Od początku było wiadomo, że wykładanie 40 milionów euro na dobrego, ale tylko dobrego, defensywnego pomocnika to wariactwo. Sugerowano, że Bayern, kupując za tyle Javiego Martineza nie tyle tak bardzo chciał samego Baska, ale chciał pokazać miastu i światu, że go stać. Tu szaleje kryzys, tam nie mają na nic kasy, nawet w Serie A zaciskają pasa, a tymczasem Bayern stać na rozrzutność. Czy warto było szaleć tak?

REKLAMA
Może pytanie jest przedwczesne, 23-latek ma przecież pięcioletni kontrakt, jeszcze może zacząć grać świetnie. Niemniej, z czasem może być coraz trudniej. Wszyscy od początku obserwowali go bardziej niż wnikliwie. Droższego piłkarza przecież w historii Bundesligi nie było. Przecież Bawarczycy chcieli go wyrwać z Bilbao przez całe lato. Przecież dla niego wykazali się niegermańskim szaleństwem. Przecież Helmut z Memmingen otwierał gazetę przez cały lipiec i cały sierpień i cały czas widział relacje z negocjacji z Martinezem. To musiał być ktoś wyjątkowy.
Ja nie widzę niczego złego w zapłaceniu 40 milionów za defensywnego pomocnika. Dlaczego za napastnika czy skrzydłowego tak, a za tego od czarnej roboty niby nie? To on mniej ważny? Nie ma bodaj niczego ważniejszego niż środek pola. O, Edgar Davids, Xavi Alonso, Claude Makelele to byli defensywni pomocnicy warci każdych pieniędzy. Problem nie tkwi więc moim zdaniem w tym czy warto było dawać 40 baniek za piłkarza z tej pozycji, ale czy warto było dawać je za tego konkretnego piłkarza.
Fakty są na razie takie, że Luis Gustawo zagrał w Bundeslidze osiem meczów w podstawowym składzie, Bastian Schweinsteiger dziesięć, a Martinez nie może sobie przy nich powąchać murawy. Heynckes próbował kija: „Martineza stać na dużo więcej niż obecnie pokazuje”, próbował marchewki: „Jestem z niego bardzo zadowolony”, a sytuacja się nie zmienia. Przeciętny Brazylijczyk i reprezentant Niemiec sprawiają, że Bask dostaje odsiedzeń.
W podstawowym składzie reprezentant Hiszpanii dostał szansę trzy razy. Z Wolfsburgiem, Hoffenheim i wczoraj z Eintrachtem. Grywał też w Pucharze Niemiec i Lidze Mistrzów. Średnia not z „Kickera”, która jest przecież wyrocznią, z wszystkich meczów, w których został oceniony, wynosi 3,64, a więc nie pozostawia złudzeń – jest bardzo przeciętna.
Rosły (190 centymetrów) środkowy musi zacząć grać na miarę tego, co pokazywał w Bilbao tu i teraz. Gdy skończy się runda jesienna, a on nie będzie miał na koncie żadnego dobrego meczu, wskoczą na niego dziennikarze (najpierw Bilda), potem kibice, wreszcie coś się wymknie Hoenessowi czy Rummenigemu, którzy wspomną, że to najbardziej przepłacony zawodnik w historii Bayernu i Hiszpan może mieć spore problemy, by psychicznie to wytrzymać.
Śmiem jednak twierdzić, że nawet jeśli zacznie grać lepiej, nigdy nie zerwie z łatką przepłaconego. Ktoś mu tymi 40 milionami zrobił krzywdę. Gdyby wzięto go bez zbędnego przytupu, nikt specjalnie by nie zwracał na niego uwagi, a za każde dobre zagranie byłby chwalony. Teraz udane kopnięcia nikogo nie zachwycą, bo wszyscy powiedzą: „Jeszcze by spróbował źle kopać za taką kasę!”. A jak nie daj Boże zawali bramkę, zacznie się jazda. Już wielu piłkarzy zniszczyły niewspółmierne do umiejętności pieniądze. Obnoszenie się bogactwem czasem wraca rykoszetem.