Jednym z dobrych następstw katastrofy smoleńskiej był fakt, że 10 kwietnia 2010 Canal+ pokazywał Gran Derbi bez udziału komentatorów. Pierwszy raz w telewizji mogłem usłyszeć szmer stadionu. Od tego czasu, słuchając niektórych meczących mnie sprawozdawców, zastanawiam się, czy to nie byłby dla mnie najlepszy sposób oglądania meczów.

REKLAMA
Są różne szkoły. W czasie Euro 2012 czasem oglądałem transmisje niemieckie. Komentował jeden człowiek, co u nas – w przypadku meczów na wielkich turniejach – już się niemal nie zdarza. Co więcej, nie przemęczał się. Przez większość czasu cisza. Słyszałem, co kibice śpiewali na trybunach, czułem stadion. Niemiecki dziennikarz głównie zdawkowo wymieniał tylko nazwiska. „Balotelli. De Rossi. Pirlo itd.”.
Przerzucam na ten sam mecz. TVP. „Mario Batolelli, to krnąbrne dziecko imigrantów z Ghany. Porzucony za młodu przez rodziców, został adoptowany przez państwo Batolellich. To bardzo niesforny chłopak. Nie do końca wykorzystuje swoje możliwości w Interze Mediolan. Trener Raul Hector Cuper ma z nim odrobinę problemów. Teraz podanie do Daniela Rossiego”. I tu następowała przydługa, nasycona błędami, opowieść o kolejnym piłkarzu, który już dawno zdążył pozbyć się piłki. A w tym samym czasie na niemieckiej telewizji dalej zimne: „Balotelli. Pirlo. De Rossi”.
Podobno najbardziej ekstremalny sposób komentowania jest w Holandii. Sam nigdy nie słyszałem, ale ponoć tam komentator odczyta składy, znika ze studia i wpada tylko, żeby przed drugą połową powiedzieć, że żadnych zmian nie było :-)
Nie chodzi mi nawet o błędy, jakie popełniają komentatorzy, najczęściej TVP. I to nie tylko Szpakowski, choć wiadomo, że on głównie. Zastanawiam się, po prostu, czego tak właściwie oczekiwać od komentatora.
Na pewno żeby nie przegadał meczu. Tylko holocaust jest gorszy od komentującego Macieja Murawskiego. Mam dość. Jako baaardzo początkujący dziennikarz pojechałem do Tychów na mecz GKS-u z Lechią Zielona Góra, której trenerem był Murawski. Po meczu podszedłem do byłego reprezentanta Polski. Na początku rozmowy myślałem: „Ale super! Będę miał dobry materiał”. Potem: „Może nawet wywiad z tego wyjdzie?”. Musiałem zmienić rękę, którą trzymałem dyktafon. Potem drugi raz. Uciekł mi pociąg. Uciekł mi następny pociąg. A on dalej gadał. Dawałem mu wszelkie sygnały, żeby skończył. Ale on gadał. Myślałem, że wsiądzie za mną do przedziału i będzie gadał.
Druga scenka. W maju byłem na meczu w Poznaniu. Wszedłem na stadion jakieś dwie godziny przed rozpoczęciem spotkania Lecha z Podbeskidziem. Na środku boiska Murawski rozmawiał z Rumakiem, wokół było pusto. W międzyczasie jedna drużyna wyszła zobaczyć stan murawy, druga, rozgrzały się cheerleaderki, kibice rozwiesili fany, ochroniarze rozstawili się po stadionie, bramkarze wyszli na rozgrzewkę, piłkarze odbyli rozruch, skończyli grać w dziada. „Boże, przecież oni nie zejdą nawet jak się rozpocznie mecz!”. Bite dwie godziny gadały dwie gaduły naszej ekstralklasy. Trudno żeby taki człowiek nie przeszkadzał w oglądaniu meczów.
Ale to nie tylko jego przypadłość. W Eurosporcie jest taki komentator, który brzmi dla mnie tak, jakby nie oglądał meczu, tylko przygotował sobie 90-minutowy monolog na tematy okołosportowe i tylko co 10 minut sprawdzał wynik na livescorze, żeby móc powiedzieć „Tymczasem na boisku mamy wciąż wynik 2-1”.
Drażni mnie także maniera głównie byłych piłkarzy, którzy po każdym zagraniu muszą powiedzieć, co kto powinien był zrobić. Strzeli głową. „Czemu nie nogą?!”. „Trzeba było bez przyjęcia”, „szkoda, że nie zgasił sobie piłki klatką piersiową”, „należało uderzać po długim słupku”. „Prostym podbiciem”, „wybić się z jednej nogi”. Czemu tego nie wiedziałeś, gdy przegrywałeś z „ogórkami z Uzbekistanu”?
Oczywiście są komentatorzy i są duety, które lubię słuchać. Myślę jednak, że poszło to u nas w złą stronę. Ktoś musiał stwierdzić, że telewizja – jak radio – nie znosi ciszy, a że jednemu facetowi, choćby nie wiem jak lał wodę, ciężko przez 90 minut nawijać, dołożyli mu kolegę, tzw. eksperta. Często mam wrażenie, że polscy sprawozdawcy komentują, jak w radiu. Krzyczeć zaczynają, gdy piłkarz przekracza połowę, mówią mi, że mamy rzut rożny i, że strzał był nad bramką. Przecież widziałem!
Totalnym ekstremum było – chyba już nigdy u nas nie powtórzone; mylę się? - komentowanie bodaj finału Euro 2004, kiedy dla TVP pracowało jednocześnie... trzech komentatorów. Szpakowski, Trzeciak, Juskowiak. Myślę, że jeden kompetentny sprawozdawca, który zna nazwiska i sylwetki zawodników w zupełności wystarczy i podczas oglądania meczów nie trzeba będzie się zastanawiać czy wyłączyć tylko głos, czy cały telewizor. Znam takich, którzy gdy mają do wyboru nieoglądanie meczu, czy oglądanie go ze Szpakowskim, wybiorą pierwszą opcję.