Z Rudnickim problem jest taki, że na jego książki czeka się długo, a czyta się je krótko. Premiera, księgarnia, trzy godziny czytania i... następne kilka lat czekania. Facet mnie coraz bardziej zachwyca.
REKLAMA
Rudnickiego zawdzięczam szkole. To takie niemodne, żeby coś szkole zawdzięczać. Nawet tutaj, na naTemat.pl, w sąsiednich działach, które czytam, choć piszę zwykle o kopaniu się po czołach. Napisać tekst, z którym większość będzie się zgadzać, pojawi się sporo wejść, lajków i udostępnień? Nic prostszego. Opcje masz, autorze, trzy: ponarzekać na dzisiejszą młodzież, kwękać nad polskim systemem edukacji albo biadolić nad niedouczonymi studentami. Pewne typy, zawsze się sprawdzają. Tak, w ogólniaku też czytałem „Gloria Victis” i „Cudzoziemkę”, ale w międzyczasie mieliśmy za zadanie przez wakacje zrecenzować jedną z książek nominowanych właśnie do „Nike”.
Wyglądało to tak. Sprawdzanie tytułów: nuda, nuda, nuda, nuda... „Śmierć czeskiego psa”?!, nuda, nuda. Zaglądam, co za „Śmierć czeskiego psa”, widzę na okładce eleganckiego facet w garniturze, z pyskiem kundla. I od pierwszych słów mną ta książka zakręciła. Podobnie piorunującego początku nie widziałem chyba od czasów „Wczoraj umarła mama. A może dzisiaj. Nie wiem”, czyli „Obcego”.
Oczywiście łyknąłem szybko wszystko, co Rudnicki był spłodził. A potem zaczęła się męka. On, najwybitniejszy żyjący pisarz polski, cholera ruszyłby się, przez trzy lata nic nie napisał. Wreszcie wyszło „Trzy razy tak”.
Napisał jakiś gość z „Wyborczej”, że książka fajna, ale mógłby Rudnicki wreszcie napisać coś ważnego. On by chciał, żeby facet niosący ciężką pilśniową płytę był symbolem trudu ludzkiego żywota, ale Rudnicki jest raczej z tych, którzy piszą coś takiego tylko po to, by pokazać, że ciężko jest nieść pilśniową płytę i to na deszczu. Pierwsza myśl – nie moja, a szkoda – a co on, Mickiewicz, żeby pisać ważne rzeczy? Rudnicki ma cieszyć, a nie nauczać. Ale już po przeczytaniu książki: (moja myśl) To jest ważna książka.
Tak, np. opowiadanie „Klaus!” mówi więcej o stosunkach polsko-niemieckich niż opasłe tomiska rozpraw wszelakich naukowców – wiem coś o tym, studiuję niemcoznawstwo. Zresztą, „Trzy razy tak!” to nie jest zabawa dla zabawy, tam jest sporo melancholii, sporo samotnego człowieka. Ale żeby też ktoś nie pomyślał, że się Rudnicki rozckliwił. Jest seks z Wisławą Szymborską. Są też te prostackie rudnickie rymowanki (w stylu: „Po co mi stary wąż? Żeby mi zalegał wciąż?”), których Stanisław Jerzy Lec by lepiej nie wymyślił:
„Moi rodzice? Mam rodziców? Ojciec? Nie mam ojca, mam pierdolca. Matka? Mam kwiatki na Dzień Matki, ale nie mam matki”.
O, albo to:
„Nie widział pan dwóch kotów?
Otwiera usta i już wiem, że powtórzy ostatnie słowo i przyklei do niego znak zapytania. Taki typu tego urok.
Kotów?
Kota, w zasadzie jednego kota.
Kota?
Chce zyskać na czasie, czeka na swój mózg, mózg się spóźnia.
Tak, kota. Nie widział pan?
Czy nie widziałem??? A jak wygląda?
Wystarczy tego, biorę rewanż.
Jak wygląda? Kto?”
Otwiera usta i już wiem, że powtórzy ostatnie słowo i przyklei do niego znak zapytania. Taki typu tego urok.
Kotów?
Kota, w zasadzie jednego kota.
Kota?
Chce zyskać na czasie, czeka na swój mózg, mózg się spóźnia.
Tak, kota. Nie widział pan?
Czy nie widziałem??? A jak wygląda?
Wystarczy tego, biorę rewanż.
Jak wygląda? Kto?”
Niczego bym nie zmienił, nic bym nie poprawił. Jedyne co, to prosiłbym, żeby pan Rudnicki pisał na przyszłość trochę dłuższe książki, żeby można było krócej czekać na następną.
Jest w najnowszej książce Rudnickiego opowiadanie o tym, jak jeździ na różne festiwale i nigdzie nie dostaje nagród, choć myśli, że dostanie. Ma nawet przygotowane przemówienie:
„Przepraszam wszystkich nominowanych, że to właśnie ja. Pamiętam... bo nie jest tak, że tylko poeta pamięta, prozaik też... Pamiętam więc, że kiedy dostawałem pierwszą w życiu nagrodę literacką, powiedziałem: Z nagrodami literackimi jest jak z hemoroidami - prędzej czy później dostanie je każda dupa Ten cytat z Billy'ego Wildera był, oczywiście, kokieterią. Cieszyłem się tak, jak cieszę się teraz. Szczęśliwy jestem jak psi ogon. Dziękuję!.
Tu schodzę ze sceny, przystaję, wracam i dopowiadam:
„Miasto, w którym się urodziłem, stoi teraz na baczność. Wyją syreny, kierowcy opuszczają swoje samochody. Dziękuję raz jeszcze!”
Tu schodzę ze sceny, przystaję, wracam i dopowiadam:
„Miasto, w którym się urodziłem, stoi teraz na baczność. Wyją syreny, kierowcy opuszczają swoje samochody. Dziękuję raz jeszcze!”
Jak na jesień nie usłyszę na ceremonii rozdania nagród „Nike” zdania „Szczęśliwy jestem jak psi ogon”, to będzie dla mnie kolejne nieporozumienie. Nie wiem jak on, najwybitniejszy żyjący pisarz polski, mógł jeszcze tej nagrody nie wygrać. Ale nawet jeśli tak się stanie, on sobie da radę. Najwyżej jakaś prostytutka „zrobi mu Nike na dachu Złotych Tarasów”. Jak w książce.