Normalnie oddzielam swoje pisanie dla SportSlaski.pl i dla natemat.pl. Uważam jednak, że warto ten tekst dać również tutaj. Nie dlatego, żeby Podbeskidzie Bielsko-Biała miało kogoś interesować, choć historia szybkiego dołowania tego klubu jest ciekawa. Każdy może sobie tu wstawić inne nazwiska i zobaczyć, jak w naszej piłce... upadek zaczyna się od największego sukcesu. Ku przestrodze dla Niecieczy, Floty itp.
REKLAMA
Podbeskidzie Bielsko-Biała jest w ekstraklasowej tabeli w fatalnej sytuacji. Pięć zgromadzonych punktów daje jedynie cień szansy na utrzymanie się w elicie. Ale to, czy Jeleń trafi z rzutu karnego, a Pietrasiak sfauluje, czy też nie, w gruncie rzeczy nie ma większego znaczenia. Tak można stracić trochę punktów, pecha można mieć raz, dwa razy. Jeśli jednak pech się zaczyna powtarzać, to to już nie jest pech. Dobrze funkcjonująca klubowa maszyna MUSI się z czasem przekładać na dobrą grę piłkarzy. Jeśli się nie przekłada, to znaczy, że maszyna nie funkcjonuje dobrze. I tak jest z Podbeskidziem. By wyjaśnić, co się w klubie dzieje obecnie, trzeba się cofnąć do nieodległych czasowo, ale odległych nastrojowo miesięcy, a więc pierwszego półrocza 2011 roku.
Dlaczego odszedł Janusz Okrzesik?
Klub funkcjonował w ostatnim sezonie I-ligowym naprawdę znakomicie, a przynajmniej taki udało się wykreować jego wizerunek, co też jest sporym sukcesem. Jak utrzymują wszyscy z nim związani, udało się stworzyć atmosferę, w której wszyscy – na każdym szczeblu – wzajemnie sobie ufali i mieli prosty, jasno zdefiniowany cel: ekstraklasa. Po nieudanym pierwszym okienku transferowym prezesa Okrzesika, latem udało się trafić niemal z wszystkimi nabytkami (m.in. Łatka, Demjan, Cieśliński, Rogalski). Klub pozyskiwał coraz więcej sponsorów, ruszył z programem partnerskim, zadbał o to, by w mediach funkcjonował przydomek „Górale”, stworzył akcję dla młodzieży „Szansa dla każdego” czy „Akademicki klub kibica”, który miał zachęcać do przychodzenia na stadion bielskich studentów.
Podjęto też pierwszą, drobną próbę zarabiania na klubowych pamiątkach, a z kalendarzem przygotowanym we współpracy z Teatrem Polskim udało się nawet przebić do głównego wydania „Wiadomości” TVP 1. Niech nikt źle nie zrozumie. Nie było perfekcyjnie. Nie było idylliczne. Ale wszystkie te pozytywne działania wokół klubu wraz z fantastyczną grą piłkarzy sprawiły, że wokół Podbeskidzia – klubu całego regionu, wytworzyło się przekonanie, że ten klub ma przyszłość.
Obejmując fotel prezesa końcem 2009 roku, Janusz Okrzesik publicznie postawił dwa cele. Awans do ekstraklasy i przekształcenie klubu w spółkę akcyjną. Piłkarze, jako się rzekło, grali na tyle dobrze, że zapewnili sobie i miastu pierwszy w historii awans do najwyższej ligi. I jak to w Polsce często bywa – w tym momencie zaczął się przyspieszony koniec dobrej atmosfery. Oddajmy głos samemu Okrzesikowi. – Pierwsze zgrzyty pojawiły się w momencie, gdy awans był już właściwie przesądzony. Miałem wrażenie, że zamiast wspólnej satysfakcji i radości, rozpoczął się wyścig o to, kto będzie bardziej zasłużony. Pojawiło się mnóstwo sygnałów zazdrości. „Dlaczego mi się nie udało, a jemu tak? Dlaczego on stoi w pierwszym rzędzie, a ja w drugim?” itp. – mówi.
Doszło do tego, że prezes od jednej z osób z UM otrzymał grube zestawienie z zebranymi wszystkimi publikacjami, łącznie z tymi z forów internetowych, w których jednym kolorem było zaznaczone nazwisko „Krywult” innym „Okrzesik”. Tekstów o Okrzesiku było więcej, co nie było mile widziane. Typowe polskie piekiełko. Trzeba jednak zaznaczyć, że prawdopodobnie nie wychodziło ono od samego prezydenta, lecz od jego "świty". Co więcej, w tamtym momencie okazało się, że wiele osób przez dziewięć lat bytowania w I lidze się do tych rozgrywek przyzwyczaiło. Wcale nie było im tak pilno do ekstraklasy.
– Kiedy awans był już pewny, ja chciałem przekształcać klub w spółkę i... napotkałem opór materii. Nie wszyscy byli mentalnie przygotowani na półkę wyżej – twierdzi Okrzesik. Najlepszym dowodem jest fakt, że w momencie, gdy spółka była już w zaawansowanej fazie przygotowania, jeden ze sponsorów złożył na biurko prezydenta analizę, w której przekonywał, że klub ma jeszcze rok na przekształcenie w spółkę, bowiem komisja licencyjna łagodniejszym okiem spogląda na beniaminków. Jak wiadomo, nic takiego nie miało miejsca, a spowodowała wiele kłopotów z uzyskaniem licencji.
Sama zazdrość to byłoby jednak za mało.
– Stworzyłem spółkę praktycznie w pojedynkę. Tymczasem później przez dwa miesiące... nie mogłem otrzymać umowy o pracę. Nikt ze mną poważnie nie rozmawiał o warunkach. Odbierałem te niby-negocjacje jako brak szacunku – tłumaczy. Powiedzieć jednak, że Okrzesik odszedł przez pieniądze też byłoby nadużyciem, bowiem – jak sam przyznaje – na rezygnacji sporo stracił finansowo.
Główna przyczyna odejścia była jednak inna. – Ja nieźle sobie radzę, kiedy mam jasno sprecyzowanego konkurenta, ale robię się bezradny, gdy ludzie, którym ufam, zaczynają mi podkładać kłody pod nogi. Znakomity zespół ludzi, który udało się zbudować, nagle się rozpadł i zaczęła się wojna podjazdowa wszystkich ze wszystkimi, która trwa do dziś. Mnie to dobija, ja sobie z tym nie radzę, staję się bezradny jak dziecko, więc postanowiłem zamknąć drzwi i wyjść – mówi były prezes Podbeskidzia.
Dodajmy jeszcze, że kolejną z przyczyn odejścia, które się nawarstwiły, był także nepotyzm. Okrzesik nie chce mówić o szczegółach. – Może kiedyś. Powiem tylko tyle, że ówczesny przewodniczący rady nadzorczej poinformował mnie nieoficjalnie, że jak to ujął „pojawiła się” kandydatura na dyrektora finansowego, blisko związana rodzinnie z jednym z członków rady nadzorczej. Takie rozmowy ze mną są bardzo krótkie, tym bardziej że miałem już innego kandydata na to stanowisko. Powołałem więc innego dyrektora, który zresztą okazał się chyba niezły, skoro pracuje w klubie do dziś. Jednak jak się okazało narobiłem sobie wtedy potężnych wrogów – uśmiecha się Okrzesik.
Sławetna premia za utrzymanie
Tego samego lata, gdy w klubie zaczynała się wojna podjazdowa, pojawiła się też sprawa osławionych później premii za utrzymanie w ekstraklasie. Jak to z nimi było? Warto na początek zaznaczyć, by nie mieszać premii za awans i premii za utrzymanie w ekstraklasie. Premia za awans była jasno ustalona. Połowę z przewidzianego miliona wypłacono piłkarzom i sztabowi szkoleniowemu od razu, druga połowa miała być zapłacona z trzeciej transzy Canal+, która miała spłynąć w lutym 2012 roku. Jak wiadomo, piłkarze dalej tych pieniędzy nie dostali, mimo że już dawno spłynęły do klubu. Były po prostu przeznaczane na inne rzeczy.
Co się zaś tyczy premii za utrzymanie w ekstraklasie? – W części biorę to na klatę. Zaczęliśmy na ten temat rozmowy z piłkarzami latem, jeszcze jako zarząd stowarzyszenia. Zaproponowaliśmy, by premia za utrzymanie była taka jak za awans. Strasznie „stękali”, bo wydawało im się, że awans do ekstraklasy rozbija skarbiec. Na początku chcieli pięć milionów, ale dość szybko doszliśmy do porozumienia, jak zwykle zresztą, starszyzna drużyny to naprawdę rozsądni ludzie. Była to sprawa znana zarządowi stowarzyszenia i członkom rady nadzorczej z ramienia stowarzyszenia, nie budziła wówczas żadnych kontrowersji . Mój błąd polega na tym, że nie podjąłem natychmiast pisemnej uchwały w tej sprawie. To mój brak doświadczenia. Później się zastanawiałem, dlaczego zabrakło mi w tej sprawie refleksu? – tłumaczy Okrzesik.
– Całą energię poświęcaliśmy wtedy na sprawę licencji i stadionu, do końca nie mieliśmy pewności czy będziemy mogli grać w Bielsku-Białej. Poza tym było wiele innych ważnych spraw: trwało przekazywanie zespołu ze stowarzyszenia do spółki akcyjnej, kilkadziesiąt umów sponsorskich trzeba było podpisać na nowo ze spółką, kleciliśmy Młodą Ekstraklasę, zbierając chłopaków niemalże z podwórek, wzmacnialiśmy drużynę. Nie przyszło mi do głowy, że już nie zdążę się tym zająć. Myśmy wtedy sobie w klubie ufali, więc piłkarzom umowa ustna też wydawała się wystarczającą. Jak się okazało to był błąd – przyznaje Okrzesik.
Wydaje się jednak, że to nie ostatni błąd w tej sprawie. Jak wiadomo, Marek Glogaza, menedżer z wykształcenia, jeśli nie miał zobowiązania, w formie uchwały zarządu, to nie miał go w ogóle. Niemniej, z piłkarzami warto się było jakoś dogadać. Choćby uzależnić premię od miejsca na koniec sezonu, za które przecież tez przysługuje dotacja z Canal+. Gdy zawodnicy usłyszeli, że żadnej premii nie będzie, byli na szóstym miejscu.
Skończyli sezon na dwunastym, przez co klub otrzymał milion złotych mniej z Canal+. A mniej więcej tyle miała wynosić premia, która stała się kością niezgody. Klub byłby zadowolony, piłkarze graliby pewnie lepiej. Jeśli to ma być dobrze naoliwiona maszyna, to trzeba raz za czas dodać „oliwy”. Piłkarze grają dla pieniędzy, tymczasem w debiutanckim sezonie nie dostali za utrzymanie żadnej premii, choć większe kluby potrafiły na ten cel pieniądze wysupłać. Nie jest tajemnicą, że od tego momentu zespół stracił zaufanie do klubowych władz. Trudno się nie zgodzić, bo jak by nie było, zawodnicy zostali oszukani.