10 lat temu wszystko odbywało się na zasadzie ciekawostki. Hidetoshi Nakata, Shinji Ono, gdzieś tam jeszcze Junichi Inamoto. Japończyków w europejskiej piłce można było naliczyć na palcach jednej ręki. Z Koreańczykami było jeszcze gorzej dopóki nie dokopali się do półfinału mistrzostw świata 2002 roku. Dziś biegają po naszych boiskach coraz gęściej i zaczynają się dorabiać rozpoznawalnego stylu, jak japońscy libero w siatkówce.
REKLAMA
Pele przewidywał, że do końca XX wieku mistrzem świata zostanie drużyna afrykańska. Wiadomo, że to się nie sprawdziło, zespoły z Czarnego Lądu nie wytknęły na razie nosa poza ćwierćfinał. Bliżej przełamania duopolu południowoamerykańsko - europejskiego są na razie - za sprawą wiadomo jakiego awansu Korei Południowej - Azjaci. Nie ma co przesadzać i wyolbrzymiać, ale te nacje naprawdę poczyniły w ostatnich latach kolosalny postęp.
Znaleźć ich przedstawicieli można w niemal każdej z czołowych lig europejskich. W Anglii odgrywają jeszcze rolę marginalną - Ryo Myaichi grywa w Boltonie Wanderers, ale już jego klubowy Lee Chung Jong niemal nie wstaje z ławki. Podobnie jak Park Chu Yung w Arsenalu. Względnie regularnie wchodzi na boisko jako rezerwowy Dong-Won Ji z Sunderlandu, ale tylko Park Ji Sung z Manchesteru United dorobił się w Premier League prawdziwej marki.
Podobnie szczątkowo - choć częściej niż kilka lat temu - korzysta się z usług Japończyków i Koreańczyków w Hiszpanii i Francji, gdzie pojedynczymi wisienkami są odpowiednio Akihiro Ieanaga AKI (Mallorca) i Hiroshi Ibisuki (Sevilla) oraz Jung Jo Gook (Auxerre) czy Daisuke Matsui (Dijon). We Włoszech ilościowo Japończyków jest tyle samo, czyli mało, ale jakościowo to już zupełnie inna para kaloszy. Takayuki Morimoto wyrobił sobie jakąś renomę w Catanii, teraz strzela bramki dla Novary, zaś Yuto Nagatomo regularnie gra w Interze Mediolan, a to pokazuje, że nie jest zawodnikiem byle jakim.
Prawdziwą, tytułową inwazję przeżywają jednak Niemcy i Holendrzy. Niemcy masowo pościągali Japończyków zimą zeszłego roku i wyglądało to podobnie jak ówczesna turecka moda na polskich piłkarzy. Tyle, że kwitnące wiśnie lepiej sobie za Odrą poradziły. Shinjego Kagawy nikomu przedstawiać nie trzeba. Od lat w Wolfsburgu gra Makoto Hasebe, od niedawna jest też z nim Ja Cheol Koo, Stuttgart ma rewelacyjnego Shinjego Okazakiego, Schalke obrońcę w typie Nagatomo z Interu - Atsuto Uchidę, Freiburg Kisho Yano, Augsburg Hajime Hosogaia, Moenchengladbach Yuki Otsu, Bayern Takashiego Usamiego, Kolonia Tomoakiego Makino a HSV Hueng Min Sona. Słowem, jakiego meczu Bundesligi nie obejrzysz i tak usłyszysz japońskie bądź koreańskie nazwisko.
Holendrzy mają zresztą podobnie. Wybitny był niedawny występ Hyun Yun Suka z Groningen przeciwko PSV Eindhoven. Utrecht ma swojego Yoshjakiego Takagiego, Vitesse Michiro Yasudę, a Venlo aż dwóch - Roberta Cullena i Mayę Yoshidę. Doświadczenie z Keisuke Hondą (CSKA Moskwa) podpowiada mi, żeby na tych z Venlo zwrócić szczególną uwagę. W końcu świetny pomocnik moskiewskiej drużyny wybił się w Europie właśnie w tym holenderskim przeciętniaku.
Każdy, kto ma jakieś pojęcie o siatkówce wie, że kogo jak kogo, ale japońskich libero ceni się najbardziej. Oni są zawsze zwinni, mają świetny refleks, fruwają z poświęceniem, broniąc każdą piłkę. Ja natomiast jeszcze nie widziałem wolno biegającego Japończyka, czy takiego Koreańczyka, któremu nie chciałoby się walczyć. Do końca, do samej linii, do tego bardzo skoczni i coraz lepiej wyszkoleni technicznie. Japonia i Korea już dawno przestały być chłopcami do bicia na mistrzostwach świata. Ale jeśli ich ekspansja będzie postępować tak szybko, wkrótce mogą coraz śmielej atakować europejską i południowoamerykańską pozycję. A napomknę tylko, że beznadzieja Chin w tak ważnej i prestiżowej dyscyplinie też wiecznie trwać nie może...