Niemcy to kraj, w którym derbów miasta praktycznie się nie spotyka. Owszem, zdarzyło się w najwyższej lidze, że zagrali ze sobą sąsiedzi z Hamburga, na początku wieku i wcześniej biły się drużyny monachijskie, w II lidze są ostatnio regularnie derby Berlina, a zdarzyły się też derby Frankfurtu, ale generalnie to nie jest norma jak u nas, nie mówiąc już o Londynie, czy Madrycie. Gdzieś jednak wykrzyczeć największe negatywne emocje trzeba. Szczególnej rangi nabierają więc derby regionów.
REKLAMA
Pół biedy, gdy sytuacja jest taka, jak na północy, gdzie na śmierć i życie biją się Brema z Hamburgiem. Oba to miasta spore, wiodące w całej tej części Niemiec, więc walczy się po prostu o to, kto jest „naj”. Dla przegranych jest wściekłość, żal, zgrzytanie zębami o bruk, ale nie wstyd. Gorzej w Wirtembergii. Tam mamy wielki Stuttgart i małe Hoffenheim. Dla Stuttgartu przegrać z Hoffenheim, to jak dla Warszawy przegrać z Jankami, dla Krakowa z Liszkami, a dla Niemców z Polską. Nie można i już. Koniec, kropka. Domyślacie się więc, jak się dziś czują fani ze stolicy niemieckiej innowacji i kreatywności, których duma, których potężny klub, których reprezentacja została wczoraj zlana przez „Wieśniaków” trzema bramkami, w Stuttgarcie. To jest potwarz i hańba.
Ta rywalizacja nie ma długich korzeni, bo i mieć nie może. Legia nie rywalizuje z Jankami, a Wisła z Liszkami, bo nigdy się do siebie w hierarchii lig nie zbliżyły. Stuttgart też tłukł się zaciekle ze Stuttgarter Kickers, ale od 1992 roku nie miał z nimi oficjalnego meczu. Karlsruhe, inny kandydat na derbowego rywala, wypadł aktualnie do III ligi. A Hoffenheim wyrosło nagle, spod ziemi i po raz pierwszy stało się najlepszą drużyną Wirtembergii.
Co by się nie stało w tym wczorajszym meczu, byłoby dla mnie smutne. „Wieśniaków” wspieram, bo są wieśniakami. Więcej argumentów mi nie trzeba. W lidze, w której wielkie firmy się odbudowują (Fortuna Duesseldorf, idący chyba w jej ślady Eintracht Brunszwik), powinno się też znaleźć troszeczkę miejsca dla mało znanych nowotworków.
A Stuttgart? Wychował, bądź wypromował w samych ostatnich latach pół Europy, a i tak w miarę utrzymywał swoją mocną pozycję. A przecież nie każdy klub po wyrwaniu takich zawodników jak Mario Gomez, Phillip Lahm, Sami Khedira, Timo Hildebrand (wtedy jeszcze wydawało się, że będzie następcą Kahna i Lehmanna), Aleksandr Hleb, Kevin Kuranyi, Andreas Hinkel (wtedy jeszcze miał być drugim Lahmem), byłby się w stanie podnieść. Szanuję „Szwabów” za to. A jak jeszcze usłyszałem historię mojego znajomego, fanatycznego kibica, który jako młody chłopak był na podwórku prześladowany przez rówieśników, bo miał – noszoną oczywiście z dumą – koszulkę Freddy'ego Bobicia ze Stuttgartu zamiast – jak wszyscy – Mehmeta Scholla z Bayernu i który to na łydce ma – noszony oczywiście również z dumą – wytatuowany herb Stuttgartu, wyrysowany z okazji zdobycia mistrzowskiego tytułu, to trudno było mi na tę drużynę patrzeć obojętnie.
A skoro tak, to dziś żal patrzeć. Z wielkich firm niemieckich, problemy w tym sezonie miał mieć Hamburg, któremu brakowało jakości, w którym trener Thorsten Fink robił przed sezonem obozy przetrwania, mające uratować podupadającą atmosferę w zespole. Przyszedł jednak Rafael van der Vaart, więc brak jakości jakby mniej kłuje w oczy. A po dwóch zwycięstwach z rzędu, w tym nad Borussią Dortmund i atmosfera pewnie na północy jakby lepsza.
Tymczasem największa dołująca dziś firma to Stuttgart. Zaczęło się od pechowej porażki z Wolfsburgiem. Potem klęska w prestiżowym meczu z Bayernem 1-6. Dalej bez bramek z beniaminkiem z Duesseldorfu, cudem wywalczony remis w Bremie, no i na koniec ta wczorajsza hańba z Hoffenheim. Daje to po pięciu kolejkach przedostatnie miejsce w tabeli, tylko nad Augsburgiem. Tylko drużyna Bruno Labbadii i właśnie zeszłoroczny beniaminek z Augsburga nie wygrały jeszcze w tym sezonie ani razu.
W zespole mistrza sprzed pięciu lat nie było latem rewolucji i może to zaszkodziło? Coś czasem trzeba zmienić. A tu? Poodchodziło kilku zawodników m.in. Boulahrouz (Sporting Lizbona), czy Schieber, który został zmiennikiem Lewandowskiego w Dortmundzie, przyszły nazwiska nie rzucające na kolana: Torun i Kiesewetter z Herthy, czy Hoogland z Schalke. Ale przecież skład dalej jest całkiem przyzwoity! Zjawiskowy Okazaki, znany wszystkim Cacau, czy Ibisević, który jeszcze w barwach Hoffenheim walczył o koronę króla strzelców, to nie są zawodnicy na takie wyniki.
Jak tak dalej pójdzie, wina może zostać zrzucona na trenera Labbadię, który nie może kompletnie nawiązać do udanej kariery piłkarskiej. Rozczarował w Leverkusen, zawiódł w Hamburgu. W Stuttgarcie dotychczas radził sobie przeciętnie, choć do Ligi Europy zdołał się w zeszłym sezonie zakwalifikować. Wyniki w niej mogłyby być brzytwą, której tonący szkoleniowiec by się chwycił. Ale nie są. Udało się wprawdzie przebrnąć kwalifikacje, po ograniu dołującego jeszcze gorzej w lidze rosyjskiej Dynama Moskwa, ale na inaugurację znów było rozczarowujące 2-2 u siebie ze Steauą Bukareszt. VfB Stuttgart wygląda obecnie jak siedem nieszczęść, a ratunku znikąd nie widać.
Stuttgart to stolica kreatywności. Nigdzie w Niemczech nie zgłasza się rocznie więcej patentów niż tam. Mieszkańcy tego miasta muszą więc tym bardziej cierpieć, patrząc na swoich piłkarzy. Nie tak słabych, jak wskazuje to tabela, ale jednak topornych w porównaniu do tych, których oglądali jeszcze kilka lat temu, a którzy dziś zadają cios za ciosem zasłużonemu klubowi. Ot, daleko szukać. W 2007 roku Markus Babbel kończył karierę w Stuttgarcie, zdobywając z nim ostatnie mistrzostwo. Rok później już prowadził tę drużynę z ławki. A wczoraj – jako trener Hoffenheim – upokarzał ją jak nigdy wcześniej. Ale przykład Babbela może też stanowić promyk nadziei. Po pierwszych trzech kolejkach jego drużyna, przecież wydawało się, że wzmocniona, zbierała razy z każdej strony, a jednak szybko się odgryzła. I oby to samo dokonało się prędko w Stuttgarcie, bo Bundesligi bez tej drużyny sobie nie wyobrażam. Zresztą, jak mam sobie wyobrażać, skoro gra w niej nieprzerwanie od czasów... gdy Zbigniew Boniek był obiecującym młodym piłkarzem?