Mało kto tak dobrze wsadza kij w mrowisko jak Czadoblog. Dziś znów to zrobił, pisząc dlaczego warto kibicować Molde. Oczywiście zgadzam się, że długoletnia dominacja Legii Warszawa w polskiej piłce byłaby ciężka do wytrzymania dla reszty Polski i zwyczajnie szkodliwa dla naszego futbolu. Mimo to, uważam, że nie ma się czego bać i można z czystym sumieniem trzymać dziś kciuki za Legię.
REKLAMA
Bardzo często, właściwie od kiedy pamiętam, mówi się u nas, że ten kto pierwszy wskoczy do Ligi Mistrzów i przełamie wieloletnią niemoc w eliminacjach do tych rozgrywek, zdominuje ekstraklasę na lata. Zastrzyk finansowy wynikający nawet z sześciu porażek w fazie grupowej ma sprawić, że uczestnik LM będzie kosił całą konkurencję przez następne lata. Na klubach z bogatych lig sam udział w elicie nie robi wielkiego wrażenia, ale w takim trzecim świecie jak my ma to być rozstrzygające.
Nie wydaje mi się.
Prześledziłem wszystkie edycje Ligi Mistrzów w tym wieku, wybrałem kraje, które miały w tym czasie w elicie tylko jeden klub i sprawdziłem, jak po tym sukcesie radziły sobie w rodzimych rozgrywkach. Nie brałem pod uwagę np. Cypru czy Słowacji, które miały po dwa kluby w Lidze Mistrzów. Skoro zastrzyk z UEFA szedł w dwie strony, to już dużo trudniej o dominację.
Podobni do nas, choć trochę lepsi, byli w XXI wieku Chorwaci (Dinamo Zagrzeb), Serbowie (Partizan Belgrad), Białorusini (BATE Borysów), Norwegowie (Rosenborg Trondheim), Bułgarzy (Lewski Sofia), Austriacy (Rapid Wiedeń) i Węgrzy (VSC Debreczyn). Łącznie siedem krajów z jednym reprezentantem w Lidze Mistrzów.
Tylko trzy z tych drużyn zdominowały swoje rozgrywki krajowe.
Warto dziś trzymać kciuki za Molde, jeśli Legia miałaby pójść w ślady Dinama, Partizana czy BATE. Białorusini zdobyli siedem razy z rzędu mistrzostwo swojego kraju, Chorwaci osiem, a Serbowie sześć. Wszystkie te serie trwają. Tyle, że wszystkie różnią się od ewentualnego przypadku tegorocznej Legii. Ich awans do Ligi Mistrzów następował już po wielu latach dominacji. Był więc raczej jej skutkiem, a nie przyczyną. Owszem, pewnie pozwalał ją umacniać. Niemniej kolejność była prosta: najpierw solidne podstawy, potem krajowa dominacja, wreszcie awans do Ligi Mistrzów. Legia ma póki co solidne podstawy, w na razie przerwała wieloletnią niemoc, a do dominacji jeszcze ho ho. Być może jest na początku drogi zostania polskim BATE, być może awans do Ligi Mistrzów by tę drogę przyspieszył, niemniej na pewno nie stanie się tak z automatu.
Częściej bowiem zdarzało się, że awans do Ligi Mistrzów był jednorazowym, niezbyt dobrze skonsumowanym wyskokiem. Taki Rosenborg grał w latach 90. rokrocznie w Lidze Mistrzów i dominował też w lidze norweskiej. Aż nagle przestał. Wydawało się, że po tylu zastrzykach z UEFA powinien oddawać mistrzostwo jedynie incydentalnie. Tymczasem w ostatnich ośmiu latach wygrywał tylko trzykrotnie. Pozostałe tytuły zgarnęły Molde, Stabaek, Brann Bergen czy Valarenga.
Jeszcze bardziej znamienne są inne przykłady. Od czasu awansu do LM, Debreczyn zdobył ledwie jedno mistrzostwo Węgier. W sezonie tuż po awansie do elity zajął piąte miejsce, ostatnio był szósty. Do dominacji daleko. Lewski Sofia od czasu gry w Champions League mistrzem był dwa razy, podobnie jak Ludogorec Łazgarad czy Litex Łowecz i o raz więcej niż CSKA Sofia. Nie wygrywa więc ligi bułgarskiej częściej niż przed zebraniem batów w fazie grupowej. A Rapid Wiedeń? Wszedł do Ligi Mistrzów już jakiś czas temu i od tego czasu mistrzem był raz. Nawet na swoim ograniczonym podwórku daleko mu do pozycji hegemona.
Warto również spojrzeć na Słowację. W sezonie 2004/2005 Artmedia Petrżałka biła Celtic Glasgow, wchodząc do Ligi Mistrzów, a pięć lat później spadła z ligi słowackiej. A Żylina po spektakularnym sukcesie usadowiła się w pozycji jednej z dwóch najlepszych drużyn w kraju, obok Slovana Bratysława, który w elicie w XXI wieku nie grał.
Nigdzie, powtarzam nigdzie, nie zdarzyło się, by klub, który incydentalnie wygrywa mistrzostwo, wszedł do Ligi Mistrzów i nagle przez parę lat nie wypuszczałby krajowego tytułu. Dinamo, Partizan czy BATE szkolą na tyle dobrych piłkarzy, tak dużo zarabiają na transferach ludzi ze swojej akademii za granicę, że byłyby najlepsze w swoich krajach i bez awansu do Ligi Mistrzów.
Można więc dziś trzymać kciuki za Legię. Niech gra, idzie jak najdalej i osiąga sukcesy. A potem będziemy się martwić co zrobić, żeby nie dopuścić do jej hegemonii. Zresztą tradycja ściągania najlepszych polskich piłkarzy przez Legię jest długoletnia. Różnica jest tylko taka, że kiedyś było to centralnie planowane a teraz wolnorynkowe. Strategia ta mistrzostwo daje średnio raz na dziesięć lat, więc spokojnie z tą hegemonią.
PPS Tekst Czadobloga można przeczytać TUTAJ