Gdyby ktoś tkwił zamknięty w spiżarni przez ostatnie tygodnie, wyłamał drzwiczki dopiero dzisiaj i pierwsze co zrobił to włączył telewizor, by oglądać mecz Wisły Kraków z Lechem Poznań, zakrzyknąłby zdziwiony: "O, to Probierz prowadzi krakowian!". Wybaczcie, historyjka może niezbyt realna, ale na pewno nie mniej niż awans "Kolejorza" do pucharów w tym sezonie. A to dlatego, że po Wiśle widać już rękę trenera Probierza.

REKLAMA
Niech mnie nikt źle nie zrozumie. Nie zachłystuje się zwycięstwem 1-0 nad Lechem, nawet będąca w kryzysie Jagiellonia wygrała wyżej. Jednak dziś patrzyłem na krakowian i widziałem, że ich uśmiechy składały się z mieszaniny błota, trawy i krwi. Mówiąc prościej, walczyli. To dość komiczne, ale Wisła do 90. minuty wyglądała, jakby to ona miała odrobić jakąś wysoką stratę, a nie miała komfortowy wynik. I wiele więcej niż ambicja piłkarzy Wiśle nie trzeba w końcówce tego sezonu.
Co mi się rzuciło w oczy (i uszy)?
- Z bólem, otwieram usta, zamykam, wzdycham, stękam, ale muszę przyznać, że jeden zawodnik w Wiśle nie walczył. I był to - uwaga, bywam obiektywny - Ivica Iliev. Dziś grał wyjątkowo irytująco. Odetchnąłem, gdy Probierz go zdjął, takiemu magikowi nie można robić krzywdy - jak gra źle, to lepiej go nie pokazywać, bo jeszcze ktoś, kto ogląda mecz po raz pierwszy, pomyśli, że jest słaby.
- Mówi się, że gry w piłkę się nie zapomina. Po tym meczu wątpię. Arboleda niewątpliwie kiedyś potrafił grać. Kriwiec czy Możdżeń też. A teraz już nie umieją. I nie chodzi mi o to, że biegają w jednostajnym tempie, bo to się tyczy całej drużyny i wiadomo, że źle świadczy o metodach zimowych przygotowań Bakero. Ale, że Arboleda w ciągu pierwszych pięciu minut meczu popełnia trzy takie kiksy, jakich kiedyś nie robił przez cały sezon? Że dla Możdżenia śmiertelnym zagrożeniem jest wolno lecąca piłka? Że Kriwiec nie potrafi przyjąć futbolówki podanej z bliska, lekko po ziemi?
- Trochę o kibicach poza stadionem. Z jednej strony zgadzam się, że zazwyczaj w mediach fani piłkarscy są prezentowani tendencyjnie, na jedno kopyto. Ale z drugiej - media trafiają w społeczne nastroje. A jak postrzeganie może być inne, skoro tramwaj przed meczem, cały huczy od okrzyków o Cracovii. I nie chodzi o "Cracovia dziady"... Ale nawet gdyby chodziło? I gdyby było bez bluzgów, to czy fani Julii Hartwig drą się w tramwajach, że uwielbiają Julię Hartwig a nie Piotra Sommera? Stadion stadionem, manifestacja na ulicy manifestacją, ale żeby tak wszystkich terroryzować? Ludzie muszą osłaniać dzieci, i patrzeć z lękiem, motorniczy musi się gapić w lusterko wsteczne zamiast przed siebie, bo oto kibice piłkarscy się na mecz wybrali.
- Trochę o kibicach na stadionie. Nigdy do końca nie pojmowałem idei "zgód" i "kos" pomiędzy klubami z kompletnie innych części Polski. Wiadomo, że w Krakowie nienawiść między Wisłą a Cracovią przybrała formę wynaturzoną, ale generalnie rozumiem, że kibice obu klubów się nie lubią. Rywalizacja jest odwieczna, trą się na co dzień w jednym mieście, zabiegają między sobą o sponsorów - to rozumiem. Ale czy naprawdę krakowski kibic ma szczególny powód żeby uwielbiać np. drużynę z Gdańska a nienawidzić tę z Gdyni? To sztuczne, umowne. Ale ta umowa spowodowała, że dziś spora część meczu na trybunach upłynęła pod znakiem bluzgania na Lecha, za to, że przyjaźni się z Cracovią. Co lepsze, kibiców Lecha w ogóle przy Reymonta nie było, a nie wydaje mi się, by takiego Luisa Henriqueza ruszało, że kibice śpiewają coś obraźliwego na drugą krakowską drużynę.
- Siergiej Pareiko mógł dzisiaj się bawić w misie - patysie, albo czyścić sobie rezerwowy komplet butów i rękawic, bo piłkarze Lecha nie zapewniali mu piłkarskich zajęć. Raz Ślusarski wyszedł sam na sam, ale zanim zdążył się do Pareiki zbliżyć, już huknął w sam szczyt piłkochwytu. Żeby przypadkiem nie przerwać serii meczów Lecha bez gola. Dopiero w końcówce Estończyk musiał interweniować po strzale głową w okienko i spisał się perfekcyjnie.
- Trochę rozbawili mnie kibice jedną przyśpiewką. "Sprzedali się, sprzedali się, sprzedali się za lodówkę". Dla niezorientowanych, chodzi o fuzję Lecha z Amicą Wronki. Złośliwości - jak najbardziej, ale z jakimś pomysłem. Bo wstawić słowo na "k, "ch" i "j" to każdy potrafi. I w ogóle trzeba ludziom z młyna krakowskiego przyznać, że czy wtorek, czy niedziela, ich sektor zawsze jest pełny. Czego nie można powiedzieć o reszcie stadionu...