Do Euro jeszcze kilkadziesiąt dni, więc czas najwyższy, by „zaliczyć“ pierwszą z jego aren. Mam już za sobą dziewiczą wizytę na PGE Arenie w Gdańsku. Było pięknie, było pysznie, ale nie o to mi w tym wyjeździe chodziło. Chciałem patrzeć na Polskę w miarę oczyma obcego. Tak, żeby mniej więcej zobaczyć, co mogą zagraniczni kibice wsadzić sobie w mózgowe szufladki zanim stąd wyjadą i roześlą wieści w świat.
REKLAMA
Wiadomo, że było to zadanie karkołomne i z góry skazane na niepowodzenie, bo nie mogę patrzeć, jak obcy, obcym nie będąc. Przynajmniej próbowałem. Zaczynam w Krakowie, punkcie strategicznym Euro 2012. Co z tego, że nie będzie tu meczów, skoro za Anglikami, Włochami i Holendrami, którzy będą tu stacjonować, przyjedzie potencjalnie rzesza kibiców. I ta rzesza będzie się chciała przenosić na mecze.
Żeby nie było za łatwo, muszę zdążyć na dworzec ze stadionu Cracovii, bo meczu odpuścić nie mogłem. Przy niemal niezawodnej krakowskiej komunikacji miejskiej nie stanowi to problemu nawet po 23. Jestem w pociągu. I tu pierwsze zaskoczenie, choć w sumie byłem naiwny, sądząc, że będzie inaczej. Słyszę zewsząd, że na kolei jest źle, a - szczerze powiedziawszy - sam mam z nią doświadczenia tylko dobre. Łudziłem się jednak, że trasa Kraków - Gdańsk, to nie będzie kolej transsyberyjska. Niestety, zajmuje to ponad 12 godzin, w tym trasa Warszawa - Gdańsk (miasta organizatorzy) aż ponad siedem (!). Zważywszy na to, że trasa drogowa pomiędzy tymi ośrodkami też do najlepszych nie należy, mina trochę mi zrzedła...
Patrzę jednak za okno. Staram się to robić zawsze, jak wyjeżdżam gdzieś dalej, bo podobno, jak się przebywa tylko albo na Śląsku albo w Krakowie, to można mieć wypaczony obraz polskiej rzeczywistości. Na plus, oczywiście. Obiektywnie - z okien pociągu nie muszę mieć wypaczonego obrazu. Nachodziła mnie co rusz refleksja - żadne polskie miasto, żadna polska wieś nie prezentują się dobrze z okien pociągu. Tory biegną zawsze tak specyficznymi okolicami, że zawsze widzimy albo szemrane przeładownie, albo odrapane, walące się domki, albo dzikie wysypiska śmieci (gdzieś za Mławą największe, dramat!). Ratunek stanowią liczne pola. O tej porze roku zbyt piękne nie są, ale w czerwcu powinny wywoływać całkiem miłe wrażenia estetyczne. A zawsze jakaś sarna się trafi, co też nastraja pozytywnie. Przyszło mi do głowy, że te fatalne widoki z pociągowych okien, to musi być norma. Ale nie, choć wielkich doświadczeń z europejskimi kolejami nie mam, pamiętam, że jak jechałem przez Bawarię, to widziałem regularne, zadbane, czyste zabudowania. A więc nie musi...
Dalej zaskoczenie pozytywne. Zaczyna się Pomorze i te dworce nagle jakby ładniejsze. Nie żeby jakieś architektoniczne perełki, ale schludne, wyglądające na świeżo remontowane. Takie niemieckie. Tczew, Pszczółki... Ładnie prezentuje się malborska twierdza, nawet jak się ją widzi w ruchu. Po ponad 12 godzinach, trochę po południu docieram do Gdańska.
Tutaj mogę przestać udawać spojrzenie obcego. Tu naprawdę jestem obcy. Naprawdę mam blade pojęcie o tym, jak dostać się na stadion. Podchodzę na przystanek tramwajowy. Patrzę, ogłoszenie, na którym gdańska komunikacja miejska przypomina, że dziś mecz Lechii z Podbeskidziem, co skutkuje zmianami w rozkładzie jazdy. Pozytywne zaskoczenie, że ktokolwiek o tym informuje. Znajomość polskich realiów się jednak przydaje. Wiem, że mam jechać „14„ i widzę na ogłoszeniu, że w interesujących mnie godzinach „14„ na stadion nie dojedzie. Jako że nie znam alternatyw, myślę typowo po polsku: „Może, a nuż dojadę?“ i wsiadam do „14„. Słuszniem postąpił. Wysiadam po kilkunastu minutach pod stadionem...
Robi piorunujące wrażenie. Naprawdę. Wiedziałem, że jeden z najładniejszych w Europie, nie wzięto mnie z zaskoczenia, a i tak zachwyca. Wspomnienie widzianych z bliska Camp Nou czy Allianz Areny szybko blaknie przy gdańskim stadionie. Widok wewnątrz też rewelacyjny. Szukam miejsc prasowych...
Znalazłem swoje siedzisko, chcę się rozpłaszczyć, szukam kontaktu. Nie ma. Hmm, czemu ja nigdy nie mogę niczego znaleźć. No, ale przechodzę przez cały rząd i dalej nie ma. Obchodzę też niższe. „Pewnie mają jakąś kosmiczną technologię i wyjdę na idiotę“. Podchodzę i - łagodząc jak mogę przekaz - pytam porządkowego, gdzież to są ukryte kontakty na miejscach prasowych. Ano, nie ma. Jak nie ma? Zawołam kierownika. „Noo, mamy kontakty tylko na stanowiskach dla komentatorów“. A co z prasowymi, internetowymi, radiowymi? Czy oni z prądu nie korzystają? „W drodze wyjątku może pan usiąść na miejscu komentatorskim“. OK, dziękuję, ale proszę, błagam, niech ktoś przed Euro zamontuje tam te wtyczki. Wydatek żaden, wysiłek żaden, a przyda się. Nie, żeby kibiców miało specjalnie obchodzić, czy dziennikarze mają prąd, ale jednak to oni puszczą w Europę główny przekaz, jak Polska zorganizowała Euro... Swoją drogą, przyszło mi na myśl, że na przestarzałych stadionach np. Podbeskidzia czy Ruchu te wtyczki są. I gdyby ich nie było, to pewnie byłby to poważny problem w procedurze licencyjnej...
O wrażeniach z meczu nie ma co specjalnie opowiadać, bo na Euro stadion będzie pełny, a nie w 3/4 pusty. Po wyjściu, tego polskiego myślenia mi zabrakło. Zaufałem ogłoszeniu. Skoro zmieniony rozkład miał obowiązywać do 18:00, a mamy 18:45, to tramwaj pod stadion powinien dojeżdżać. Nie dojeżdżał. W ostatnim momencie dopadam taksówkę i pędzę na ostatni pociąg powrotny. „Ja na tę Lechię nie chodzę, bo to żal patrzeć jak oni grają. Panie, ja byłem na Chelsea w Londynie. Nie moja drużyna, ale jak się na nich patrzy, to aż się chce kibicować. Taki ładny stadion mają, a nic nie grają. Fajna sprawa, to Euro. Wyobrażam sobie, co się będzie działo. Ale co potem? Jak my to utrzymamy? Ten stadion nie ma bieżni, koncertów tam nie będzie, bo będą na Ergo Arenie. Tam musi być dobra piłka, bo inaczej nie dadzą rady...“ - czyli krótka metoda badań społecznych - rozmowa z taksówkarzem - odbyta. Jestem.
Po dwóch nieprzespanych nocach nieprzytomny docieram do Krakowa. Po omacku otwieram okno i ląduję w łóżku. Po godzinie budzą mnie przyśpiewki. Pierwsza myśl: Się śni mi. Druga: Nie, to naprawdę. Trzecia: Przecież dziś w Krakowie nikt nie gra. Czwarta: Kibice Cracovii przyszli na trening i okazują niezadowolenie. Piąta: W niedzielę nie ma treningów. Szósta (prawdziwa): Kibice Wisły idą wzdłuż Błoń i szykują się do wyjazdu do Chorzowa. Siódma (prawdziwa, choć zdarzająca się pierwszy raz w życiu): A może Kraków to jednak dobre miejsce dla mnie, skoro tu jest się budzonym przez przyśpiewki piłkarskie?