Gdy zespół, który zajmuje ostatnie miejsce w tabeli i ma na koncie dwa strzelone gole, kilka dni po zwolnieniu trenera wygrywa na wyjeździe 4-1, to spiskiem piłkarzy śmierdzi na kilometr. Jeśli tym zwolnionym trenerem jest Felix Magath, można być niemal pewnym, że zawodnicy właśnie pokazali mu, jak wiele mogą. VfL Wolfsburg przez niektórych wymieniany jako kandydat do gry o Ligę Mistrzów, przez większość jako drużyna przynajmniej na Ligę Europy, a przez Thomasa Tuechela, trenera Mainz, nawet na mistrza, właśnie rozbiła 4-1 Fortunę. W Duesseldorfie. To koniec poważnej kariery Magatha?

REKLAMA
On już się nie zmieni. Po krótkim epizodzie jako grający trener w Bremerhaven, dochrapał się w połowie lat 90. pracy w „swoim” HSV Hamburg. Przejął zespół na 17. miejscu, zostawił dwie kolejki przed końcem na 15., choć „zostawił” jest tu mało precyzyjnym określeniem. Piłkarze skarżyli się na zbyt ciężkie treningi, więc popadł z nimi w konflikt i został wyrzucony.
Poszedł na południe, do Norymbergi. Przejął ją w strefie spadkowej 2. ligi, skończył sezon na 3. miejscu, co dało awans do Bundesligi. W niej jednak 1. FCN nie poprowadził. Nie porozumiał się z prezesem klubu, co do warunków przedłużenia umowy.
Wrócił więc na północ, do Bremy, czyli największego rywala Hamburga, którego był legendą. Samo to nie stanowiło dobrej wróżby na początek. Przejął Werder na ostatnim miejscu w Bundeslidze, a zrezygnował pół roku później. Skłócony z zawodnikami, kibicami i władzami klubu. O tym, że normalny człowiek mógł się z nimi dogadać niech świadczy fakt, że jego następca Thomas Schaaf pracuje tam do dziś. Od 13 lat.
Do tego momentu Magath miał opinię trenera konfliktowego. Sami przyznacie – słusznie. Kiedy tylko skończyły się lata 90., okazało się, że może i można określić go też mianem dobrego. Eintracht Frankfurt przejmował na dnie (tradycyjnie) 2. ligi, wprowadził do elity, co było długo uznawane za jego największe osiągnięcie w karierze. Zwolniono go tym razem za wyniki w najwyższej lidze, a nie za kłótnie. Kariera zaczęła mimo to nabierać rozpędu.
W Stuttgarcie wreszcie popracował trochę dłużej. Wytrzymał tam trzy lata i doprowadził „Szwabów” do wicemistrzostwa. To był jeden z lepszych Stuttgartów ostatnich lat. Powiew świeżości z młodymi Phillipem Lahmem, Mario Gomezem, Kevinem Kuranyim, Aleksandrem Hlebem, Timo Hildebrandtem i Andreasem Hinkelem. Te trzy lata, okraszone występami w Lidze Mistrzów, wyrobiły Magathowi znakomitą markę w Niemczech. Ci bez znakomitej marki nie dostają roboty w Bayernie.
Znamienne. W Monachium zdobył dwa mistrzostwa kraju, a i tak jego pracę tam uznaje się za porażkę. Mistrzostwo dla Bayernu to jak puszczenie szmaty dla Pawełka. Norma. Trenerów rozliczać chcieli za coś ekstra, a więc za Ligę Mistrzów, a tam sukcesów nie było. Poza tym, wiemy to doskonale. Magath jest „królem-słońcem”. Klub to on. Wszystko trzeba podporządkować jemu. Piłkarzy, dyrektorów, sprzątaczki, ogrodników, kierowców. Jeśli tu wszystko zagra po jego myśli, to wtedy może, ewentualnie, zastanowi się nad zdobywaniem trofeów. Sami rozumiecie. W Monachium unoszą się duchy Beckenbauera, Rummeniggego, Hoenessa. Tu nie ma ludzi do spełniania zachcianek Magatha. Więc go wywalili.
A on wyczynił numer w swoim stylu. Wywalili go z klubu, w którym nie doceniali rangi mistrzostwa Niemiec, to nauczył Bawarczyków tę rangę doceniać. Zrobił na wolfsburskiej prowincji największą sensację ostatniej dekady w Bundeslidze, przeobrażając „Wilki” w mistrza Niemiec. Cały świat zachwycał się wtedy parą Dżeko – Grafite, wspieraną Misimoviciem. Zwłaszcza w wygranym 5-1 meczu z Bayernem. Magath był większy niż kiedykolwiek, więc... w Gelsenkirchen uknuto pewien plan.
Skoro wszyscy grają 34 kolejki i dłużej, a na końcu nigdy nie może wygrać Schalke, to może Magath coś zmieni? Pompowani pieniędzmi Gazpromu, z wielkimi tradycjami, stadionem, niezłymi już piłkarzami, „Górnicy” mieli wszystko, co potrzebne było Magathowi do odnoszenia sukcesów. A już na pewno mieli więcej niż Wolfsburg. Tu po raz kolejny wyszło, jak niebezpieczny to trener. Nie dość, że się oczywiście, po swojemu, z wszystkimi pokłócił, nie dość, że piłkarze przeżywali mordercze treningi, nie dość, że nie było wyników, to jeszcze wszystko za monstrualne pieniądze. „Qualix” (qual – niem. 'męka') ściągał przeciętnych piłkarzy tabunami. Brał z łapanki. Byle ktoś był drogi. Nie dość, że nie zrobił nic dobrego, to jeszcze wyczyścił kasę. W Gelsenkirchen natomiast stracili nadzieję, że kiedykolwiek uda się do tego miasta przywieźć mistrzowską paterę. W Neverkusen, pardon, Leverkusen, też uważnie podpatrywali ten eksperyment, wszak Bayer jest kolejnym klubem, który zawsze jest blisko, a nigdy mu się nie udaje.
Ciepłą przystań znalazł Felix znów na prowincji, w podupadłym Wolfsburgu. Tu do swojego przebogatego warsztatu, uzupełnionego jeszcze kultywowanym w Schalke, niszczycielskim zwyczajem pozyskiwania niepotrzebnych piłkarzy (vide Mateusz Klich), dodał chociażby kary finansowe za bezsensowne zagrania w czasie gry. Np. podania do tyłu. O bezsensowności zagrania decydował oczywiście „król słońce”. Nawet i tu zawodnicy zaczynali się buntować. Wolfsburg już nie kochał Felixa, więc zespół, który na papierze powinien być w czołówce Bundesligi, miotał się poniżej Greuthera Fuerth czy Augsburga. Magath poleciał, a w sobotę piłkarze pokazali mu dlaczego. Za ciężko z tobą.
Dotychczas droga była mniej więcej taka, że mający portorykańskie korzenie trener robił wynik na prowincji, szedł do potentata, a po zwolnieniu znów robił wynik gdzie indziej. Jeśli w ostatnim miejscu pracy mu się powiodło, możesz być pewnym, że w kolejnym już mu się nie powiedzie. Ale też od zatrudnienia w Eintrachcie, nigdy nie było tak, żeby w dwóch klubach pod rząd coś schrzanił. Aż do teraz. Skoro Wolfsburg już jest prowincjonalny, to następna praca Magatha powinna być jeszcze dalej od dużych ośrodków. Problem w tym, że mało kto jest w stanie i ma ochotę zatrudnić takiego niszczyciela.
Jeśli Dietmar Hopp, właściciel bardziej prowincjonalnego i nie mniej bogatego niż Wolfsburg, Hoffenheim, nie powariuje i nie zażyczy sobie pod nosem domorosłego „króla słońce”, to nie widzę szans, by Magath w najbliższym czasie kogoś w Bundeslidze potrenował. Piłkarze niemieccy odetchnęli, a mi mimo wszystko żal. Zawsze to jedna barwna, charakterystyczna i kontrowersyjna postać w lidze mniej.