- Zmiany niestety niewiele dały. Chyba były trochę pod publiczkę. Jeśli rzeczywiście miały coś wprowadzić, można było zaryzykować wpuszczenie Koseckiego i Obraniaka od razu po przerwie. Od Lewandowskiego należy oczekiwać, że zrobi jakąś indywidualną akcję, pociągnie drużynę. A dziennikarze niepotrzebnie wytworzyli wokół Obraniaka taką atmosferę. Na jego miejscu bym się spakował i rzucił to wszystko - mówi Antoni Piechniczek.

REKLAMA
Czasem zdarza się, że przychodzisz o 6 rano na dworzec, a tam... Antoni Piechniczek. Sytuacji, w których słynny trener odchodzi od kominka w Wiśle, się nie marnuje, więc pogawędziliśmy trochę o wczorajszym meczu.
- Bardzo mocno skomplikowaliśmy sobie sytuację. Mamy ciężki terminarz i za chwilę może okazać się, że na Euro zagraliśmy tylko dlatego, że je zorganizowaliśmy. Zresztą, proszę popatrzeć, mamy stosunek bramek 6-6. A tacy Anglicy strzelili ponad 20 goli. Wiem, że grali z San Marino, ale i tak, o czym my mamy mówić...
Tragicznie grała nasza obrona...
- Tak, jako cała formacja nie funkcjonowała dobrze. Bo indywidualnie ci zawodnicy nie są źli. Tyle, że obrońcy zawsze mają wytłumaczenie, że w grze obronnej nie uczestniczy tylko czterech zawodników. Nie tylko oni są winni. Wygląda jakby nie było drużyny. Tam chyba nie ma chemii między nimi. Waldek ma ciężkie zadanie.
Z czego może wynikać fakt, że Polacy tak fatalnie zaczęli spotkanie?
- Wie pan, ja kiedyś rywalizowałem ze śp. Walerym Łobanowskim, a potem mieszkałem niedaleko niego w Emiratach Arabskich i on mi mówił, że zawsze ukraińscy piłkarze są świetnie przygotowani motorycznie. Zawsze biegają i ciężko pracują. "Ale co na to sami zawodnicy?" - pytałem go. A on mówił, że każdy ukraiński chłopak marzy o Dynamie Kijów, więc jak się jednemu nie podoba, to musi odejść, a następny wchodzi na jego miejsce. Te marzenia się może teraz zmieniły, ale przygotowanie biegowe nie. Widać to było nawet na rozgrzewce. Oni byli żwawi, wybiegani. A nasi? Nie mówię, że nic nie robili, ale... no, ledwo się ruszali. I potem to było widać na początku meczu.
Polscy piłkarze przyznawali, że zostali zaskoczeni...
- To na jesień mają mecz w Kijowie, wtedy też będą tak mogli zaskoczyć Ukraińców. Tylko ciekawe, czy oni się tak dadzą... Dziennikarze pewnie będą teraz szukać jakichś analogii. Można przypomnieć mecz z NRD w Lipsku w 1981 roku. Wtedy po pięciu minutach to my wygrywaliśmy 2-0. I wcale nie zaczęliśmy od jakichś huraganowych ataków. Po prostu wiedzieliśmy, że oni podejdą do meczu bardzo ofensywnie, więc powiedzieliśmy sobie, że gramy uważnie z tyłu i jak tylko przejmiemy piłkę, to ruszamy z kontrą. Dwie kontry, pięć minut i było po zawodach.
Wróćmy jednak do wczorajszego meczu. Jak pan ocenia Lewandowskiego?
- Od zawodnika tej klasy, trzeba oczekiwać, że kiedy nie idzie, to weźmie drużynę "na plecy" i pociągnie ją do przodu, zrobi jakąś indywidualną akcję. Inni zawodnicy tego formatu - jak Argentyńczyk Suarez - to potrafią. Jeśli nie strzeli gola, to chociaż zrobi rzut wolny. A my wczoraj nie mieliśmy ani jednego, z którego można by bezpośrednio strzelić.
W pierwszej połowie Rybus uderzał bezpośrednio z wolnego.
- Tak, faktycznie był jeden. Uderzył w dół, a gdyby trafił w okienko, to bramkarz miałby trudniej, żeby to obronić. Ale to jest wszystko mało.
Do kogoś jeszcze ma pan pretensje?
- Do środkowych pomocników. Im trzeba liczyć, ile razy w ciągu meczu wejdą w pole karne na pełnej szybkości. Nie truchtem, przy niezwiększonym tętnie, ale w pełnym biegu. Gdyby tak robili, to albo Lewandowski by się zastawił na linii pola karnego i im wystawił na strzał, albo wbiegliby w "szesnastkę" i zostali sfaulowani, co dałoby rzut karny. A tu było znowu za mało ruchu. Zresztą, od kiedy było wiadomo, że trzeba będzie grać atakiem pozycyjnym, to można się było obawiać.
Przed meczem bardzo głośno było też o Ludovicu Obraniaku. Trener słusznie posadził go na ławce?
- Moim zdaniem nie. "Przegląd Sportowy" też niepotrzebnie zrobił przed meczem taką dużą dyskusję wobec przydatności Obraniaka do kadry. Jest tu tak przyjmowany, że na jego miejscu bym się spakował i rzucił to wszystko. Jeśli wiemy, że zawodnik jest tak krytykowany, poddany takiej presji, to powinien zagrać od początku i później ewentualnie zostać zmieniony. Piłkarze potrafią być przekorni i złośliwi. Więc on siedzi poddenerwowany na ławce, widzi, że bez niego też przegrywają najpierw 0-2, potem 1-3, a on ma nagle wejść i ratować? Miał zresztą sytuację. W takim momencie miał albo uderzać technicznie, albo tak mocno, żeby bramkarz nie miał czasu ręki wystawić. Tymczasem on wybrał formę pośrednią. Uderzył nie za mocno, prostu w bramkarza. A gdyby wtedy - około 60. minuty - strzelił na 2-3, jeszcze byłaby szansa. Zmieniłoby się nastawienie psychiczne. Mimo wszystko, teraz chyba nikt nie powie, że przez niego przegraliśmy mecz...
Bardzo mało wniosły też chyba zmiany?
- To prawda, były chyba trochę pod publiczkę. Jak rzeczywiście miało się coś zmienić, może trzeba było zaryzykować i już w przerwie wpuścić Koseckiego z Obraniakiem? Podobał mi się za to Teodorczyk. Choć grał krótko, kilka razy fajnie się zabrał z piłką, uwolnił spod opieki obrońców.
Na koniec chciałbym spytać, co pan teraz porabia? Działa pan jeszcze w jakiś sposób w piłce?
- Prowadzę jakieś konferencje czy wykłady dla trenerów, ale rzadko. To już zajęcia dla młodszych. Jestem kibicem tej reprezentacji, więc przyjechałem do Warszawy i na mecz z San Marino też się wybieram, chociaż - sam pan widzi - ciężko wrócić. Nie ma żadnego ekspresu tuż po meczu, trzeba zostawać w Warszawie i jeszcze tracić pół następnego dnia. Co do mnie, oglądam też oczywiście mecze ekstraklasy.
Z Wisły ma pan niedaleko do Bielska-Białej. Śledzi pan losy Podbeskidzia?
- Śledzę, chociaż zawsze mam dylemat, czy lepiej jechać na mecz czy oglądać go w Canal+ i potem zobaczyć też inne mecze. Zazwyczaj oglądam w telewizji. Ale tam są cały czas zmiany. Nowy trener, nowy prezes, rada nadzorcza... Żadnej stabilizacji, myślenia długofalowego...

Chcesz dostawać info o nowych wpisach?