Obiektywnie transfery Wesleya Sneijdera i Didiera Drogby do Galatasaray Stambuł należy uznać za szokujące. To wciąż jeszcze wielcy zawodnicy, z nazwiskami, którzy mogą pograć na niezłym poziomie jeszcze wiele lat. Ja sam czuję jednak, że to jakiś powrót do korzeni. Jestem pewnie jedną z nielicznych osób, które na początek swojego zainteresowania piłką myślały, że światową potęgą jest nie Real Madryt, nie Barcelona, nie Manchester United a właśnie Galatasaray.
REKLAMA
Choć mam mgliste wspomnienia z meczu Holandia-Argentyna w 1998 roku i całkiem dokładne z finału Brazylii z Francją na tym samym mundialu, to futbolowa szajba złapała mnie – i nie chce puścić – dwa lata później, czyli na Euro 2000. Tam Turcy radzili sobie całkiem dobrze. Wyszli z grupy, w której byli gospodarze Belgowie, Szwedzi, a także Włosi, a potem po walce odpadli w ćwierćfinale z Portugalią. Kiedy skończyły się mistrzostwa, miałem głód piłki. Pierwszym wielkim meczem po Euro, a więc także moim najdawniejszym wspomnieniem z piłki klubowej, był Superpuchar Europy 2000. Galatasaray z Realem Madryt.
Turcy – zwycięzcy Pucharu UEFA, w którego finale pokonali Arsenal Londyn – rozprawili się z madrytczykami, co dziś należałoby uznać za sensację. Wtedy może też, ale w mojej świadomości zostało jasno zakodowane: zawodnicy, których znałem z Euro, a więc Hakan Sukur, Umit Davala, Okan Buruk, Emre Belozoglu wsparci Rumunami – Viorelem Moldovanem, Gheorghe Hagim czy Gheorghem Popescu (was też śmieszyło to nazwisko?) są niesamowici. Galatasaray to było coś. Czerwono-żółta fala. Ze świetnym Claudio Taffarelem, który był długo jedynym udanym brazylijskim bramkarzem, ze wspomnianymi już wcześniej zawodnikami, z Hasanem Sasem z Mario Jardelem, który tam też strzelał jak najęty.
Liga Mistrzów rok później też tylko utwierdzała mnie w przekonaniu, że Turcy to futbolowa nacja. Wyszli z grupy – z dzisiejszej perspektywy niesamowicie słabej – ze Sturmem Graz, kosztem Glasgow Rangers i AS Monaco. W drugiej fazie grupowej odprawili Milan i Paris SG. W ćwierćfinale trafili na Real i byli dla mnie oczywistym faworytem. Początkowo nawet to potwierdzali, bo po fantastycznym meczu w swoim piekle wygrali 3-2, choć przegrywali już 0-2. W Madrycie zostali jednak zmieceni 3-0, co było dla mnie szokiem.
W 2002 roku zawodnicy w dużej mierze oparci na tej drużynie zdobyli trzecie miejsce na świecie już jako reprezentacja. Trener tego wielkiego – póki co największego w tureckiej historii klubowej - zespołu Fatih Terim w 2008 roku stworzył już na bazie nowych zawodników kolejną potężną turecką machinę oblężniczą, która o mało nie przepchnęła Niemców w półfinale Euro 2008. Człowiek sukcesu.
Po kwietniu 2001 roku lata mijały, Hagi skończył karierę, inni poodchodzili i Galatasaray popadło w przeciętność. Nigdy żaden inny turecki zespół nie powtórzył ich wyników z tamtych czasów. Przestali dominować nawet w swoim kraju i w swoim mieście. A ja, stopniowo się w futbol zagłębiając, zrozumiałem, że Galata nigdy nie była potęgą i że to w gruncie rzeczy przeciętniak, który akurat miał wzlot, kiedy ja pierwszy raz przeglądałem na oczy.
Teraz trenerem po latach znów jest Fatih Terim i znów Galatasaray rośnie ponad poziomy. Zresztą łączników z tamtą wielką drużyną przełomu wieków jest więcej. Jego asystentami są Davala i Hasan Sas. Trenerem bramkarzy Taffarel. Ci ludzie mogą znów przywieźć trofea na skraj Europy i Azji. Skład Turków zaczyna wyglądać znakomicie. Pal sześć solidnych reprezentantów Turcji, ale stranieri są imponujący. Drogba, Sneijder, Felipe Melo, Albert Riera, Milan Baros, Johan Elmander, Emmanuel Eboue, Tomas Ujfalusi, w bramce – a jakże, trzeba zaklinać rzeczywistość – tak jak w tamtej drużynie znakomity Latynos – Urugwajczyk Fernando Muslera.
Gdyby w składzie nie było już nikogo innego oprócz wymienionych, to i tak bogactwo ofensywne byłoby imponujące. Jest jednak lepiej. Wszak najlepszym strzelcem tegorocznej Ligi Mistrzów jest przecież miejscowy Burak Yilmaz.
O ile zimą za faworyta rywalizacji z Schalke, należałoby uznać Niemców. Dziś znacznie większy potencjał wydaje się mieć Galatasaray. Jeśli Turcy przecisną się przez „Koenigsblauen” powtórzą osiągnięcie sprzed 12 lat. A u mnie znów zapanuje szczenięca harmonia – Galatasaray zacznie wracać do pozycji futbolowego mocarstwa.