
Bójka? Hajda! Orkiestra! Szybciej i głośniej! Kumie, już idę! „Underground” Kosturicy toczył się w belgradzkiej piwnicy, ale równie dobrze mógłby na którymś z tamtejszych stadionów. Te same bałkańskie twarze, wesołe oczy i ręce zawsze gotowe do tańca, bitki i popitki. Kwintesencja hasła „piłka nożna dla kibiców”. Rzeczywistość, o której większość z nas nie ma pojęcia. Wielkie derby Belgradu.
REKLAMA
Gdy się zbliżają 70. urodziny, można sobie wymyślić różne prezenty. Jeden zamarzy o Geriavit-Pharmaton, inny o Doppel-Herz, a trzeci – szalony! - o wyjeździe do sanatorium w Ciechocinku. Wariatów, którzy stwierdzają, że 70. urodziny to dobry moment, by pierwszy raz w życiu zobaczyć derby Belgradu, jest na granicy błędu statystycznego.
Ale znam takiego! Dziadku, aż się boję, jakie derby będziesz chciał zobaczyć na osiemdziesiątkę.
Jeśli się biletów nie da kupić przez internet, kiedy się nie ma w Serbii znajomości, to... trzeba wysmarować maila do prezesa Partizana. „Jestem synem Polki i Serba, chciałbym raz w życiu zobaczyć derby Belgradu”. Następnego dnia odpowiedź, gdzie będą do odebrania bilety. Niby Bałkany dzikie, ale dbać o wizerunek, to i tam potrafią tak, jak nam się nie śniło. Tu by napisali, że wejście możliwe tylko z kartą kibica, której nie można wyrobić w dniu meczu.
Bez przesady, nasz kontynent raczej nie oferuje bardziej krwawych derbów. Te ostatnie zapowiadały się tym ciekawiej, że do końca ligi serbskiej zostały trzy kolejki, a Partizan miał nad Crveną Zvezdą tylko dwa punkty przewagi. Wszystko mogło się zdarzyć. To dobre usprawiedliwienie dla odpuszczenia tak ciekawej kolejki ligowej w Polsce, prawda?
Mecz odbywał się na stadionie Partizana. Mijamy jednak po drodze słynną Marakanę, na której gra Crvena Zvezda.
Powtarza się casus Camp Nou. Logicznie rzecz biorąc, wielki i słynny stadion powinno być widać z połowy miasta, jak Narodowy w Warszawie. Marakana, podobnie jak Camp Nou, jest niepozorna, odrapana i wciśnięta pomiędzy inne budynki. Dopiero jak stoisz przed nią, to podejrzewasz, że to ona, choć i tak nie jesteś pewny, bo to styl architektoniczny znany mniej więcej ze stadionu GKS-u Jastrzębie.
300 metrów dalej Partizan. Mniejszy, 32-tysięczny. Z trzech stron odrapany, od frontu oszklony. Chociaż to. Szybkie drukowanie biletów, płatność. Wszystko od ręki. Tylko to zakłopotanie sekretarki, jakby drukowała jakąś lewą wejściówkę...
Wchodzimy. Z aparatem nie wpuszczają Starą metodą na „nie rozumiem”, inaczej „na Jana”, jednak wchodzę. Ludzie, na stadion, na którym pewnie co drugi ma rakietnicę, a każdy racę, nie chcą mnie wpuścić z aparatem?
Dwie godziny do meczu. Miejsca 55 i 56. Maksymalna ilość miejsc w rzędzie 50. O co chodzi? Ten nie mówi po angielsku, ten też. Ja do niego, gdzie mamy siedzieć, on do mnie:
„Zvezda czy Partizan”.
„Zvezda czy Partizan”.
Machamy ręką. Siadamy gdziekolwiek, może nie będzie kompletu.
My głupi. Już w czasie meczu. Oczywiście cały stadion stoi, a nawet podskakuje, cały obiekt się rusza, pół Belgradu podryguje w rytm melodii „Volim te Partizan!” odwracam się na swoje krzesełko, a na nim stoi i uśmiecha się jakiś facet. A uczepiony go, jak ta klamerka, jeszcze inny. Stoi na oparciu krzesła. Tak na całym sektorze. Miejsc może i 32 tysiące, ale biletów sprzedanych tyle, ile było potrzeba, lekko licząc 40 tysięcy. Przecież każdy musi zobaczyć najsłynniejsze derby Europy. U nas za stanie na schodach dostaje się zakazy stadionowe, tu na schodach tyle ludzi, co na sektorach. Oczywiście wszyscy piją „Jelenie” i popalają papierosy. Inny świat.
Jeszcze nie zdążyli zacząć. Stoimy w tzw. sektorze neutralnym, choć nie jesteśmy jednak aż tak głupi, doskonale wiemy, że nie ma czegoś takiego na derbach Belgradu. Dwie godziny do meczu, przez liche ogrodzenie skaczą kibice Crvenej Zvezdy. Wykrzykują coś, wygrażają pięściami. Miejscowi zrozumieli. Reagują jak foksteriery na zające. Pięści gotowe do bitki, orkiestra – grać szybciej i głośniej. Ściągają czarne koszulki i przesadzają płot za płotem, prężąc mniej lub bardziej wyrzeźbione ciała. Idą walczyć za Partizana. Cała chmara. Przeskakując ogrodzenia, wspierają się na ramionach lekko znudzonych porządkowych. To tutaj norma. Ktoś próbuje uciekać. Herszt woła do wszystkich: „Nie uciekajcie!”. Ach, więc przyjdzie się bić za Partizana. Między wronami nawet kozy skaczą.
Ale policjanci szybko wyperswadowali. Pamiętam, w Bielsku grupka 100 kibiców Korony została zagazowana, bo nie mogli sobie ochroniarze poradzić, gdy fani zaczęli wychodzić ze stadionu. Tu była bijatyka, a kilka słów wystarczyło, by goście szybko wrócili do swojego olbrzymiego sektora. U nas, jak już szczęśliwie wojewoda go nie zamknie, sektor gości stanowi około 5 % powierzchni stadionu. Tu było to przynajmniej 30%, mimo że toczył się mecz już nie podwyższonego, ale 100-procentowego ryzyka.
Ja, który zawsze narzekam na kibiców, nie zwracających uwagi na to, co się dzieje na boisku, przez pierwsze 15 minut ledwo się zorientowałem, że już zaczęli grać. Na stadionie najchętniej patrzyłbym na jedne i drugie trybuny, a powtórkę z boiska obejrzałbym dopiero po powrocie do domu.
Przyśpiewki wszystkie te same u nas, co i u nich. Skopiowane. Tam jednak głośniej, równiej, bardziej żywiołowo. Crvena Zvezda lepsza. Mimo że w gościach, to głośniejsza. Robi piorunujące wrażenie.
Na boisku też ma przewagę. Jak już zaczynam patrzeć na murawę, to widzę poziom górnej połówki polskiej ligi. Nic ponadto. Za dużo rajdów. Tak się nie gra. To archaizm. Mówiło się o Jugosłowianach, że to Brazylijczycy Europy, bo tak pięknie grali. Brazylijczycy zaczęli już grać po europejsku – piłką, podaniami, po ziemi, a Serbowie dalej po staremu. Zero podań. Przejęcie piłki i drybling przez pół boiska. Każdy chce być bohaterem. Kiwnąć dziesięciu rywali, położyć bramkarza, kopnąć do bramki i sprowokować sektor rywali. Byli ciekawi zawodnicy – Predrag Luka! - ale mam jakieś dziwne przekonanie, że przyszłej gwiazdy futbolu to ja tam nie widziałem.
10 minut po przerwie Zvezda odpala te słynne race. Jak tylko im wygasły, Partizan wypuszcza jeszcze trzy razy więcej. Belgrad płonie. Sędzia przerywa mecz, ale nikt nikomu nie grozi walkowerem. Przecież w tych derbach pirotechnika to normalka. Pięć minut przerwy i gramy dalej. Z jednej i drugiej strony na trybunach sektorówki, nieustający doping. Za uchem słyszę przyśpiewki Crvenej Zvezdy. Odwracam się. Podśpiewuje facet, który jako jedyny – oprócz nas – nie jest ubrany na czarno. Ale żeby tak wśród Partizana? On woła: „daj mu kartkę!”, to ci z Partizana do niego: „Ale za co?”. Nawet na derbach Belgradu można siedzieć razem i się uroczo sprzeczać. Może nawet sympatycznie dać sobie w mordę, lecz nic takiego się nie stało.
W ostatniej minucie Partizan z wolnego strzela piękną bramkę. Praktycznie zapewnia sobie mistrzostwo. Radość? Tak, ale bez przesady. Natychmiast cały stadion zwraca się do gości. Z zaciekłością śpiewa pieśń, której tekstem na pewno nie jest „Na górze róże, na dole fiołki...”. Rozumiem tylko, „piczkie cygańskie” (Crvena Zvezda to pogardliwie „Cygani”). Goście jak zbite psy. Przez minutę.
Wpada im do głowy złota myśl. Może i wy wygracie derby i będziecie znowu mistrzem, ale my wam spalimy stadion. Płonie jedno krzesełko, ktoś podsyca ogień jakimś materiałem (pewnie koszulką Partizana). Dwa krzesełka, dziesięć, piętnaście. Zaraz zajmie się cały sektor. Wszyscy kibice Crvenej Zvezdy schodzą na dół, tak by porządkowi się tam nie dostali. Belgrad płonie po raz drugi. Porządkowi sennymi oczami patrzą, co się dzieje. Pewnie myślą: „Znowu to samo!”. Nie widziałem, żeby stadion spłonął, więc pewnie dali radę.
Po meczu zatrzymano 104 osoby. Gdyby to się działo na stadionie ligowym w Polsce, zatrzymano by około 35 tysięcy ludzi.
Cieszę się, że u nas tego nie ma. Nie mamy tego bałkańskiego uroku, tej sympatycznej zapalczywości, tej krwi, która nie mieści się w żyłach. Ale dobrze, że są jeszcze miejsca, gdzie futbol ma tę dawną duszę. Gdzie spiker mówi: „Kochani Navijaci!” tonem, dobrego wujka, z jasnym przekazem: „no, trochę nabroiliście, ale i tak jesteście cudowni”.
Nie widziałem jeszcze wielu wielkich europejskich derbów, ale mam przekonanie, że ten kontynent niczym mnie już nie zaskoczy. Bo czego brakowało derbom Belgradu? Co jeszcze musiałoby się stać, żebym mógł powiedzieć z pełnym przekonaniem: Tak, to zrobiło na mnie większe wrażenie? Najbliższa konkurencja dla Belgradu, chyba dopiero w Buenos Aires.