany i to na pewno należy zaliczyć na plus. Ale jeśli ktoś myśli, że nagle szkolić młodzież będziemy, jak Barcelona, że kadra będzie wygrywać mecz za meczem, ligę będzie się dało oglądać, korupcji już nie będzie, układów przy rozdawaniu licencji też nie, to się myli. To wszystko się nie zmieni. Nie. Jedyną zmianą może być to, że prezes będzie mógł składnie powiedzieć dwa zdania bez odczytania z kartki i to nawet w różnych językach.
W Podbeskidziu pracował przez całe lata Władysław Szypuła. Narzekali na niego wszyscy kibice. Że mentalność działacza PZPN, wszystko źle. Wszyscy czekali na moment, w którym odejdzie. Na stadionie tylko się o nim krzyczało. Odszedł w grudniu zeszłego roku. Euforia, przez miasto ciężko było przejść i nie dostać po głowie korkiem od szampana. Dziś robi karierę w PZPN-ie, całkiem niewykluczone, że wejdzie w skład nowego zarządu. Tymczasem władzę w klubie przejęli po nim ludzie, którzy z piłką nie byli wcześniej związani, „sprawni menedżerowie”, niekoniecznie wiedzący, kiedy jest spalony. I jest lepiej? I coś się zmieniło? Jeśli tak, to raczej na gorsze.
Znamiennym przykładem jest też Agnieszka Olejkowska, rzeczniczka związku. Przecież zawsze się mówiło, że PZPN zwalczy dopiero... biologia. Zmiana pokoleniowa odmieni tę znienawidzoną organizację. Tymczasem co z tego, że pani Olejkowska wychowała się na innych bajkach niż Koźmiński, Bugdoł, Kolator, czy Lato, skoro bardzo szybko można zaszczepić w niej podobną mentalność. I nie tylko w niej. Ona tylko pokazuje, że obsadzenie PZPN-u 30-latkami zamiast 70-latków rewolucji nie przyniesie, jeśli to dalej ci 70-latkowie będą wyznaczać standardy działania.
Nazwę funkcję prezesa PZPN ładnie. „Wisienka na torcie”. W Polsce co jakiś czas wymieniamy wisienkę. Na początku wydaje się ładna, świeżutka i kolorowa. Tyle, że cały tort jest robaczywy i popleśniały. Każdą wisienkę oblezą robaki i spowije pleśń. Nawet najbardziej oporną. Struktury związkowe są przeżarte. Prezesa w wielkim plebiscycie będziemy zmieniać co kilka lat, podczas gdy w Bielsku-Białej, Przemyślu, Kołobrzegu, Sulejówku i Wałbrzychu czwartą kadencję będą urzędować ci sami ludzie. A to okręgi tworzą polską piłkę. Ten na górze, dumnie nazywany prezesem, jest tylko osobą od przyjmowania razów z każdej strony. To trochę tak, jakby w systemie kanclerskim winić za wszystkie niepowodzenia prezydenta. On ma tylko pojechać za granicę, kulturalnie porozmawiać, nie poplamić się przy stole, zręcznie przeciąć wstęgę. Codzienną robotę wykonują i tak inni. Ci sami, albo tacy sami, od 30 lat. A wam się wydaje, że przyjdzie teraz Boniek i obudzicie się w świecie, w którym polskie drużyny grają w pucharach przynajmniej na poziomie BATE Borysów?