Usłyszałem kiedyś w rodzinnym mieście takie zdanie. "Radość z awansu do ekstraklasy i z ogrywania w Pucharze Polski Wisły Kraków nie byłaby taka duża, gdyby nie to, że rok wcześniej widziałam naszych, jak nie potrafili wygrać z Motorem Lublin, o mało nie spadli z I ligi, a trenera ochrona osłaniała przed własnymi kibicami". Właśnie. Bo w im większym dziadostwie się było, tym bardziej smakuje, gdy się z niego wyjdzie. Dlatego biedni są fani drużyn, które nigdy nie spadły z ligi. Ale są gorsze tragedie niż spadek z ligi. Na przykład spadek o trzy ligi. Nie jestem fanem Glasgow Rangers, ale i tak wyobrażam sobie, co szkoccy fani poczują, gdy w końcu zdobędą mistrzostwo kraju.
To właśnie znaczy więcej niż klub*
REKLAMA
Wszyscy wiedzą, że Rangersi latem zostali zdegradowani za długi. Że mogła ich uratować zgoda pozostałych klubów Scottish Premier League, jednak te nie poszły 54-krotnemu mistrzowi Szkocji na rękę. Jeden z dwóch liczących się zespołów w Szkocji wylądował na dnie.
Gdy śledziliśmy niezwykłą historię degradacji Juventusu Turyn, podziwialiśmy wszyscy tych wiernych, którzy zdecydowali się mimo spadku do Serie B nie opuszczać „Starej Damy”. Szacunek za poświęcenie. Jasne, że tak. Ale teraz, gdy na to patrzę, widzę, że oni tylko przez rok odpoczywali od wielkich wyzwań, dostając i tak spore pieniądze. Co powiedzieć o Rangersach, którzy najwcześniej do elity wrócą w 2015 roku?
A jednak zostało ich całkiem sporo. W bramce Neil Alexander, mający za sobą występy w reprezentacji. W ataku obecnie najlepszy strzelec IV ligi Lee McCuloch, mający na koncie 250 meczów w Scottish Premier League i sześć lat gry w Wigan Athletic. W ogóle, w składzie utytułowanego klubu jest obecnie aż 16 graczy, którzy mają w życiorysie występy w najwyższej klasie rozgrywkowej. Taka ekipa poradziłaby sobie w elicie.
Na ławce nadal zasiada Ally McCoist. Będzie tylko lekkim wyolbrzymieniem, gdy powiem, że to głos mojego dzieciństwa, a nawet – bardziej patetycznie – głos mojego pokolenia. Charakterystyczny szkocki akcent, angielski trudny do zrozumienia nawet dla Anglika. Legendarny szkocki piłkarz, który po zakończeniu kariery został komentatorem i przede wszystkim głosem kolejnych edycji gry FIFA. Ile to wieczorów spędziło się, czekając tylko aż McCoist będzie miał okazję powiedzieć: „Oh! It's the equaliser!”
Jako dyrektor pomaga mu Walter Smith, wieloletni trener Rangersów, były selekcjoner reprezentacji Szkocji. Nie chcę wyliczać w nieskończoność, a zaledwie pokazać, jak wiele znakomitych postaci pozostało, mimo bolesnego spadku przy klubie.
Na boisku nie jest łatwo. Rangersi są liderem, ale nie roznoszą rozgrywek w pył. Na początek tylko zremisowali. Zdarzyła im się porażka ze Stirling Albion. Nad drugą drużyną mają zaledwie dwa punkty przewagi. Ale... jakie to ma znaczenie? I tak wiadomo, że awansują. I że pewnie będą wchodzić rok po roku, aż w 2015, góra 2016 wrócą do Scottish Premier League. Akurat nadarzą się 400. Old Firm Derby. Większe niż kiedykolwiek, krwawsze niż kiedykolwiek. Zresztą mam wrażenie, że każdy mecz Rangersów z drużynami z elity będzie wtedy na noże. Nie dlatego, żeby nagle Inverness Caledonian Thistle czy Kilmarnock urosły do rangi godnych rywali. Nie. Dlatego, żeby zemścić się za brak zgody na przystąpienie do ligi z lata 2012. W sezonie, w którym Rangersi wrócą do SPL, ekstraklasa szkocka nareszcie będzie ciekawa. A 55. mistrzostwo będzie „The Gers” smakować bardziej niż którekolwiek wcześniejsze.
Najważniejsze jest jednak to, co się dzieje wokół. Karnety zakupiło ponad 30 tysięcy widzów. Kibice zajmują na Ibrox Park niemal co dwa tygodnie około 40 tysięcy miejsc. Przed jednym z pierwszych meczów w IV lidze pełne Ibrox odśpiewało piosenkę „Three Little Birds” Boba Marleya. W Polsce tak się utarło, że kibicuje się raczej Celticowi, ja też zawsze to jemu życzyłem mistrzostwa. Ale gdy się widzi te tłumy zapamiętale ryczące... „Don't worry, about a thing. Cause every little thing gonna be alrigt”, to naprawdę ściska za serce.
Znowu zajedzie patosem. Ale jeśli ktoś w natłoku afer, symulantów, aktorzenia, leśnych dziadków i innych chorób, toczących futbol od środka, zapomniał, jakie namiętności wyzwala ta dyscyplina, niech zobaczy ten filmik. Jeśli macie pod ręką kogoś, kto nie rozumie, jak można się emocjonować zgrają chłopów ganiających za kawałkiem skóry, puśćcie mu zapamiętale śpiewające Ibrox. Jak to go nie nawróci, to nic tego nie zrobi.
* Nie żebym był zaczepny, ale celowo użyłem hasła chętnie powtarzanego przez Barcelonę. Jej (a także Realu, Manchesteru i kilku innych klubów) biedni kibice są wściekli, gdy ich zespół zajmie drugie miejsce. Takie, jak Rangersów, przypadki powinny pokazać, że prawdziwe dramaty dzieją się gdzie indziej. A nawet tam, gdzie się dzieją, wszyscy i tak wierzą, że "every little thing gonna be alright".