W maju, kiedy widziałem kulisy konkursu wiedzy o piłce nożnej organizowanego przez TVP, wydawało mi się, że ten Dariusz Szpakowski jest strasznie zadęty i totalnie nie ma do siebie dystansu, co zresztą potwierdzały nieliczne z nim wywiady. Muszę jednak przyznać, że choć od oglądania meczu komentowanego przez niego gorsze jest dla mnie tylko odrąbywanie własnego nadgarstka tępą siekierą, druga odsłona Dni Biznesu w Sporcie trochę zmieniła moje postrzeganie tej postaci.
REKLAMA
Szpakowski miał wykład na temat roli FIFA i UEFA we współczesnym futbolu. Wykład jak wykład, Ameryki nie odkrył, wydaje mi się, że osoba regularnie śledząca wiadomości sportowe niewiele się z niego dowiedziała. Ciekawiej zrobiło się, gdy zaczęły się pytania z sali. Zaskoczyło mnie, że Szpakowski dokładnie wiedział o sytuacji z ostatniego meczu Borussii z Wolfsburgiem, wiedział, że to Marcel Schmelzer dotknął piłki kolanem a nie ręką. Niby nic, a jednak słuchając Szpakowskiego zawsze miałem wrażenie, że ostatni mecz, którego nie komentował, obejrzał w 1979 roku. A tego meczu na pewno nie komentował. W ogóle, jak na to, czego się spodziewałem, zaskakująco dobrze wiedział, co się w piłce obecnie dzieje. Oczywiście nie byłby sobą, gdyby nie powiedział, że „komentowałem (...) ze Zbyszkiem Lubańskim”, ale to dobrze, bo telewizja aż tak kłamać nie może. Dzięki tej wpadce było realistycznie.
Strasznie spodobało mi się jednak pytanie o udział w komentowaniu gier z serii Fifa wraz z Włodzimierzem Szaranowiczem. Zawsze się zastanawiałem, jak to wygląda. Szpakowski przyznał, że to dużo trudniejsze niż komentowanie meczów. W normalnym spotkaniu jak pada gol, trzeba raz krzyknąć „gol!”. W Fifie trzeba nagrać jedna za drugą sekwencje wydzierania się na kilkadziesiąt różnych sposobów. Jak komentator podawał swoje przykładowe wypowiedzi, typu: „Ależ interwencja bramkarza!”, to naprawdę robiło wrażenie. Głos ma świetny. I to, co wspomniałem na początku. Wydał mi się w rzeczywistości zdecydowanie bardziej sensowny, sympatyczniejszy, lepiej przygotowany merytorycznie niż w telewizji.
Udana, choć nierówna, była też debata na temat dokąd zmierza polska piłka. Piotr Świerczewski to prześmieszny wesołek. Odnalazłbym się z nim na piwie. Ma dystans, bo oczywiście dostał pytanie o swoje kontakty i o Avrama Granta :-) Choć zdarzyło mu się bredzić duby smalone w stylu: „przed Euro kadra nie grała wartościowych sparingów, oprócz meczów z Francją i Argentyną” (ja bym osobiście traktował też poważnie mecze z Hiszpanią, Niemcami, Włochami, ale co ja tam wiem, kontaktów nie mam). Piotr Gołos z marketingu PZPN-u miał ciężką rolę, bo pełnił rolę adwokata diabła. Generalnie dawał radę, choć śmieszy mnie linia obrony polegająca na tym, że „wtedy były inne władze, teraz są nowe i wszystko się zmieni”. Tak? Na pewno się zmieni?
Jacek Mazurek, dyrektor sportowy Legii, wydał mi się bardzo bezbarwny. Ani w nim entuzjazmu nie było widać, ani jakiegoś pomysłu. Ględził trochę bez składu. Nie chciałem, żeby dostawał za często głos. Jeszcze gorzej było z panią Joanną Nycz-Kowalską z Proton Relations, która, cóż, była bardzo „bułkę przez bibułkę”, więc w tej debacie się nie odnalazła. A Krzysztof Stanowski? Z jednej strony niczym jeśli chodzi o wypowiedzi mnie nie zaskoczył, bo kto czyta Weszło mógł dokładnie przewidzieć jego odpowiedź na każde pytanie. Z drugiej, jeśli pisałem wczoraj o Smokowskim, że ma ripostę na wszystko, to co powiedzieć o Stanowskim? Cóż, tak mówi, jak pisze. Celne, błyskotliwe riposty, obrazowe porównania. Wydaje mi się, że porwał salę. Jeśli miałbym się z nim kiedyś sprzeczać, to wolałbym pisemnie, bo refleks ma zabójczy. Mógłby go Wojewódzki zaprosić. Aha, temat wykładu. Dokąd zmierza polska piłka? Nic nowego nie padło, ale i tak ciekawie się słuchało.
Jacek Mazurek, dyrektor sportowy Legii, wydał mi się bardzo bezbarwny. Ani w nim entuzjazmu nie było widać, ani jakiegoś pomysłu. Ględził trochę bez składu. Nie chciałem, żeby dostawał za często głos. Jeszcze gorzej było z panią Joanną Nycz-Kowalską z Proton Relations, która, cóż, była bardzo „bułkę przez bibułkę”, więc w tej debacie się nie odnalazła. A Krzysztof Stanowski? Z jednej strony niczym jeśli chodzi o wypowiedzi mnie nie zaskoczył, bo kto czyta Weszło mógł dokładnie przewidzieć jego odpowiedź na każde pytanie. Z drugiej, jeśli pisałem wczoraj o Smokowskim, że ma ripostę na wszystko, to co powiedzieć o Stanowskim? Cóż, tak mówi, jak pisze. Celne, błyskotliwe riposty, obrazowe porównania. Wydaje mi się, że porwał salę. Jeśli miałbym się z nim kiedyś sprzeczać, to wolałbym pisemnie, bo refleks ma zabójczy. Mógłby go Wojewódzki zaprosić. Aha, temat wykładu. Dokąd zmierza polska piłka? Nic nowego nie padło, ale i tak ciekawie się słuchało.
Do udanych trzeba też zaliczyć wykład Łukasza Łazarewicza na temat perspektyw rozwoju polskiej koszykówki klubowej. Koszykówka, zwłaszcza w wersji polskiej, mogłaby dla mnie nie istnieć. Ale raz, że Łazarewicz mówił ciekawie. Dwa, że sporo mówił o ligowej geografii, a to zawsze mnie interesuje. Jak wiadomo, Tauron Basket Liga to liga północy. Wszystkie Koszaliny, Stargardy i inne Gdynie mają klub w najwyższej lidze, podczas gdy z tak dużych województw jak śląskie i małopolskie w dwóch najwyższych ligach klub ma tylko Dąbrowa Górnicza. Zdaniem Łazarewicza, polski kosz powinien istnieć właśnie w takich małych ośrodkach, gdzie jest sportem numer jeden. W aglomeracje nie celują. Spytałem oczywiście o śląskie perspektywy. Podobno od jakiegoś czasu jest plan stworzenia zespołu o roboczej nazwie Silesia Basket, ale wszystko rozbija się o to, w jakim mieście miałby grać i jak się dokładnie nazywać. Czyli perspektywy na kosza na Śląsku dość są mgliste.
Przemawiał też dzisiaj Szymon Kołecki, jak się dowiedziałem, od ośmiu dni prezes Polskiego Związku Podnoszenia Ciężarów. Dwukrotny medalista olimpijski nie sypał ciekawostkami z rękawa, nie przytaczał anegdot od których rechotałaby cała sala. Mówił o swojej wizji pracy. Ale i tak – bije z niego, że jest mądrym człowiekiem. Naprawdę, jeśli ktoś taki nie będzie dobrym prezesem PZPC, to nie wiem kto mógłby być.
Przeciętne było wystąpienie na temat KSW. Martin Lewandowski chronologicznie przedstawił rozwój MMA i gal KSW w Polsce. Rzeczywiście imponujące. Zabrakło mi odpowiedzi na pytanie: w jaki sposób? Wczoraj ludzie z Polskiej Ligi Futbolu Amerykańskiego pokazali krok po kroku, jakie działania podejmowali, by dojść w sześć lat z lasu bielańskiego na Stadion Narodowy. A Lewandowski przedstawił KSW tak, że w sobotę były niszowe, a w niedzielę ot tak, bo słońce świeci, stały się masowe.
Nie udało się zupełnie przemówienie Zdzisławowi Grodeckiemu, prezesowi Jastrzębskiego Węgla. Facet z pola szpinaku zrobił jeden z lepszych klubów (przesada, ale chciałem, żeby było obrazowo) i jak się patrzy na wszystko, co się działo z Jastrzębiem nie sposób nie stwierdzić, że to na pewno skuteczny menedżer i oddany klubowi człowiek. Niestety, kompletnie nie udało mu się tego przekazać. Chociaż był sympatyczny.
Największą porażką dwudniowej superinteresującej konferencji był wykład Tomasza Cieślika z firmy Sportfive na temat rynku praw medialnych. Naprawdę rzetelnie wysłuchałem wszystkich wystąpień i skrzętnie notowałem. Tu jednak nic interesującego nie było. Nic. 40 minut nachalnej promocji firmy Sportfive. Kompletnie się moim zdaniem nie obronił. Co nie zmienia faktu, że dwa dni spędzone w Warszawie sporo mi dały, chętnie miałbym na co dzień wykłady o sporcie. Nie słyszałem wcześniej o Dniach Biznesu w Sporcie, ale dobrze, że usłyszałem. Świetna sprawa!