Skoro nadszedł taki weekend, że nie zobaczyłem żadnego meczu na Śląsku, trzeba było jakoś tę tragiczną pustkę wypełnić. Poszedłem więc na R22 zobaczyć, jak radzą sobie dwa ligowe średniaki, czyli... Wisła Kraków i Jagiellonia Białystok. Tak, tak. Czas zaprzestać mówienia o wielkiej trójce (Lech, Legia, Wisła) czy – że tak zażartuję – czwórce (Lech, Legia, Wisła, Śląsk). Wisła nie jest wielka. Wisła może kiedyś wygra, może zajmie miejsce piąte, a może siódme, ale jej szanse na to nie są znacząco większe niż Piasta Gliwice czy Pogoni Szczecin.

REKLAMA
Jakoś specjalnie tym zaskoczony nie jestem. Przed sezonem, jedyny jasny punkt, jeśli chodzi o rozmyślania o Wiśle, stanowił w mojej głowie Michał Probierz. Może on coś z tej drużyny ulepi. Nie ulepił, więc to chyba oczywiste, że Kulawik nie zrobi tego tym bardziej. Dramat każdego kolejnego krakowskiego trenera będzie polegał na tym, że oczekiwać będzie się od niego Bóg wie czego, a do realizacji tego, będzie miał Daniela Sikorskiego, Łukasza Gargułę i Rafała Boguskiego.
Wiem, że Wisła ma teoretycznie „fenomenalne powierzchnie tnące” w postaci Genkowa, Meliksona i Ilieva. Tak, dobrze się na nich patrzy, ale nie ma z nich żadnego pożytku. Pozostali gracze Wisły nie mają jakości na spełnianie oczekiwań, jakie są w tym klubie. Doczekaliśmy czasów, kiedy Wisła jest ligowym średniakiem. Jeszcze kilka lat temu nie mógłbym w to uwierzyć.
Bardziej zaskakuje mnie Jagiellonia. Sądziłem, że to ona – wraz z Górnikiem – będzie największą rewelacją tego sezonu. W dobie, w której wszyscy oszczędzają, obracają w palcach złoty pieniądz, ściągają graczy za ziemniaki, białostoczanie dokonali transferów galaktycznych. Naprawdę. W naszych warunkach o trenerze, któremu wstawiono latem do drużyny Ugochukwu Ukaha, Ebiego Smolarka, Tomasza Zahorskiego, Michała Pazdana, Nikę Dzalamidzego i Filipa Modelskiego, można powiedzieć, że ma komfort pracy. Ja wiem, że Makuszewski odszedł. No, odszedł. Ale drużyn o takim potencjale kadrowym i tak jest w Polsce bardzo mało.
Pisałem już zimą, że bardzo ucieszyło mnie powierzenie ligowej drużyny Tomaszowi Hajcie. Przy wszystkich jego dziwactwach, przy wszystkich „co chodzi”, „to są detale”, „albo to masz, albo tego nie masz” i „on to ma” wypowiadanych z anteny, zawsze wydawał mi się sensownym facetem. Pochodzi z nieodległego od mojego Bielska Makowa Podhalańskiego, przebijał się do Bundesligi siłą charakteru, piszczele miał twardsze od podbicia, a takich zawodników lubię. Poza tym, zawsze opowiadał, jak to w Niemczech stawia się na młodych Niemców, a u nas na szrot zza granicy. I piękne roztaczał wizje o tym, jaka to będzie wielka Jagiellonia.
Oglądałem z zaciekawieniem przez całą wiosnę. Raz kopnęli celnie, to wygrali. Potem kopnęli niecelnie, to przegrali. Luka Gusić czy Luka Pejović biegali po boisku, choć przecież miałem nieodparte wrażenie, że Hajto-komentator zjechałby Hajtę-trenera za ich wystawienie. Była to Jagiellonia oparta na przypadku i indywidualnych umiejętnościach graczy. Nie widziałem w tym jakiejś myśli, próby wpajania automatyzmu w grze. Stwierdziłem, że może w telewizji nie widać.
Widziałem więc „Jagę” na żywo, na jej stadionie, gdy wygrywała jedyny raz w tym sezonie. Białostoczanie umieli odwrócić losy spotkania z Podbeskidziem Bielsko-Biała (dopiero potem okazało się, że z „Góralami” sztuka przegrać), choć prezentowali się znów bardzo słabo. Po meczu osoba, która za Hajtą nie przepada, powiedziała mi, że podsłuchała, co mówił w szatni w przerwie swoim zawodnikom. - Słuchaj, naprawdę wyszły wtedy wszystkie jego zachodnie standardy. Spodziewałem się rzucania k...ami i ch...ami, a tam była męska, ale rzeczowa, merytoryczna rozmowa – mówił już przekonany do Hajty. Hmm, pomyślałem, no, to ten Hajto faktycznie zna się na rzeczy. Z tym składem i z takim trenerem to drużyna spokojnie na pierwszą piątkę.
Widziałem ich znów w Krakowie i mogę stwierdzić – nie. Fajnie chwalić Hajtę, roztaczać nad nim parasol ochronny, dawać czas, ale rok dobiega końca, trener ma kim grać, prezes nie wyrzuca go po dwóch remisach i porażce, a Jaga dalej jest kupą chaosu. Górnik może i przegrywał rok temu, czy dwa lata temu, ale było widać, czego od piłkarzy oczekuje Adam Nawałka. Widać było jakąś myśl. Na początku zabrzanom nie wychodziło w ogóle. Potem raz na trzy mecze. Dalej w co drugim meczu. Teraz wychodzi już co tydzień. Nie oczekuję od Hajty zbudowania wielkiej Jagiellonii w okresie od stycznia do października. Ale oczekuję, że drużyna zrobi choć minimalny postęp w tym czasie. Bo na razie zawodnicy są lepsi niż byli, a wyniki wręcz przeciwnie.
Jeśli drużyna z niebotyczną w polskich warunkach ofensywną czwórką Frankowski-Smolarek-Zahorski-Kupisz, wsparta z tyłu Pazdanem i Tymińskim nie potrafi przez 90 minut ani razu zagrozić bramce fatalnie dysponowanej Wisły, to jest z nią coś nie tak. A jeśli to powtarza się notorycznie od kilku miesięcy, to może czas się zastanowić nad rzeczą, w którą jeszcze niedawno nie wierzyłem. Może Hajto-komentator przeszacował możliwości Hajty-trenera? Może to jednak nie jest robota dla niego? Wydawało się, że Hajto ma wszystko, by być świetnym trenerem. Może ma „wszystko” oprócz umiejętności przekazania wiedzy, czyli tak naprawdę nie ma nic?