Drugi sezon po awansie jest dla zeszłorocznego beniaminka najtrudniejszy. Święta prawda, bo Podbeskidzie Bielsko-Biała. Tyż prawda, bo FC Augsburg. Gówno prawda, bo Eintracht Brunszwik. Triada Tischnerowska dopełniona. Można jako beniaminek być średniakiem, nie zmienić składu i rok później rozbijać ligę w pył? W krótkim okresie można i to wiemy już na pewno. Jeśli można też i w długim, to do Bundesligi wróci już za chwilkę kolejna wielka pokryta mchem i patyną firma.
REKLAMA
Brunszwik to zawsze brzmiało mi pętakowi tak mało niemiecko. Że Monchengladbach jest w Niemczech to słychać na kilometr. I Dusseldorf. Nawet spolszczona Norymberga brzmi czarno-czerwono-złoto. Ale Brunszwik? To by mogło być w Czechach, czy w powiecie bieruńsko-lędzińskim. Dlatego mi bardziej odpowiada forma Eintracht Braunschweig. Człowiek słyszy i od razu salutuje. Ten właśnie zespół z Dolnej Saksonii w tym sezonie zadziwia. Coś jak Flota Świnoujście u nas. Tam gdzie o awansie się nie mówi, początek rozgrywek czasem zmusza, żeby zacząć mówić.
Jako się rzekło, klub to pokryty patyną. Nie dość, że założony jeszcze w XIX wieku, to był nawet mistrzem Bundesligi. Co z tego, że 45 lat temu. A no na przykład to, że ja i mi podobni kompletnie nie kojarzą Brunszwiku z 1. Bundesligą. I to się może zmienić. Może za chwilę być derbów a derbów. Derby Dolnej Saksonii z Hannowerem. Derby Dolnej Saksonii z Wolfsburgiem. Derby klubów Volkswagena z Wolfsburgiem. Derby klubów noszących w nazwie „jedność” z Eintrachtem Frankfurt. Niby jeden klub, a jak zwiększa atrakcyjność ligi...
Przypalajcie mi łapy woskiem, nie wskażę innych logicznych argumentów dla fantastycznego startu Eintrachtu niż stabilizacja. Nikt nie mówił o awansie, tylko o USTABILIZOWANIU pozycji w 2. lidze, co byłoby już sporym sukcesem. W ostatnich 10 sezonach Brunszwik najpierw spadł z 2. ligi, potem po dwóch sezonach do niej awansował i po kolejnych dwóch znów zleciał, a rok temu po kolejnych czterech powrócił. Stabilnej pozycji to oni nie mieli, oj nie. Więc postarali się o stabilny skład.
W 2008 zatrudnili w 3. lidze trenera Torstena Lieberknechta. Nie wyrzucili go, gdy zajął w pierwszym sezonie zaledwie 13. miejsce. Nie pogonili, gdy rok później przegrał grę o awans, zajmując 4. pozycję. Odpłacił się w sezonie 2010/11, gdy Eintracht pewnie wygrał ligę i wskoczył na drugi poziom. W pierwszym sezonie zajął w niej ósme miejsce, bez nerwówki, ale też bez szczególnie wygórowanych ambicji. Beniaminek bronił na poziomie najlepszych (35 goli straconych w 34 meczach – tyle samo, co Fortuna, która wywalczyła awans), strzelał na poziomie najgorszych (zaledwie 37 goli). Jak się chce ustabilizować pozycję, to trzeba się wzmocnić, bo po sezonie nikogo już zgraja anonimów z zaskoczenia nie podejdzie. Nie?
Ściągnęli w słonecznych miesiącach marnych czterech zawodników, wszystkich dostępnych za dobre słowo, żadnych nazwisk. A to debiutujący na tym poziomie Bjorn Kluft, a to spadający właśnie z Alemannią Aachen Kevin Kratz. Do nich szwajcarski napastnik austriackiego Altachu Orhan Ademi i Jonas Erwig-Drueppel z rezerw Schalke. Czy kogoś to w ogóle mogło powalić?
Zaznaczyć trzeba, że pozostali zawodnicy Brunszwiku to też nie gwiazdy światowej, europejskiej, niemieckiej, czy niemieckiej 2-ligowej piłki. Ba, większość zawodników ledwie liznęło tego poziomu rozgrywkowego, nie mówiąc już o lizaniu Bundesligi. Z obecnej kadry, którą ma do dyspozycji trener Lieberknecht (13 meczów w Bundeslidze jako piłkarz), ledwie siedmiu zawodników rozegrało więcej niż 34 mecze, czyli jeden sezon, w 2. lidze niemieckiej! Reszta dopiero miała się uczyć tej ligi od doświadczonych piłkarzy Herthy, Kolonii, czy St. Pauli. No, to ja dziękuję za takich uczniów. Na razie gracze Eintrachtu bardziej niż pilnych uczniów przypominają tych bezczelnych, którzy kładli swoim nauczycielom kubły na głowę.
Po dziewięciu kolejkach, Eintracht jest oczywiście liderem, ma pięć punktów przewagi nad Herthą, wygrał siedem razy, tylko dwukrotnie dzielił się punktami. Bramek strzela teraz tyle, co inne czołowe zespoły w lidze, ale zamiast tracić tyle samo, co one, puszcza kilka razy mniej. Eintracht stracił tylko trzy gole, a więc dwa razy mniej niż druga najlepsza defensywa w lidze. Stabilność wcale nie tak młodego składu – najlepszy strzelec Dennis Kruppke ma 32 lata - się opłaciła. Po tylu latach grania w większości niezmienionym składzie, Brunszwik nawet jak nie jest efektowny, nawet jak nie ma dobrego dnia, to gra cierpliwie, konsekwentnie i minimum jedną bramkę rywalom wciśnie.
Do awansu jeszcze droga długa jest i nie wiadomo, czy ma kres. Ale jest szansa, by po 27 latach nieobecności, niemiecki futbol wrócił do swojej kolebki. To bowiem w Brunszwiku rozegrano ponoć pierwszy mecz piłkarski na terytorium tego kraju. W 1874 roku lokalny nauczyciel Konrad Koch najpierw spisał niemiecką wersję futbolowych zasad, a później zorganizował mecz między swoimi uczniami. Wszyscy wiedzą, że wszyscy grają 90 minut i dłużej, a na końcu zawsze wygrywają Niemcy. Ale nie wszyscy wiedzą, że wszyscy zaczynali w Brunszwiku.