Siedzę i trochę przebieram odnóżami przed dzisiejszym meczem Wisły z Lechem. Nie żebym się spodziewał jakiegoś hitu. Co to, to nie. Przebieram, bo mecz się zbliża. Przy tym jeszcze rozmyślam. O, na przykład nad tym, jakie mamy w Polsce potęgi.
REKLAMA
Dziennikarze wielu centralnych mediów od jakiegoś czasu - ściślej od końca dominacji Wisły Kraków - lamentują, że w Polsce nie ma drużyny, która potrafiłaby zdemolować całą ligę. O tyle się zgadzam, że można raczej w ciemno obstawiać, że jak dany zespół nie potrafi regularnie wygrywać w Polsce, to nie będzie też wygrywał w Europie. Z drugiej strony, przy słabym poziomie większości meczów, jedyną, ale potężną zaletą naszej ligi jest jej atrakcyjność. Ostatnio niemal sezon w sezon trzy zwycięstwa z rzędu sprawiają, że drużyna kręci się koło pucharów, trzy porażki spychają ją w okolice strefy spadkowej.
Chętnie używa się jednak u nas pojęcia „potęga“. Cóż to w naszych warunkach jest. W Hiszpanii - wiadomo, Real i Barcelona. Raczej nikt więcej. We Włoszech Milan, Juventus, Inter itd. A u nas? Spytaj kibica, który interesował się piłką w latach 70. powie, że Górnik, Legia, Ruch. Ten, którego zauroczył futbol w następnej dekadzie dorzuci do tego Widzew. W ostatnich latach mówiło się, że mamy wielką trójkę - Wisłę, Legię i Lecha. Te dwie pierwsze - rozumiem. Trochę mistrzostw zdobyły, mają wielkie ambicje, dość spore pieniądze, zawsze przynajmniej niezłych zawodników, podokazywały trochę w pucharach dawniej i dziś, dostarczyły sporo reprezentantów i mają wielu kibiców. Ale Lech? Sześciokrotny mistrz Polski, w tej dekadzie ledwie raz. Wybudował stadion, ma sporo fanów, był mądrze zarządzany, to zachłyśnięto się i uznano go za potęgę.
Przed tym sezonem i w jego trakcie czytałem i słyszałem jednak regularnie większe absurdy. W Polsce mamy pięć potęg. Oprócz wyżej wymienionych jeszcze Polonię Warszawa i Śląsk Wrocław. Śląsk Wrocław, który mistrzostw Polski ma tyle samo, co Szombierki Bytom, a mniej niż Stal Mielec czy Zagłębie Lubin. Potęga, która przed przyjściem obecnego trenera tkwiła w strefie spadkowej, potęga, której liderem jest Sebastian Mila. Z bogatym właścicielem, wielkim stadionem i dużym miastem, Śląsk jest KANDYDATEM na potęgę. Do tego czasu musiałoby jednak minąć minimum 20 lat na bardzo wysokim poziomie. Ja tam w to nie wierzę.
A Lech? Dziś przyjeżdża do Krakowa ratować sezon. Przyjeżdża dokonać niemożliwego, bo u siebie pierwszy mecz przegrał. Ale to nie byłoby niemożliwe w normalnych warunkach, zwłaszcza, że Wisła też nie jest nie do pokonania. Kolejorz musiałby jednak strzelić gola. A skoro tego wyczynu nie dokonał, mimo że udało się to Lechii Gdańsk, ŁKS-owi, czy Cracovii, to mówi wszystko o formie tego zespołu. Załóżmy niezbyt ryzykowną tezę, że poznaniacy dziś odpadną i drugi rok z rzędu nie zagrają w pucharach. Co wtedy? Odejdą ci, których będzie się jeszcze dało komuś opchnąć, zostanie podstarzała drużyna z wysokimi kontraktami, przy niższych niż spodziewane przychodach. Inwestycji nie będzie, bo po co, skoro nie będzie pucharów. W ten sposób „ojakawielkapotega“ stoczy się niebawem w przeciętność i nikogo już to nie będzie zaskakiwać. Nikt nie będzie się dziwił specjalnie, że Podbeskidzie jest przed Lechem.
A prawdziwej potęgi nie są w stanie naruszyć dwa nieudane sezony. W Niemczech jest takie przekonanie (czasem się nie sprawdza), że jak w danym sezonie Bayern nie zdobył mistrzostwa, to za rok nie ma innej opcji, zdemoluje całą Bundesligę. Czy ktoś poważny myśli podobnie o Lechu?
PS Nieśmiało przypominam, że "Z nogą w głowie" działa też na Facebooku: O, Tutaj