Teza może za odważna, ale wedle wszelkiego prawdopodobieństwa prawdziwa. Nie byłoby wielkiej Brazylii roku 2002, nie byłoby legendy Luiza Felipe Scolariego, Ronaldo nie zostałby królem strzelców mistrzostw świata, gdyby nie trzy dość mocno zapomniane postacie. Peter Prendergast, jamajski sędzia, Marcos, brazylijski bramkarz i Marc Wilmots, kończący wtedy karierę kapitan reprezentacji Belgii.

REKLAMA
Gdy wspomina się sędziowskie pomyłki, czy lepiej: przekręty, z 2002 roku głównie mówi się o Koreańczykach, którzy nie przepchnęliby Włochów i Hiszpanów bez pomocy arbitrów. Zapomniana pozostaje krzywda Belgów. A że los jest przewrotny, to ten najbardziej poszkodowany jest na dobrej drodze, by osobiście zawitać do Brazylii i odebrać, co mu 11 lat temu zabrano.
Belgowie na początku wieku byli w dość podobnej sytuacji, co dziś Polacy. To znaczy zorganizowali mistrzostwa Europy w 2000 roku, ale podobnie jak my, nie wyściubili nosów poza grupę. Różnica polega na tym, że wygrali inauguracyjny mecz ze Szwecją, zajęli w grupie trzecie miejsce i nikt nie obwoływał ich najsłabszą drużyną Euro. Byli jednak pierwszym w historii gospodarzem Euro, który nie wyszedł z grupy. To było jednak mało, by wyrzucić z pracy selekcjonera Roba Waseige'a.
"Czerwone Diabły" w bardzo podobnym składzie przystąpiły do eliminacji kolejnych mistrzostw świata i trafiły na stosunkowo łatwą grupę. Zajęły w niej drugie miejsce, za Chorwacją i awansowały na mistrzostwa świata. Czwarte już w karierze Marca Wilmotsa. 33-latek już wtedy był legendą Schalke 04 i jasne było, że to jego ostatni wielki turniej. W 1990 Belgia wyszła z grupy, ale on nie wszedł nawet na boisko. Cztery lata później wszedł, ale jego reprezentacja odpadła w 1/8 finału. W 1998 w ogóle nie wyszła z grupy. Kapitan miał więc ostatnią szansę, by cokolwiek osiągnąć.
Starał się w Japonii za dwóch. Na dzień dobry wbił gospodarzom pięknego gola z przewrotki. Zremisowali 2-2. Później przyłożył też Tunezyjczykom, co dało remis 1-1. W niezwykle emocjonującym ostatnim meczu grupowym, przypieczętował awans, strzelając Rosji na osiem minut przed końcem. Gdyby nie strzeleckie główkowe wygibasy Miroslava Klosego, który miał w grupie Arabię Saudyjską, Wilmots szedłby na króla strzelców.
Belgowie, którzy ledwo przecisnęli się przez jedną z najłatwiejszych grup turnieju, trafili na Brazylię i rozegrali - bez wątpliwości - najlepszy mecz pokolenia Wilmotsa, Barta Goora, Branka Strupara i braci Mpenzów. A już kapitan przechodził sam siebie. Strzelał z lewej, strzelał z prawej, z powietrza, z ziemi, mocno, technicznie. Zawsze na drodze stawał rozgrywający mecz życia bramkarz Marcos. Nikt o nim nie słyszał nigdy wcześniej, ani później. Wszyscy wiedzą, że wcześniej był Taffarel. Wszyscy wiedzą, że później był Dida. O Marcosie pamiętają nieliczni. Chyba, że kibice Palmeiras, w którym przez 20 lat rozegrał ponad 500 meczów.
Wreszcie Belg trafił. Przeskoczył rywala i trafił głową. Gdzie jamajski sędzia zobaczył faul, do dzisiaj nie wiadomo. To działo się przy stanie 0-0. W ostatnich 20 minutach Belgowie, którzy zdominowali późniejszych mistrzów świata, stracili dwa gole i odpadli z Turnieju. Gdyby nie Marcos, gdyby nie jamajski sędzia, Brazylia nie przeszłaby w 2002 roku II rundy. To był koniec reprezentacyjnej kariery Wilmotsa. A wcale nie musiał. Sami zobaczcie i posłuchajcie komentarzy legendarnych Johna Motsona i Trevora Brookinga.
Jeszcze rok pograł w Schalke i zaczął się zastanawiać, co dalej. Dostał się do belgijskiego senatu, ale mu się nie podobało, więc chciał zrezygnować. Nie kontynuował też kariery aktorskiej, którą zaczął w 1998 roku, grając u boku Arnolda Schwarzeneggera czy ówczesnej miss Niemiec w dokumencie "Sauna-Raport Deutschland: Die nackte Lust am Schwitzen", czyli - dosłownie tłumacząc: "Naga ochota na pocenie się". Cóz... Jak kto lubi.
Wreszcie zdecydował się na trenerkę. Wykopany szybko najpierw ze swojego Schalke, potem z belgijskiego Sint Truidense, trafił do reprezentacji, gdzie został asystentem Dicka Advocaata, a później swojego trenera z 1998 roku Georgesa Leekensa. Ten podał się do dymisji, gdy Belgowie po raz piąty z rzędu nie zakwalifikowali się do wielkiego turnieju. Zapaść po pokoleniu lat 90. była niesamowita.
Ale w maju 2012 roku Wilmots dostał do rąk zabawkę, która może wybuchnąć. Jeśli z nią nie osiągnie sukcesu, karierę szkoleniową może mieć zakończoną, zanim ją na dobre rozpoczął. Są jednak wszelkie szanse na to, by akurat z tymi piłkarzami wybuchnąć w stylu Duńskiego Dynamitu. Już w czasie Euro 2012 mówiło się, że najbardziej brakuje na turnieju Belgów. Teraz są liderem grupy, zostawiając daleko w tyle Serbów, Szkotów, Walijczyków. Decydującą batalię o awans stoczą z Chorwatami.
Jednak drużyna, w której w bramce stoi bodaj najzdolniejszy młody bramkarz w Europie, grający w Atletico, a jego zmiennikiem jest golkiper Sunderlandu, w obronie stoją podstawowi gracze Ajaksu, Zenita, Tottenhamu i Arsenalu, w pomocy zawodnicy Zenita, Tottenhamu, Evertonu, Porto czy Chelsea, a w ataku utalentowani piłkarze klubów angielskich, niemieckich czy holenderskich, po prostu MUSI pojechać na mundial i odegrać na nim znaczącą rolę.
Sam Wilmots chyba cieszy się, że mistrzostwa odbędą się akurat w Brazylii. Wyobrażam sobie, że chętnie wróci na jej teren - jak Mel Gibson w "Godzinie zemsty" - po to by odzyskać to, co mu zabrano w ostatnim meczu w reprezentacji - ćwierćfinał mistrzostw świata.