Ostatni zjazd. Koniec z nartami na ten dzień. Ale to jeszcze nie koniec atrakcji. Impreza dopiero się rozkręca. Niektórzy czekają na ten moment bardziej, niż na szaleństwa na zaśnieżonych stokach. Zaczynamy Après-ski!

REKLAMA
logo
Restauracja przy dolnej stacji wyciągu, Lech, Austria. fot. Sergiusz Pinkwart

SERGIUSZ: W przeciwieństwie do Magdy nigdy nie byłem hardkorowcem, który schodzi ze stoku ostatni i pada na łóżko w hotelu, by następnego dnia o świcie zameldować się jako pierwszy pod wyciągiem. Ale o Après-ski (tę zbitkę francusko-angielską wymawia się najczęściej z niemieckim akcentem: „apreszi”) usłyszałem pierwszy raz dopiero w Alpach. Być może jak się mieszka w Zakopanem, to po nartach idzie się do domu. A tam już czekają stęsknieni domownicy, żeby obrać im ziemniaki, wyrzucić śmieci, sprzątnąć kuwetę itp. Co innego na wczasach w „tych alpejskich lasach”. Po ostatnim zjeździe zapełniają się knajpki na wolnym powietrzu i tyrolskie gospody, te wszystkie „Gästhof zum Edelweiß” wypełnia tłumek w kolorowych kombinezonach, a często i jeszcze w narciarskich butach. Z głośników sączy się obowiązkowo miejcowe disco-polo albo alpen-jazz. Normalnie to by było nie do zniesienia, ale tam to jest jak najbardziej na miejscu. Uśmiechnięci barmani podają sznapsy i pszeniczne piwo. Koło północy zaczynają się miejscowe zabawy w stylu wbijania czekanem gwoździ w pieniek, albo opróżniania na wyścigi Jägermeistra. Z całkiem obcymi ludźmi prowadzi się długie dysputy w językach, których nigdy się nie uczyliśmy, ale w tych i niestety tylko tych okolicznościach, władamy nimi płynnie...
logo
15 minut po zdjęciu nart impreza się rozkręca, Stubai, Austria. fot. Sergiusz Pinkwart

MAGDA: Bo narty, podobnie jak żeglarstwo czy jazda konna, to nie tylko sport. To styl życia. Kiedy wchodziłam do każdej z tych społeczności, najpierw jako jeździec, potem, w podeszłym już wieku, bo mocno po dwudziestce, jako żeglarz i narciarz, zachwycało mnie to, że zabawa nie kończy się od razu, w chwili zakończenia danej aktywności. Czyli w momencie odpięcia popręgu i zdjęcia siodła, zrolowania foka i podniesienia miecza czy – jak to jest w przypadku narciarstwa – wypięcia butów z wiązań. Przeciwnie. Dla ludzi, których łączy wielka sportowa pasja, po całym dniu spędzonym w siodle, na pokładzie czy na stoku, nie ma nic piękniejszego, niż przez kolejne godziny przerzucać się ze współbraćmi opowieściami o niebezpiecznych sytuacjach i „branżowymi” anegdotami. Przysłowiowych morskich opowieści najlepiej słucha się ze szklaneczką w dłoni, przy dźwiękach muzyki, opowiadającej o wyczynach nam podobnych. Czyli – w przypadku żeglarzy – przy szantach, a w przypadku narciarzy – przebojach Après-ski. Te piosenki, choć w normalnych warunkach wydają się być nie do zniesienia, przy dolnej stacji wyciągu, w górskiej scenerii są pierwszorzędną rozrywką. Chociażby kultowy już „Anton aus Tirol” (kto nie zna, musi to zobaczyć!) z wiele mówiącym tekstem: „Ich bin so schon, ich bin so toll, ich bin der Anton aus Tirol”, co w wolnym tłumaczeniu znaczy: jestem taki śliczny i taki zabawny, jestem po prostu Antek z Tyrolu. A dalej jest już o jego zgrabnych łydkach, kształtnym tyłku i o tym, jak laski na stoku na niego lecą. Ale wystarczy spojrzeć na wykonawcę, DJ’a Ötzi’ego, żeby solidnie się z tych przechwałek pośmiać.

SERGIUSZ: Myślałem, że Ötzi, to ten „Człowiek Lodu”, którego ktoś ukatrupił na alpejskiej przełęczy pięć tysięcy lat temu. Nie wiedziałem, że śpiewa słynny szlagier o Antku z Tyrolu... A na poważnie – bo w Alpach Après-ski, to poważny biznes – jestem naprawdę pod wrażeniem tego, ile się w Austrii robi, żeby dopieścić narciarzy. Te wszystkie restauracje z tarasami widokowymi 360º, ludowe kapele pod wyciągami, imprezy plenerowe w stacjach narciarskich, no i obowiązkowe Après-ski. Kiedyś znajoma Austriaczka wyciągnęła nas – bandę dziennikarzy turystycznych – wieczorem na dwugodzinny spacer do wiejskiej chaty nad Lech, niedaleko szwajcarskiej granicy. Wyciągi były już zamknięte, a mimo to restauracja w połowie trasy narciarskiej pękała w szwach. Zabawa przeciągnęła się do drugiej nad ranem (ach, ta nalewka limbowa!). A potem do hotelu schodziliśmy z pochodniami wzdłuż wyciągu. Ale fajne Après-ski można mieć już kilka kilometrów od polskiej granicy – w słowackich Oravicach. Jeździ się ostrą, ale niezbyt długą traską z widokiem na majestatyczne szczyty Rohaczy, a po zamknięciu wyciągu można przenieść imprezę na basen termalny, który jest tuż przy dolnej stacji wyciągu. Piwo, wino, czy co tam kto chce, padający śnieg, szum świerkowych lasów porastających południowe stoki Tatr Zachodnich i muzyka. Jak tam byłem, to puszczali same stare polskie przeboje.
logo
Alpy. Nocne zejście z pochodniami z górskiego schroniska. fot. Sergiusz Pinkwart

MAGDA: Słowacja ma niezaprzeczalne plusy w postaci gorących źródeł termalnych, gdzie na basenach można regenerować nadwyrężone ścięgna i zmęczone mięśnie. Świetne jest uczucie, kiedy w środku zimy na trzaskającym mrozie pływasz sobie w gorącym basenie na otwartym powietrzu. Wszystko wokół paruje, różnica temperatur między wodą a powietrzem sięga 40 stopni Celsjusza, a mokre kosmyki włosów na głowie natychmiast pokrywa szron. Taka sesja świetnie odpręża i hartuje. Za to w Austrii czy Szwajcarii mamy przy większości hoteli SPA z saunami i basenikami do stosowania zbawiennej metody doktora Kneippa (system brodzików, w których spaceruje się na przemian w ukropie i lodowatej wodzie). Momentalnie dochodzi się w nich do siebie po całodziennym wysiłku na stoku i upojnych godzinach w barze przy dolnej stacji. No właśnie, bo do takiego baru w zasadzie „prowadzą wszystkie drogi”, trafiasz tam z ostatnim zjazdem. Imprezowicze idą na drinka w ledwie rozpiętych klamrach od butów narciarskich i w kombinezonach. Atmosfera jest świetna. A i drinki niezwykłe. Regionalne owocowe nalewki i ten słynny Jägermeister z Red Bullem, czyli Jägerbomb. Pije się go bardzo efektownie, bo do szklaneczki wypełnionej Red Bullem barman wkłada „lotniczą” buteleczkę ziołowego likieru. Trzeba to wychylić „na raz”, wtedy najpierw przez cienką szyjkę buteleczki sączysz likier, a potem popijasz solidnym haustem napoju energetycznego. Dla wesołej kompanii opcją jest Jäger-train, czyli cała kolejka drinków, wymyślnie serwowana przez barmana na zasadzie domina. Można stracić głowę, a już na pewno zakochać się w przebojach Après-ski. Co roku wydawane są składanki aktualnych hitów, ale i tak najlepsze są klasyki, traktujące o tym, co zebranych przy barze interesuje najbardziej. Czyli jeździe na nartach. Stąd nieskomplikowane treści w tekstach: „jazda na nartach jest fajna”, „śnieg jest świetny”. Oto kolejny hit:
SERGIUSZ: Wszystko super, ale wyjaśnijmy jeszcze jedną rzecz: czym się różni Après-ski od swojskiej „kiełby” z sosem „tysiąc wysp” i piwem, serwowanych w bufetach przy naszych wyciągach. Otóż nazwę „Après-ski” nieprzypadkowo tłumaczy się „po nartach”. Impreza rozkręca się wieczorem, po zejściu ze stoku. W Polsce (ale i nie tylko w Polsce) aż za często widziałem jak w barze narciarze wychylają piwko, albo dwie szybkie „lufy” na rozgrzeweczkę i hop na narty! Nie jestem święty, ale gdy dowiedziałem się jak wyglądają za granicą procedury postępowania policyjnego po wypadku na stoku, to momentalnie przeszła mi ochota na kozakowanie po piwie. A wypadki przecież zdarzają się nawet najlepszym. Jeśli badanie alkomatem wykaże, że jesteśmy „po spożyciu”, to automatycznie nasze ubezpieczenie przestaje działać. Oczywiście nikt nam nie odmówi pomocy, ale rachunek za akcję ratunkową może zrujnować. Chyba, że mamy lekką rączką do wydania 50 tys. euro. To wersja optymistyczna, gdy tylko sami sobie zrobimy krzywdę. A jeśli w kogoś wjedziemy...?
Więc z Après-ski trzeba uważać. Można się świetnie bawić, ale na stok lepiej wrócić dopiero następnego dnia. Po solidnym śniadaniu i sesji wodoleczniczej doktora Kneippa...

Chcesz dostawać info o nowych wpisach?