Londyński Hyde Park – idealne miejsce do spacerów w samym centrum miasta.
Londyński Hyde Park – idealne miejsce do spacerów w samym centrum miasta. fot. S. Pinkwart

Londyn, to jedno z najbliższych nam miast. Dla tysięcy rodaków stał się bezpieczną przystanią, miejscem pracy, ale i zakupów, czy rozrywki. Dzięki tanim liniom jest osiągalny bez większego finansowego wysiłku, a warto się tu wybrać, choćby po to, by odwiedzić rewelacyjne muzea i napić się fantastycznego piwa. Ewentualnie – odwrotnie.

REKLAMA
Londyn jest dla mnie miastem intuicyjnym. Co objawia się tym, że gdy leniwie błądzę bez celu, to odkrywam co krok fantastyczne miejsca. A jak się naprawdę bardzo staram, muszę dotrzeć na czas na umówione spotkanie, to nie jestem w stanie nigdzie trafić. Gdy pierwszy raz jechałem tam na wywiad, ściskałem w dłoni kartkę z adresem: 53 Park Ln W1K 1QA. Zbitka skrótów, cyfr i liter nie mówiła mi nic. Na mapie nie było żadnych oznaczeń W1K ani 1QA – to wyglądało jak jakaś szalona gra w statki, a nie adres. Park Lane odnalazłem, choć nie byłem do końca pewny, czy może jednak nie chodzi o Park Street, albo Park Road, Park Drive, Park Avenue, czy Park Square. Każda z tych nazw odnosiła się do innego miejsca w mieście. Ale hotel Dorchester był przecież tylko w jednym miejscu, a nie w pięciu. Londyńskie adresy mogą być mylące, ale na szczęście jest to miasto przyjazne i – właśnie – intuicyjne. Nie pamiętam nazw ulic, ale maszerując „na wyczucie” zawsze trafiam do celu i rozpoznaję znajome miejsca.
logo
Londyn jest przede wszystkim miastem młodych. fot. S. Pinkwart

Na mojej stałej trasie spacerów ze stacji metra Holborn do British Museum, jest mały zakład krawiecki, gdzie piętnaście lat temu kupiłem marynarkę. Zapamiętałem przygarbionego, siwiutkiego, ale niezwykle wytwornego sprzedawcę, który zmierzył mnie jednym uważnym spojrzeniem i bez sekundy zawahania sięgnął po odpowiedni rozmiar i fason, zanim zdążyłem otworzyć usta. Miał rację. Gdy przymierzyłem zdjętą z wieszaka marynarkę, w lustrze zobaczyłem odbicie faceta, który niewątpliwie już urodził się w tym ubraniu i po prostu musi je mieć. Staruszek zmusił wąskie, pergaminowe usta do imitacji uśmiechu i wyszeptał z dumą, że jest krawcem od 1855 roku. Popatrzyłem na niego uważnie. Nie wyglądało na to, bym się przesłyszał.
Przechodziłem tamtędy dwa miesiące temu. Zobaczyłem go przez lekko matową szybę. Uniósł lekko dłoń w pozdrowieniu. Wyglądał dokładnie tak samo, jak piętnaście lat temu. I pewno sto piętnaście lat temu też...
logo
Portobello Road. Uliczny sprzedawca. fot. S. Pinkwart

Zawsze, gdy jestem w Londynie, staram się choć na godzinę wpaść na Portobello Road. Wiem, że to miejsce, które stało się modne dzięki filmowi „Notting Hill” i każdy turysta, nawet jeśli się do tego nie przyznaje, rozgląda się ciekawie i liczy na to, że spotka tu Hugh Granta spacerującego za rękę z Julią Roberts. Ale naprawdę warto tu wpaść, zwłaszcza w sobotnie przedpołudnie, gdy uliczka zmienia się w malowniczy targ staroci. Można tu kupić za parę funtów naprawdę niezwykłe rzeczy, szczególnie od mieszkających w tej okolicy kolorowych mieszkańców karaibskich wysp.
logo
Na Portobello można kupić egzotyczne pamiątki. fot. S. Pinkwart

Tak jak nie wyobrażam sobie wypadu do Londynu bez odetchnięcia atmosferą Notting Hill, tak nigdy nie omijam National Gallery. Gdy mówię to zdanie, brzmi okropnie snobistycznie. Ale w rzeczywistości wskoczenie na parę minut do jednego z najsłynniejszych muzeów świata, jest czymś bardzo zwyczajnym i nie wymagającym szczególnych przygotowań. Wchodzi się tu wprost z zatłoczonej ulicy. Kilkanaście stopni do westybulu, potem na parterze w prawo, piętnaście kroków i już stoję przed moimi ulubionymi „Parasolkami” Renoira – obrazem, z którego impresjonista początkowo nie był zadowolony, gdy go namalował w 1880 roku. Po pięciu latach wpadł na pomysł, by z lewej strony płótna dodać postać młodej kobiety. Teraz już wszystko grało. Choć zirytował późniejszych znawców mody, którzy wytknęli mistrzowi, że jego obraz stracił spójność, bo pomiędzy 1880 a 1885 rokiem zupełnie zmienił się styl ubierania i kobieta z lewej strony płótna wygląda jakby podróżowała w czasie...
logo
„Parasolki” Pierre-August Renoir National Gallery

Do National Gallery, British Museum, czy Muzeum Historii Naturalnej można wejść „ot, tak sobie”. Nie ma biletów, kolejek, surowych strażników, którzy selekcjonują odwiedzających. To miejsca przyjazne ludziom, a szczególnie dzieciakom.
W Muzeum Historii Naturalnej nie tylko pozwala się, ale wręcz zachęca najmłodszych, by dotykali eksponaty, zachwycali się kośćmi dinozaurów, czy pobawili się ekwipunkiem polarników.
logo
W Muzeum Historii Naturalnej w Londynie. fot. S. Pinkwart

Włóczenie się po Londynie jest proste, zwłaszcza z kartą miejską, która upoważnia nas do jeżdżenia autobusami i metrem. Szczególnie kolejka podziemna (czyli jak mówią londyńczycy – The Tube), to fantastyczny środek lokomocji. Londyn ma najstarsze metro na świecie – zaczęło wozić pasażerów w 1863 roku, gdy w Polsce trwało Powstanie Styczniowe, a Amerykanie byli zajęci swoją Wojną Secesyjną. Od tamtego czasu sieć tuneli wciąż się rozbudowuje, dzięki czemu dojechać metrem można niemal wszędzie. Nie oznacza to jednak, że jest to łatwe i szybkie. 150-letnie tunele wymagają częstych remontów i praktycznie codziennie któreś stacje są wyłączane z ruchu. Na niektórych liniach (zwłaszcza najstarszej – District Line) pociągi wloką się niemiłosiernie. Parę razy zdarzyło mi się spędzić w wagonie stojącym pomiędzy stacjami pół godziny. Gdy spieszymy się na lotnisko, to nie jest wesoła perspektywa.
logo
Metro, czyli dla londyńczyków „The Tube”. fot. S. Pinkwart

Jeśli tylko mogę, wszędzie po centrum Londynu chodzę piechotą. Dzięki temu poznaję coraz to nowe „małe ojczyzny” – niewielkie kwartały, czasem dosłownie pięć ulic, które mają swój charakterystyczny klimat. Tak poznałem moje ulubione miejsce – okolice stacji Earl’s Court, gdzie mieszczą się tanie hotele turystyczne, klimatyczne puby, w których pije się najlepszy „bitter” London Pride, a tradycyjną rybę z frytkami – „Fish&Chips”, podaje się jak należy – w papierowym lejku ukręconym z gazety...
logo
Londyńska ulica. Można jeździć czerwonymi piętrusami (wożą już chyba tylko turystów), lub – co wolę – wędrować piechotą. fot. S. Pinkwart

Gdzie spać?
Londyn, to jedno z najbardziej przyjaznych turystom miast świata. Polecam znalezienie hotelu na trasie linii metra „Piccadilly”, którą najszybciej i bez przesiadek dojedziemy z lotniska Heathrow do centrum miasta. Im dalej od centrum – tym taniej. Jednak rozsądnie jest mieszkać jeszcze w strefie tańszego biletu, czyli najlepiej w dzielnicy Earl’s Court lub Hammersmith. Koło szpitala Cromwella w dzielnicy South Kensington znajdziemy czyste pokoiki o niewysokim standardzie, a zaledwie półgodzinny spacer będzie dzielił nas od Notting Hill, Muzeum Historii Naturalnej, czy mekki zakupowej – domu towarowego Harrodsa
logo
Na ulicy nieopodal hotelu natknąłem się na forda Anglia, którym latał kiedyś Harry Potter... fot. S. Pinkwart

Gdzie jeść?
W tradycyjnych pubach podają rybę z frytkami. Smaczniej i ciekawiej będzie w spotykanych co krok hinduskich restauracjach.
logo
Zestaw londyńczyka: London Pride i Fish&Chips. fot. S. Pinkwart

Jednak w Londynie bardziej właściwym pytaniem od: co jeść? jest: co pić? No i tu pole do popisu mają miłośnicy piwa. Pintę „Ale”, „Bittera”, a może „Portera”? Raczej nie „Pilznera”. No i koniecznie trzeba próbować miejscowych marek. Jeśli ok. godziny 20-21 wejdziecie do pubu „Blackbird” przy 209 Earl’s Court Rd. i przy drugim stoliku po prawej stronie od wejścia jakiś facet będzie sączył London Pride i zapisywał coś w czarnym notesie, to znaczy, że znów na weekend wyskoczyłem do Londynu...
logo
Wnętrze baru „Blackbird”. fot. S. Pinkwart

Co przeżyć?
Sobotni jarmark na Portobello Road, przejażdżkę konno po Hyde Parku o świcie, piątkowy wieczór w dzielnicy Myfair, gdzie białe kołnierzyki z City ruszają na tradycyjną rundkę po barach.
logo
W British Museum. fot. S. Pinkwart

Co zobaczyć?
Muzea: British Museum, National Gallery, Tate Modern Gallery, Natural History Museum, Victoria and Albert Museum. Moja rada? – nie więcej niż jedno muzeum dziennie. Ja mam nawyk „wpadania” do ulubionych eksponatów, które odwiedzam jak starych znajomych („Cześć Ganesh!”, „Witaj faraonie!”, „Bonjour Vincent van Gogh! Jak ucho? Odrosło? Nie? No trudno... to do jutra!”)
logo
Muzeum Historii Naturalnej fot. S. Pinkwart

Co przywieźć?
Ja kupuję w Londynie koszule. W wielu specjalistycznych sklepach (np. T.M. Lewin) są ciekawe promocje, np. cztery koszule z egipskiej bawełny za 90 funtów). Spacerując po mieście obiecuję sobie, że jak już będę nieprzyzwoicie bogaty, to przyjadę tu obstalować sobie buty i garnitur (tak... u mojego ulubionego nieśmiertelnego krawca). Ale na pewno nie będę kupował płaszcza Burberry’s, bo to ulubiona pamiątka z Anglii turystycznych grup z Tokio i Seulu.
logo
Moje ulubione miejsce w Londynie... fot. S. Pinkwart