Ostatnio mieliśmy do czynienia z ciekawą akcją: "Tratwa, czyli od rolnika do pośrednika 3000 procent znika". Nic dziwnego, że skoro tak duża jest marża na żywności to akcja poruszyła wiele osób, w tym media. Ale czy faktycznie te marże są takie wysokie?

REKLAMA
Otóż faktycznie na pewno jest duża różnica między ceną żywności w sklepie, a u rolnika. Cześć mojej rodziny mieszka na wsi, doskonale orientuję się w cenach żywności "u producenta". Jednakże wiem też, jak skomplikowaną ścieżkę produkt musi przejść, zanim trafi do sklepu, gdzie będziemy mogli go kupić.
Po pierwsze i przede wszystkim: logistyka. Żywność nie rośnie w centrum Warszawy, ani niedaleko Pałacu Kultury, ktoś musi ją przywieźć, rozpakować, umieść na stoiskach sprzedażowych. Za to wszystko płaci się wysokie opłaty, w tym czynsze za lokal. Dodatkowo, nikt z nas nie kupuje od razu 100 kg marchewki, a trudno, aby komukolwiek opłacało się nam specjalnie przywieźć mniejszą ilość.
A co z tymi produktami rolnymi, które się nie sprzedadzą i zepsują po drodze albo już w magazynie? Ponadto, pracownicy sklepów nie pracują za darmo i oni też chcą zarobić na swojej pracy (dodatkowo oczywiście kierowcy, magazynierzy, no i wreszcie właściciel sklepu). Nie zapominajmy też, że żywność należy odpowiednio zapakować, to też kosztuje, a dodatkowo opakowania muszą spełniać odpowiednie standardy higieniczne.
Ponadto, gdy sprzedajemy towar w sklepie to właściciel sklepu musi zapłacić podatek dochodowy, VAT i całą masę opłat na ubezpieczenie społeczne i innych na rzecz swoich pracowników. Do tego dochodzą wszelkie inne obciążenia parapodatkowe.
W teorii każdy z nas może jechać na wieś i przywieźć płody rolne bezpośrednio, z pominięciem pośredników. A jednak wolimy stać w kolejce do dyskontów i supermarketów, bo tak jest wygodniej, szybciej i taniej. A za wygodę się płaci.