
– To prawdziwa sensacja! Musisz to zobaczyć! Spojrzałem zdziwiony na wyświetlacz komórki. Tomek Wierzejski, fotograf, legendarny fotoedytor z dawnej Vivy! gdzie spotkaliśmy się w pierwszych latach tego wieku, potrafił z pasją opowiadać o zdjęciach, ale nie należał do osób, które dzwonią i bez wstępu podekscytowani krzyczą w słuchawkę. Coś musiało go naprawdę poruszyć.
REKLAMA
Po nitce do kłębka, udało się w końcu sprawę naświetlić. Tomasz, założyciel agencji prasowej Fotonova, od kilku lat zajmował się porządkowaniem zdjęć w Stawisku, willi-muzeum Jarosława Iwaszkiewicza. Natrafił tam na niezwykłe znalezisko. Kilkaset szklanych płytek z fotografiami zrobionymi przez teścia pisarza i pierwszego gospodarza Stawiska – Stanisława Wilhelma Lilpopa. Część zdjęć była kolorowa, a niektóre nawet w trójwymiarze. Jedne dokładnie opisane, inne nie, ale dzięki temu, że są na nich osoby z rodziny, możemy je dziś w miarę dokładnie datować. Większość z nich powstała w pierwszych latach XX wieku. Przypominam – zdjęcia kolorowe i w 3D! Nic dziwnego, że Tomek był taki podekscytowany. Byłoby dziwne, gdyby nie był. W końcu udało mu się odkryć naprawdę niezwykłe znalezisko!
Od piątku w Domu Spotkań z Historią na warszawskiej ul. Karowej można obejrzeć kolekcję zdjęć Stanisława Wilhelma Lilpopa – fotografa amatora sprzed ponad stu lat. Ale chyba właśnie dzięki jego „amatorstwu” zdjęcia nabierają niezwykłej siły i porażają swoją współczesnością. Postaci nie zastygają w hieratycznych pozach, jakby to uczyniły przed obiektywem nieznajomego profesjonalisty. Damy w eleganckich kapeluszach robią głupie miny i pękając ze śmiechu układają usta jak do „sweet foci”, którą za moment mogłyby wrzucić na fejsa. Dzieci na plaży, ignorując kamerę, budują zamek z piasku. Jakiś nieszczęśnik potyka się rażony strumieniem wody, kierowanym na niego przez sadystycznie uśmiechniętego wąsacza, przy aplauzie przyglądających się temu dam (to „chrzest” morski przy przekraczaniu Równika). Lilpop, pasjonat fotografii, ale też podróżnik i bogaty „człowiek z towarzystwa” zabierał aparat ze sobą na plażę, na polowanie, na wyścigi, imprezy rodzinne... W czasach, gdy fotografia była drogim hobby, a posiadacze aparatów fotograficznych traktowali je z pietyzmem, z jakim malarze traktują ustawiony na sztalugach blejtram, Lilpop nie żałował pieniędzy na szklane płytki pokryte światłoczułym materiałem, by uwiecznić zwyczajne życie wyższych sfer, ale i „ciekawostki” turystyczne: zaplecze skupu kości słoniowej w Mombassie, śmiertelnie poważnych nagich dziadków uprawiających ćwiczenia gimnastyczne w zakładzie przyrodoleczniczym na huculszczyźnie, czy kadry z katastrofalnej powodzi, która nawiedziła Paryż w szczytowym okresie Belle Epoque w 1910 roku. Fotografował także to, co go bulwersowało, na przykład zniszczenia wojenne w okolicach Warszawy w 1914 roku. Dziś pewno byłby reporterem, choć... Z drugiej strony może starałby się powalczyć o World Press Photo? W końcu dziś też mamy swojego Stanisława Wilhelma Lilopa, czyli... Zresztą zastanówmy się:
Syn niezwykle bogatego warszawskiego przedsiębiorcy, który swoje udziały w majątku rodzinnym traktował dość chłodno. Nie udzielał się w firmie, nie bywał nawet „na zarządach”, a zamiast tego oddawał się swoim dwóm największym namiętnościom – polowaniom i fotografii. Nie, nie mam na myśli Tomasza Gudzowatego, ale właśnie Stanisława Wilhelma Lilpopa, syna właściciela największych przedwojennych zakładów przemysłowych w Warszawie. Warszawska Fabryka Stalowa (stąd ul. Stalowa na Pradze) dostarczała szyn całemu imperium rosyjskiemu. A przecież wytwarzano tu jeszcze przęsła mostów, koła zębate, maszyny... I nie była to jedyna fabryka należąca do potężnego klanu przedsiębiorców. Jednak Stanisław Wilhelm nudził się, gdy rozmawiano przy nim o interesach. Wyniósł się z Warszawy, do rodzinnego majątku w Brwinowie. Potem sprzedał część Brwinowa (tak powstała Podkowa Leśna: miasto–ogród), a za te pieniądze pojechał na długie safari do Afryki. Był też na bieżąco ze wszystkimi nowinkami technicznymi w dziedzinie, która go pasjonowała. Zaledwie kilka miesięcy po wynalezieniu przez braci Lumière techniki autochromu, dzięki którym mogły powstawać barwne fotografie (podobno byli z tego bardziej dumni, niż z wynalezienia kinematografu), Lilpop odebrał przesyłkę z Francji, załadował nowe klisze do swego aparatu stereoskopowego „Stéréospido A” francuskiej firmy Gaumont i rozejrzał się, co by tu sfotografować...
Jakim cudem zdjęcia Lilpopa z 1909 roku pokazują naturalne kolory? Niestety nie umiem wytłumaczyć na czym polega technika autochromu. Tomek Wierzejski mówił mi to „dużymi literami”, ale zapamiętałem tylko to, że szklane płytki pokrywały dwie warstwy: emulsji światłoczułej i barwionej skrobi ziemniaczanej. Jak to działało? Nie mam pojęcia. Ale nie wiem też jak powstają zdjęcia cyfrowe, choć na co dzień korzystam z aparatu. Nie widziałem nigdy na oczy prądu, ani kalorii. Cóż, z pokorą muszę przyznać, że nie każda rzecz jest na każdy rozum...
Stanisław Wilhelm Lilpop jednak swobodnie się w tym poruszał. W archiwach Stawiska Tomasz Wierzejski z pomocą Małgorzaty Zawadzkiej, adiunkta Muzeum w Stawisku, odkryli kolorowe zdjęcie, na którym jest córka fotografa – Hania, razem z przyjaciółką. Można tą fotografię datować na lato 1909 roku. Więc mamy sensację. Trzeba zmieniać notkę w Wikipedii. Pierwszą polską fotografią kolorową przestało być zdjęcie Tadeusza Rzący z 1910 roku, przedstawiające Kwiaciarki na Rynku w Krakowie.
Fabryczka braci Lumière, zaczęła produkować szklane płyty do fotografii kolorowej w technologii autochromu dopiero w 1907 roku, więc w 1909 roku naprawdę była to światowa nowinka.
Co innego fotografia trójwymiarowa... Nieco dziwił mnie zachwyt Tomka nad kolorem zdjęć Lilpopa, w kontraście do dość pobieżnego omówienia tej drugiej kwestii. Jednak, jak mi wytłumaczył, aparaty do fotografii stereoskopowej, z dwoma obiektywami, a także sprzęt do oglądania takich zdjęć, by dawały złudzenie głębi, były w tamtym czasie dość powszechne. Działały wszystkie „iluzjony” i „fotoplastykony”, które później wyparły „płaskie”, ale za to z ruchomymi obrazkami „kinoteatry”.
Życie prywatne Stanisława Wilhelma Lilpopa, tylko na pozór wydaje się tak barwne, jak jego fotografie. Choć rzeczywiście nigdy nie narzekał na brak pieniędzy, sporo podróżował, robił zdjęcia i w wolnych chwilach odpoczywał w rodzinnym siedlisku, to nie był szczęśliwy. Żona opuściła go w 1899 roku, za co zakazał jej kontaktów z ich córką – Hanią. Był samotnym, zgorzkniałym ojcem, pogrążającym się w depresji. Pod koniec życia zamieszkał w willi Stawisko, którą wybudował dla córki i zięcia – poety i pisarza Jarosława Iwaszkiewicza. W 1930 roku wynajął pokój w warszawskim Hotelu Polonia i odebrał sobie życie.
Zostały fotografie... Możemy je oglądać od wtorku do niedzieli w Domu Spotkań z Historią w Warszawie, przy ul. Karowej 20. Oryginalny aparat Lilpopa, przeglądarkę do zdjęć stereoskopowych, albumy ze zdjęciami i inne pamiątki można oglądać na wystawie w Muzeum im. Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów w Stawisku. Kuratorami obu wystaw są Małgorzata Zawadzka i Tomasz Wierzejski.
