Niemcy zakochali się w Japończykach mniej więcej wtedy, co Turcy w Polakach, a więc zimą 2011 roku. Zaczęli ich – jakkolwiek to zabrzmi – zwozić do siebie tabunami. Tyle, że nosicieli polskobrzmiących nazwisk albo już znad Bosforu pogonili, albo zaraz to zrobią. A Japończycy? Najpierw był Kagawa i na fali Kagawomani kilka drużyn zapragnęło mieć swojego skośnookiego w drużynie. A, że prawie każdy okazywał się nie żółtkiem, a złotkiem, szybko zaczęła topnieć liczba zespołów bez Azjaty w składzie. Wgapiasz się w Bundesligę i za każdym razem widzisz, że szaleje inny Japończyk. Przypadek? Wątpię.
REKLAMA
Boczny obrońca Atsuto Uchida ma 24 lata i już blisko 50 występów w Bundeslidze w barwach Schalke. Do kolegi blisko ma 26-letni Hajime Hosogai, też grający w Zagłębiu Ruhry, tyle, że w Bayerze Leverkusen. Do jego rówieśnika Shinjiego Okazakiego ze Stuttgartu śmiało można zastosować określenie „gwiazda”. Świetny, bardzo efektownie grający napastnik, perełka. W obronie dokazującego w czołówce już któryś rok Hannoveru hasa 22-latek Hiroki Sakai. W dołującym Wolfsburgu od lat gra środkowy pomocnik Makoto Hasebe (28 lat). Teraz dołuje razem z kolegami, ale z klubem Volkswagena zgarnął nie tak dawno mistrzostwo Niemiec. Norymberga, chcąc podnieść jakość w środku pomocy sięgnęła po porównywanego do Kagawy 23-latka Hiroshiego Kiyotakego. Hoffenheim swój limit Azjatów wypełnia 20-latkiem Takashim Usamim. Rewelacyjny beniaminek z Frankfurtu wprowadził do ligi Takashiego Inuiego (24 lata).
Ośmiu Japończyków względnie regularnie pojawiających się na boiskach trzeciej(pesymistycznie mówiąc) ligi świata to NIESAMOWITY kapitał. My mamy trzech graczy i już byśmy chcieli być globalną potęgą. Oni w tej lidze mają ośmiu. I to nie rzeźników, którzy częściej kopią rywali niż piłkę, ale graczy nienagannie wyszkolonych technicznie (od zawsze wiadomo, że japońska technika jest najlepsza :-) ) i przede wszystkim diabelsko szybkich. Wolni Japończycy nie istnieją. A gdy dodać do tego jeszcze Kagawę z Manchesteru United, Keisukę Hondę z CSKA Moskwa i kilku innych Japończyków z najlepszych klubów europejskich, to naprawdę czas z szacunkiem pochylić głowy przed tą reprezentacją. Technikę dali im Japończycy sami, szybkość matka natura, a Niemcy każdego obrabiają jeśli chodzi o siłę, taktykę i walkę. Co więcej, z ośmiu wiśni kwitnących w Niemczech tylko Hasebe będzie miał w Brazylii skończone 30 lat. Reszta to pędraki, które dopiero wchodzą w najlepszy dla piłkarzy okres. No i można podejrzewać, że Borussia za chwilę przygarnie nowego Kagawę, haniebny brak Japończyka naprawi Bayern Monachium, jakiegoś młodzieniaszka weźmie do Werderu Thomas Schaaf, beniaminkowie z Fuerth i Duesseldorfu poznają ligowe realia i ściągną chłopaków z Tokio czy innej Osaki. Generalnie, Japończycy grający w Niemczech robią swoim rodakom tak świetną reklamę, że powinno ich być z czasem coraz więcej, a nie coraz mniej. Zwłaszcza, że przecież wszyscy wiemy, że to wzory profesjonalizmu i pracowitości, które raczej się nie odzywają, a już na pewno nie kontrowersyjnie i nie kopią w bidony, gdy trener ma czelność ściągnąć ich z boiska.
W II lidze trudno jeszcze o takim trendzie mówić, ale pierwszy rodzynek już jest – Yusuke Tasaka zarabiający w VfL Bochum. Kluby z 2. Bundesligi nie są głupie i jest tylko kwestią czasu, kiedy pójdą drogą bogatszych zespołów z elity. Zresztą – patrząc na fantastyczną grę Takafumiego Akahoshiego w Pogoni Szczecin – można być niemal pewnym, że i nasze zespoły zainteresują się Dalekowschodnim kierunkiem.
Że Azja rośnie w siłę także piłkarsko i że będzie rosnąć coraz bardziej wie każdy nieoderwany od rzeczywistości pozafutbolowej kibic. Zanim jednak nauczą się kopać w piłkę Chińczycy (prędzej) i Hindusi (póóóóóźniej), główną siłą kontynentu powinna być Japonia. Raczej już od najbliższych turniejów.