Aaaaa aaaa aaaaa, aaaaaaaaaaaaa. Aaaaaaaaaa aaaaa aaaaaaaa aaaaaaaaaaaa. Aaaaa aaaa aaaaa, aaaaaaaaaaaaa. Aaaaaaaaaa aaaaa aaaaaaaa aaaaaaaaaaaa. Aaaaa aaaa aaaaa, aaaaaaaaaaaaa. Aaaaaaaaaa aaaaa aaaaaaaa aaaaaaaaaaaa!
REKLAMA
Kiedy miałem osiem lat, za pierwsze „swoje” pieniądze kupiłem pierwszą płytę w życiu. To było „Uriah Heep”, z ciemnozieloną okładką. „The best of”. Płyta była na tyle duża (albo ja mały), że gdy brałem ją do ręki, pękały mi kąciki w dłoniach.
Kilka lat później na angielskim uczył nas Amerykanin określenia „Daddy rock”. Tak nazywa się zespoły rockowe z przełomu lat 60 i 70. Choć określenie „Daddy” jest tu dość dyplomatyczne. Bardziej pasowałoby „Grandpa rock”. Jako naczelny przykład tego gatunku wymienione zostało „Uriah Heep”.
Niech będzie i daddy rock. Ale zobaczenie ich w Bielsku-Białej na żywo to dla mnie jakaś abstrakcja. Fakt, w czerwcu byłem niemal przekonany, że na dni miasta przyjeżdża Red Hot Chilli Peppers, ale potem doczytałem dokładniej i okazało się, że to było „Red Hot Chilli Pippers”. Tu też się obawiałem jakiegoś kruczka. Albo obawiałem się, że dziadkowie z Uriah Heep grają już raczej w stylu Krzyśka Krawczyka i męczą kota przy „Bo jesteś ty...”.
Ale nie. Trzeba powiedzieć jasno i dosadnie. Dziadki z Uriah Heep mają pierdolnięcie, jakiego młodzi mogą się uczyć. Jak wyszli z gitarami, jak walnęli w perkusję, to trząsł się cały Klub Klimat. I wszyscy szybko zapomnieli, że panowie przyjechali spóźnieni o ponad pół godziny i żaden z organizatorów nie raczył bąknąć słówka do ludzi, więc pojawiły się pierwsze gwizdy.
Dziadkowie też się chyba dobrze bawili. Najpierw poupominali jakichś gości za nagrywanie koncertu (swoją drogą, nie rozumiem ludzi, którzy przychodzą na koncert, nic z niego nie mają, oprócz nagrania, które sobie obejrzą bądź nie, w domu), potem zagrali kilka kawałków z nowej płyty (dalej wydają!), które brzmiały bardzo ciekawie, choć wiadomo, że nie porwały, bo najlepiej lubimy znane nam melodie. Ale gdy ruszyli z „July morning”, „Gypsy”, czy przede wszystkim z przywołaną we wstępie, moją ulubioną, „Lady in black”, było już wspaniale. Dla nich to też chyba było nierealne. Zespół, fakt, światowej sławy. Ale jednak przebrzmiałej przed 40 laty. Przyjeżdżają z Wielkiej Brytanii do Polski, co samo w sobie już może dla nich być przygodą. I nie grają w Warszawie czy w Krakowie, a w Bielsku-Białej, którego nazwy pewnie nie potrafią wymówić, a ludzie przychodzą w klamotach z nazwą zespołu oraz znają sporo tekstów. Widać, że sami byli zaskoczeni.
Sympatyczni dziadkowie. Grali ostro, z werwą, dobrze się bawili, raz za czas pociągnęli ukradkiem piwko z gwinta, zaprosili na scenę kilka dziewczyn i chłopaczka, który bał się, że mu się grzywka zepsuje. Wnuka bym im nie powierzył do opieki, ale na ich koncert poszedłbym jeszcze raz. Pięknie się zestarzeliście, panowie!
Jutro grają w Poznaniu ostatni koncert w Polsce. Nie muszę chyba mówić, że warto iść. Zwłaszcza, że jak spojrzałem na tych staruszków z długimi siwymi włosami, to pomyślałem: „Boże, żeby tylko nie umarli w trakcie”. Trzeba się spieszyć. Ja zdążyłem, choć 12 lat temu, gdy nabywałem ich płytę, nigdy bym nie uwierzył, że kiedyś będę na koncercie TEGO, PRAWDZIWEGO Uriah Heep w swoim mieście.
PS. A za dwa tygodnie przyjeżdża Saxon. „Broken Heroes” na Podbeskidziu na żywo? Ten świat chyba naprawdę się kończy. Ale jak pięknie!