Najwięksi znawcy i eksperci tego kraju głowią się, jak to się dzieje, że poziom ligi rośnie, Euro 2012 się zbliża, stadiony pięknieją, ale... coraz lepiej widać, jakiego koloru są na nich krzesełka. Chyba wszędzie jest coraz bardziej pusto. Nie będę tu teraz analizował, dlaczego tak jest, to zjawisko bardzo złożone. Ale jak się popełnia fatalny błąd w systemie funkcjonowania kart kibica i dyskryminuje za... miejsce zameldowania to trudno się spodziewać rekordów frekwencji.

REKLAMA
Karty kibica można uznać za słuszne. Jest potrzeba identyfikacji, identyfikacji ponad wszystko szybkiej, wygodnej, wymyślono więc, jak do wszystkiego, karty. Można na nie mieć zniżki, można w niektórych klubach nimi nawet płacić. Najbardziej uciążliwe to to nie jest. Oczywiście, znajdą się tacy, którzy powiedzą, że to kolejne ograniczenie wolności. Może i tak, ale czasem części wolności trzeba się zrzec, żebyśmy się - jak w stanie natury u Hobbesa - wszyscy nie wyrżnęli.
Popełniono w Polsce jednak fatalny błąd, bo ktoś sobie wymyślił, że można być kibicem tylko jednego klubu. Oczywiście, ma to uzasadnienie biznesowe. Jeśli chce się regularnie oglądać Podbeskidzie, Wisłę, Lecha i ŁKS to trzeba czterem klubom zapłacić za kartę kibica. Gdyby - jak nakazuje logika - stworzyć zintegrowany, ogólnopolski system, w którym każdy miałby imienną kartę kibica, z numerem PESEL i czymkolwiek bądź, ale przykładałby tę jedną kartę na stadionie, na który akurat w danym momencie chce wejść, płaciłby za jej wyrobienie tylko raz. I pewnie dlatego nie wybrano tego rozwiązania...
Prowadzi to potem do komicznych sytuacji. Na przykład, osoba, która chce jechać na wyjazd, a niekoniecznie chce siedzieć w sektorze gości, bo wiadomo - jak się najczęściej traktuje kibiców gości - musi kupić kartę kibica innego klubu. Dzięki temu etatowi wyjazdowicze - znam takich - w portfelu mają karty połowy ekstraklasy. To jednak jest tylko komiczne, nielogiczne, uciążliwe i kosztowne, ale żyć się z tym da.
Co innego w Kielcach. Tam - jak od jakiegoś czasu wiadomo - mamy do czynienia z najbardziej rygorystycznymi służbami w dziejach kosmosu. Zdarzyło się. Normalny młody człowiek z Bielska-Białej wraz z kolegą z Kielc jedzie obejrzeć mecz Korony z Podbeskidziem. Chcą siedzieć razem, kulturalnie "umacniać zgodę" pomiędzy drużynami, którym kibicują. Trzeba wyrobić kartę kibica Korony. No, to wyrabiamy... Ale zaraz. Miejsce zameldowania Bielsko-Biała? Pan nie wejdzie! Dlaczego? Kibice gości tylko w sektorze gości. To mogę pójść do sektora gości? Nie, bo nie ma pana na liście wyjazdowej. Zobaczył więc w kieleckim pubie.
Wiadomo, od tego się nie umiera, ale biorąc pod uwagę milion takich cotygodniowych scenek rodzajowych i masy ludzi, którzy rozróby by nie zrobili, na stadion nie wpuszczonych, nie ma co się dziwić, że jest pusto. Swoją drogą, jak bardzo to świadczy o poczuciu zaściankowości w kieleckim klubie. Bo przecież ten człowiek mógłby być wielkim fanem Korony z Bielska-Białej, ale kto by w to uwierzył? Przecież sami ludzie w klubie wiedzą, że Korona nie może mieć fanów dalej niż w Pińczowie czy Małogoszczu. A na Realu Madryt nikogo by nie zdziwiło, że przyjechał jego kibic z Tuvalu...
W obowiązującym polskim systemie warto więc urodzić się w Międzyrzeczu Dolnym (parę kilometrów od Bielska), być zameldowanym w Jaworzu (parę kilometrów od Bielska). W ten sposób wejdzie najgroźniejszy bandzior, bo przecież nikt nie będzie wiedział, gdzie te miejscowości leżą...