Jakoś w okolicach 2006 roku, kiedy jak co tydzień uzupełniałem tabelki lig zagranicznych w „Piłce Nożnej” o aktualne weekendowe wyniki, zwróciłem uwagę na Hull City. Hull? To miasto, z którego wypływał Robinson Kruzoe, należący do wąskiego grona książek z dzieciństwa, z których ustępy mógłbym cytować podtruty tlenkiem węgla? Tak, to samo. Zacząłem ślęczeć nad anglojęzycznymi tekstami. Tak się narodziła moja miłość, jedna z najbardziej niesamowitych historii okołostadionowych, jaka mnie spotkała, żywy przykład na to, że globalizacja może być jednak fajna.

REKLAMA
W tamtych czasach jeśli coś pisałem to tylko rozprawki do gimnazjum. O Hull City tylko poczytałem i mój związek z tym klubem polegał na sprawdzaniu jego wyników, co i tak bym czynił. Ale kiedy nagle z beniaminka zbierającego baty w League Championship (II poziom rozgrywkowy), stał się klubem bijącym o awans, kiedy w końcu wygrał baraże i wdrapał pierwszy raz w historii do najwyższej ligi akurat zaczynałem pisać bloga. Jednym z pierwszych tekstów był właśnie ten o Hull City, które świeżo ograło Arsenal Londyn na jego boisku. Na stronę bajtla, który ledwo zaczął liceum zawitał Michał Pol i bardzo pochlebnie skomentował, co oczywiście najpierw o mało nie spowodowało u mnie zgonu, a później wywołało unoszenie się przez co najmniej tydzień 30 centymetrów ponad chodnikami. Nawiązaliśmy korespondencję, dostałem maile, które mogę pokazywać wnukom, zwrócił mi uwagę, że w relacji z tego meczu, jaką napisał do „Gazety Wyborczej” spore fragmenty były inspirowane moim tekstem.
To się działo naprawdę?
Nie mogłem tego klubu nie kochać. Zwłaszcza, że miasto Hull regularnie wygrywało plebiscyty na najgorsze miejsce do życia w Anglii. Że brud i bieda. Że syf i ubóstwo. Można było oczywiście odnotować, że ma charakterystyczne różowe budki telefoniczne, można było napisać, że ma niezależny od całej Anglii wewnętrzny system komunikacji telefonicznej czy łagodzić złe wrażenie działającą tam fabryką czekolady. Ale to jednak nadal był klub z ohydnego miasta, który przez wszystkich był typowany na najgorszą drużynę w historii Premier League. Miał nie wygrać żadnego meczu w sezonie.
Na dzień dobry poradził sobie z Fulham. W programie „Match of the day” w angielskiej telewizji Gary Lineker powiedział: - „Normalnie nie pokazujemy tabeli po pierwszej kolejce, ale dziś robimy to specjalnie dla kibiców Hull”. I pokazali „Tygrysy” w strefie pucharowej. Długo nie było to takie nierealne. Ograli Arsenal, na Old Trafford stoczyli cudowny pojedynek przegrany 3-4, zremisowali z Manchesterem City. Byli fenomenalni.
A w drugiej połowie sezonu wygrali tylko jeden mecz i o mało nie zlecieli z ligi, choć zimą bajdurzyli o pucharach. To wszystko zresztą strasznie przypominało mi sytuację innego, jeszcze bardziej mojego, klubu Podbeskidzia Bielsko-Biała. Też absolutny beniaminek, też świetnie zaczął i był postrachem faworytów, by wiosną przestać grać, w drugim sezonie zaliczyć niewyobrażalną degrengoladę, zwolnić trenera, który stworzył niepowtarzalną drużynę i spieprzyć wszystko. Taki mój przeklęty los, że jak już się w jakimś klubie zadurzę, to za chwilę go będę opłakiwał.
Latem 2009 roku byłem w Londynie. Akurat grano pierwszą kolejkę sezonu. Sprawdziłem wszystkie możliwe mecze i trafiłem na mecz Chelsea z... Hull. Poszedłem na sektor „The Blues” w koszulce „Tygrysów”, którą zresztą wcześniej mama przywiozła mi z nienawidzącego się z Hull pobliskiego Leeds. Podglądałem z bliska, jak londyńczycy buczeli na Stephena Hunta, tego przez którego Petr Cech gra od lat w czapeczce, patrzyłem jak ładuje im bramkę, patrzyłem jak Drogba wbija dwa ciosy w plecy i słuchałem jak skurczybyki z młyna Chelsea zawołały w kierunku przyjezdnych: „Going down, going down...!”. No i niestety mieli rację.
Skupiłem się na Podbeskidziu, zacząłem działać dziennikarsko i na wiosnę 2011 roku dostaję sygnał: „Na meczu Podbeskidzia z Wisłą Kraków będą dwaj kibice Hull City”.
No, przecież to są żarty.
Pomijam, że nigdy wcześniej ani później takiego sygnału nie dostałem. Jak już faceci z Anglii zabłądzili w Bielsku-Białej, to mogli być z Newcastle, Scunthorpe, Plymouth, Stoke, Bristol, Nottingham. Ale nie. Oni akurat z Hull. Odnalazłem ich oczywiście na stadionie i chciałem zrobić o nich jakiś materiał. Wziąłem jednak ze sobą koszulkę Hull. Jak oni spadli mi do Bielska z nieba, tak ja w tym Bielsku spadłem im podobnie. To nie jest Manchester United. Oni wyglądali jakby ducha zobaczyli, kiedy gdzieś w kraju na końcu świata, w mieście na samej krawędzi tego świata, na stadionie, jakie w Anglii budowano gdzieś w czasach Ryszarda Lwie Serce, pojawia się gość, mówi coś z akcentem Borata i trzyma koszulkę ich klubu. Kupiłem ich. Porozmawialiśmy, wymieniliśmy się kontaktami. Zaczęliśmy pisać maile. Zaczęły mi z Hull spływać do domu koszulki, proporczyki, szaliki, magazyny meczowe z Hull City. Wreszcie zaprosili mnie na mecz.
Hull grało już w niższej lidze, ale przecież i tak oczywiście skorzystałem. W zeszłym sezonie wybrałem się na mecz z Crystal Palace, po raz pierwszy na KC Stadium, po raz pierwszy do najgorszego miasta w Anglii. Philip i Dave mówili: kupimy bilet na mecz, pogadamy z kimś z biura prasowego, zapewniamy wszystko, o nic się nie martw. Po prostu przyleć. Ale dobrzy ludzie.
Przyleciałem do Leeds, a oni tam, na lotnisku w jaskini lwa, w koszulkach Hull. Zabrali mnie ze sobą i z każdym kilometrem myślałem sobie, że to wszystko jest jednak dziwne. Wychodziło na to, że mieszkają razem. Dwaj starsi faceci, latają po całej Europie na mecze, mieszkają ze sobą, ściągają totalnie obcego gościa zza Żelaznej Kurtyny wszystko mu fundując i zatrzymują się gdzieś za garażami i każą wysiadać. Jaki ja byłem, cholera, naiwny. Musi być jakiś podtekst.
Żebyście mnie za homofoba nie wzięli. Nie. Zawsze mówiłem, jaki to otwarty jestem, jaki tolerancyjny, szczerze tak o sobie myślałem. Ale kiedy uświadomiłem sobie nierealność tej sytuacji, to zacząłem jednak czuć jakiś niepokój.
Umieścili mnie w najbardziej odjechanym pokoju świata (spróbuj znaleźć niepiłkarski element!)
logo
Myślałem nad swoim położeniem. Krzywdy mi póki co nie robią. Pedofilami nie są, bo ja dzieckiem nie jestem. Ale z drugiej strony, nie ufam im, bo obcy. Fatalna sytuacja była jeszcze gorsza o tyle, że śpię tak twardo, że można by mi w nocy zrobić fryzurę na Carlosa Valderramę, a ja bym się nie kapnął. Jedyne, co mogłem zrobić, to... położyć klapka przed drzwiami, tak, żebym mógł przynajmniej zobaczyć, że jest odsunięty, gdyby ktoś otwierał drzwi.
Wierzcie mi. Przez pierwszą noc co 15 minut świeciłem komórką najpierw po to, by sprawdzić czy klapek na swoim miejscu, a potem, by zobaczyć, czy bielizna też na swoim miejscu.
Głupio mi. Dzień później rozmawialiśmy cały czas i poznaliśmy się zdecydowanie lepiej. Jak mogłem szukać drugiego dna. Philip i Dave to złoci ludzie. Było mi głupio także dlatego, że Hull przegrało. Nie chciałem przynieść pecha. Na pożegnanie umówiliśmy się, że jeśli „Tygrysy” awansują do finału baraży, to pojadę z nimi na Wembley. W pierwszym sezonie nie awansowali, ale ważniejszą informacją było, że nie przestali istnieć. Było już na granicy bankructwa, gdy zainwestował w nie miejscowy Egipcjanin i uratował od zagłady.
Teraz Hull jest wiceliderem i goni wspomniane Cardiff City. Z jednej strony – chciałbym, żeby awansowało bezpośrednio, bo to mniej nerwów. Z drugiej – umowa o wyjeździe na Wembley na finał baraży chyba jest aktualna i strasznie kusi...
I nie wierzcie internetowi. Podobno Kingston upon Hull to najgorsze miasto do życia w Anglii. Mnie wydało się idealne. WSZYSTKO jest tam zbudowane z czerwonej cegły. Wszystko. A dla mnie zasadniczym kryterium oceny urody miasta jest ilość czerwonej cegły na metr kwadratowy. Świetne miejsce, świetny klub, świetni ludzie. Dave i Phil zamierzają w marcu przyjechać do Polski i wybierają się na mecz Śląsk Wrocław – Podbeskidzie. Wcześniej widzieli bielszczan w chwili największego triumfu, teraz zobaczą w straszliwym rozkładzie. Ale przykład Hull City pokazuje, że los się musi odmienić. Zawsze.