Szedłem między Błoniami a Parkiem Jordana i wiatr się jakiś zrywał, ciemno się robiło jak w noc polarną, nad głową grzmiało i waliły pioruny, na głowę kapało, czekałem tylko jak łamane gałęzie polecą na kark i wgniotą w asfalt. Koniec świata dział się z zaskoczenia. „Czyli Smuda, nie ma odwrotu” - przemknęło mi przez głowę.

REKLAMA
Szedłem na tę konferencję, na której Wisła miała przedstawić nowego trenera, będąc absolutnie przekonany, że pierwszy raz idę na konferencję z udziałem Franciszk Smudy. Ale gdzieś pod czaszką kołatało mi, że może Wisła wywinie numer, może jednak weźmie kogo innego. Wszyscy czekają na Smudę, a tam jakiś Stokowiec czy inny Skowronek. Jednak Franz.
Niespodzianki nie było. Przyszedł z prezesem Jackiem Bednarzem. Podpisał kontrakt na trzy lata i powiedział sporo ciekawych rzeczy. Jeszcze zanim przejdziemy do Smudy, czysto informacyjnie: od przyszłego sezonu na koszulki Wisły wraca „Biała Gwiazda”. Sytuacja finansowo też już ponoć lepsza.
Jestem zaskoczony, że przyszło tylu dziennikarzy. Są wakacje (gdzie?), to myślałem, że przyjdzie was pięciu-dziesięciu., a przyszło jak przed meczem z Barceloną czy Realem – uśmiechnął się. Na moje oko to dlatego, że każdy liczył na jakieś kwiatki i chciał je usłyszeć na żywo.
Padło oczywiście sporo banałów i okolicznościowych gadek, jakie się wypowiada w takich momentach. Że budowa drużyny wymaga czasu (z szatniami idzie ponoć szybciej), że działacze dają mu trzy okienka transferowe na zmontowanie mocnego zespołu, że Cupiał będzie w Wiśle do śmierci, że podpisał kontrakt na trzy lata, że szuka szczególnie wzmocnień w ataku i od każdego zawodnika wymaga większego zaangażowania niż ostatnio. Ale im dłużej Smuda mówił, tym się robiło ciekawiej.
Smuda stwierdził, że zna piłkarzy, którzy są w tej drużynie, bo często oglądał jej mecze. Szczególnie utkwiło mu w pamięci to z Liteksem Łowecz, za Roberta Maaskanta. - „Życzyłbym sobie, żeby każde spotkanie mojej drużyny tak wyglądało, bo to są przecież praktycznie ci sami zawodnicy”. Coś mi zazgrzytało po raz pierwszy. Sprawdzam: nie ma już Pareiki, Lamey'a, Jaliensa, Diaza, Meliksona, Nuneza i Kirma, a do tego grona może dołączyć Genkow. Czyli siedmiu z jedenastu nie ma na pewno, a ósmego może nie być. „Szpaki” się dopiero zaczynały.
Nie mogło bowiem zabraknąć wątków Regensburga i reprezentacji Polski. „Nie będę nikomu nic udowadniał, bo ja nie jestem złośliwy ani mściwy. Moje ostatnie prace to nie były porażki (oryginał brzmiał: „Ostatnie prace, w których pracowałem”, ale pozwoliłem sobie przetłumaczyć). Do Regensburga poszedłem żeby spróbować, bo poprosił mnie o to kolega menedżer. To był zespół zbudowany z IV-ligowych zawodników, którzy grali za bardzo małe pieniądze. Jak pan – tu Smuda zwrócił się do zadającego pytanie – założy buty o dwa numery za duże, to będzie pan mógł biegać?” Zastanawia mnie tylko, jak IV-ligowi zawodnicy dali radę wygrać III ligę i zdobyć jesienią mimo wszystko więcej punktów niż wiosną. No i wydaje mi się, że spadek to spadek, dla każdego powinien być porażką.
A kadra? Właściwie, to na Euro odniosła sukces. „Budowałem drużynę od zera. Zostawiłem w niej z wcześniejszego składu tylko trzech-czterech zawodników i na tej bazie tworzyłem zespół. A 2,5 roku to bardzo mało czasu na zbudowanie reprezentacji, zwłaszcza, że mamy posuchę, jeśli chodzi o piłkarzy.” Zaraz, zaraz. Ze składu przeciw Grecji na Euro, tylko Perquis, Boenisch, Polanski i Rybus nie byli nigdy powołani przez poprzednich selekcjonerów, z tym, że Perquisa, Boenischa i Polanskiego nie mogli oni powołać, bo wówczas byli jeszcze tylko Francuzami i Niemcami. A więc tylko Rybus...
„Ci chłopcy rozegrali bardzo dużo świetnych meczów – z Wybrzeżem Kości Słoniowej, z Meksykiem, z Francją, z Koreą Południową. A Euro? Ja miałem tylko trzy mecze o punkty. To jest bardzo mało. Każdy nazywa to porażką. Dwa mecze zremisowaliśmy, a mogliśmy je wygrać. Nie wygraliśmy i odpadliśmy, ale wielu kibiców, którzy znają się na piłce, podchodzi do mnie i dziękuje za emocje do samego końca, jakie dzięki nam przeżyli”. Z wymienionych czterech dobrych meczów za kadencji Smudy, Polacy wygrali jeden, z Wybrzeżem Kości Słoniowej. A co do emocji, chyba jeszcze więcej osób nie zna się na piłce, bo nie docenia wkładu Smudy w te emocje do ostatnich sekund. Ja jakoś tak mam. Tak samo jak kibice Ruchu Chorzów nie są specjalnie wdzięczni Jackowi Zielińskiemu, że do końca drżeli czy ich pupile nie spadną z ligi. A emocje były!
Smuda ma jednak sobie coś do zarzucenia: „Pluję sobie w brodę, że nie tonowałem nastrojów przed ostatnim spotkaniem w grupie. Takiej motywacji u piłkarzy jak przed meczem z CZECHOSŁOWACJĄ na Euro 2012, to jeszcze nigdy nie widziałem”. Już kiedyś dowiedzieliśmy się, że Polska grała ze Związkiem Radzieckim, teraz z Czechosłowacją.
Na pewno będę chodził na kolejne konferencje trenera Smudy. Chcę być przy tym jak powie, że mecz otwarcia mistrzostw Europy z Achajami był do wygrania.
Śledź "Z nogą w głowie" na Facebooku i Twitterze