
Jedni mówią, że był ostatnim romantykiem, inni – że pierwszym hipsterem. Ale Bohumil Hrabal, czeski pisarz i filozof był przede wszystkim sobą. Autor „Pociągów pod specjalnym nadzorem” prowadził kolorowe życie niebieskiego ptaka. Pozostawił po sobie książki i niezwykłe opowiadania, ale też ślady w czeskiej stolicy i nie tylko tam...
REKLAMA
godz. 18.00
To, co lubią tygrysy
Na Husovej 17 półlitrowy kufel Plzneńskiego Prazdroju barman, o twarzy wielokrotnego mordercy, nalewa w trzy sekundy. Raz, dwa, trzy. Potem z rozmachem wali szkłem o gumowy dywanik, a piana spływa mu po grubych jak parówki palcach. W kuflu jest sama piana, która cudownym sposobem wędruje w górę, a właściwie to zanika od dołu, ustępując miejsca złocistej ambrozji. Na dwa palce przed krawędzią szkła, piana zatrzymuje się. Bohumil Hrabal lubił kłaść na białej chmurce pięćdziesiąt halerzy i z uznaniem patrzył, jak moneta utrzymuje się na pianie. Jako syn piwowara, po dzieciństwie spędzonym w browarze w Nymburku wiedział najlepiej, że mocna i twarda piana, to gwarancja wysokiej jakości pilznera. A „U zlateho tygra” pilznera zawsze mieli najlepszego w mieście.
Dziś jeszcze możemy dodać – najdroższego. Jeden kufelek kosztuje 40 koron, czyli „aż” sześć złotych. Za to obsługa jest prima sort. Sami faceci, w przydeptanych butach i profesjonalnym wyrazem znudzenia na twarzy, ale szybcy jak czeska piechota, pierzchająca w 1410 roku pod Grunwaldem po pierwszym natarciu krzyżackich knechtów. Ledwo wypiliśmy ostatni łyk pilznerka, zanim odstawiliśmy kufelki na blat, stały już tam napełnione po brzegi (pianą) kolejne szklanice, a na leżącym przed nami tekturowym kartoniku, kelner nakreślił dwie pionowe linie. Dobra rada – jeśli chcecie wyjść na własnych nogach, „U zlateho tygra” nie dopijajcie kufla do dna. Bohumil Hrabal lubił siadać pod wypchaną głową jelenia i prowadził niekończące się dyskusje filozoficzne z przychodzącymi tu po pracy profesorami z pobliskiego Uniwersytetu Karola. Spotykał się też tu z zachodnimi politykami, którzy chcieli poznać oryginalnego literata. Bohumil wychylił tu nawet kilka kufelków z Billem Clintonem. Nie wiemy czym zakąszali. Ale my zdążyliśmy już nieco zgłodnieć. Piwo jest w końcu gastrofilne (inaczej mówiąc, chce się przy nim jeść). Zamawiamy gulaszowy kociołek – miskę zupy tak gęstej, że łyżka w niej stoi. Potrawa jest mocno paprykowa i pieprzna. Pożar w ustach gaszę trzecim pilznerem. A potem czwartym. A potem rozmawiam długo i głośno z turystami przy sąsiednim stoliku. I zdaje się, że tłumaczę im coś po mandaryńsku, potem przechodzę na yoruba i jeszcze grubo przeklinam po malgasku. A może tylko mi się wydaje, że ze swadą mówię językami, a cały czas mamroczę tylko coś pod nosem po polsku. Chyba trzeba wyjść na świeże powietrze...
To, co lubią tygrysy
Na Husovej 17 półlitrowy kufel Plzneńskiego Prazdroju barman, o twarzy wielokrotnego mordercy, nalewa w trzy sekundy. Raz, dwa, trzy. Potem z rozmachem wali szkłem o gumowy dywanik, a piana spływa mu po grubych jak parówki palcach. W kuflu jest sama piana, która cudownym sposobem wędruje w górę, a właściwie to zanika od dołu, ustępując miejsca złocistej ambrozji. Na dwa palce przed krawędzią szkła, piana zatrzymuje się. Bohumil Hrabal lubił kłaść na białej chmurce pięćdziesiąt halerzy i z uznaniem patrzył, jak moneta utrzymuje się na pianie. Jako syn piwowara, po dzieciństwie spędzonym w browarze w Nymburku wiedział najlepiej, że mocna i twarda piana, to gwarancja wysokiej jakości pilznera. A „U zlateho tygra” pilznera zawsze mieli najlepszego w mieście.
Dziś jeszcze możemy dodać – najdroższego. Jeden kufelek kosztuje 40 koron, czyli „aż” sześć złotych. Za to obsługa jest prima sort. Sami faceci, w przydeptanych butach i profesjonalnym wyrazem znudzenia na twarzy, ale szybcy jak czeska piechota, pierzchająca w 1410 roku pod Grunwaldem po pierwszym natarciu krzyżackich knechtów. Ledwo wypiliśmy ostatni łyk pilznerka, zanim odstawiliśmy kufelki na blat, stały już tam napełnione po brzegi (pianą) kolejne szklanice, a na leżącym przed nami tekturowym kartoniku, kelner nakreślił dwie pionowe linie. Dobra rada – jeśli chcecie wyjść na własnych nogach, „U zlateho tygra” nie dopijajcie kufla do dna. Bohumil Hrabal lubił siadać pod wypchaną głową jelenia i prowadził niekończące się dyskusje filozoficzne z przychodzącymi tu po pracy profesorami z pobliskiego Uniwersytetu Karola. Spotykał się też tu z zachodnimi politykami, którzy chcieli poznać oryginalnego literata. Bohumil wychylił tu nawet kilka kufelków z Billem Clintonem. Nie wiemy czym zakąszali. Ale my zdążyliśmy już nieco zgłodnieć. Piwo jest w końcu gastrofilne (inaczej mówiąc, chce się przy nim jeść). Zamawiamy gulaszowy kociołek – miskę zupy tak gęstej, że łyżka w niej stoi. Potrawa jest mocno paprykowa i pieprzna. Pożar w ustach gaszę trzecim pilznerem. A potem czwartym. A potem rozmawiam długo i głośno z turystami przy sąsiednim stoliku. I zdaje się, że tłumaczę im coś po mandaryńsku, potem przechodzę na yoruba i jeszcze grubo przeklinam po malgasku. A może tylko mi się wydaje, że ze swadą mówię językami, a cały czas mamroczę tylko coś pod nosem po polsku. Chyba trzeba wyjść na świeże powietrze...
godz. 22.00
Zlata Praha
Przechodzimy Mostem Karola na drugą stronę Wełtawy i wspinamy się na Hradczany. Niegdyś rezydował tu król, a teraz prezydent Czech. W mroku odcina się masywna bryła katedry św. Wita. Ale my błądzimy po uliczkach pełnych młodzieży, otwartych knajpek i piwiarni. Próbujemy odtworzyć drogę, którą chodził Wolfgang Amadeusz Mozart, który z teatru na Starym Mieście chodził na piechotę (lub jeździł dorożką) w te rejony do willi Betramka na Smichovie. Prowadzi tam ulica – a jakże – Mozartova. Ale wieczorem, w Pradze najlepsze jest po prostu błądzenie bez celu. Jakaś kąpiel w fontannie, jeszcze jedno piwo w barze, którego nazwy z notatek nie sposób odczytać. A mógł być wszędzie, bo małe knajpki są tu co krok. Wreszcie lądujemy w hotelu...
godz. 10.00
Nostalgiczna Libeń
Czas odwiedzić ulubioną praską dzielnicę Hrabala – Libeń. Przezornie tego ranka nie wsiadam do samochodu. Za to jedziemy metrem do stacji Palmovka. Tu, gdzie znajduje się wejście do kolejki podziemnej, stał budynek, w którym mieszkał pisarz (ul. Na Hrazi 24). Przypomina o tym wielki mural.
Libeń była zawsze nieco na uboczu od stołecznej Pragi. Mieszkali tu robotnicy i Żydzi, po których została synagoga, nieco dziwnie usytuowana przy zajezdni tramwajowej. Niedaleko od niej jest pomnik upamiętniający zamach na trzecią osobę w nazistowskiej hierarchii III Rzeszy – Obergruppenfuhrera Reinharda Heydricha, sprawującego funkcję protektora Czech i Moraw. Pewny siebie SS-man jechał w maju 1942 roku odkrytym mercedesem (z rejestracją SS–3), gdy drogę zastąpili mu czescy „cichociemni”. Rzucili pod auto bombę, która raniła nazistę, jednak na tyle niegroźnie, że osobiście wziął udział w pościgu za „terrorystami”. Zmarł cztery dni później w wyniku zakażenia krwi.
Hrabal wojnę przetrwał pracując na kolei w miejscowości Kostomłoty, a pod koniec lat czterdziestych przeprowadził się na Libeń.
Tu grywał amatorsko w teatrze, pisał opowiadania i powieści. A wieczorami gnał z garnkiem, dzbanem, albo i nawet miednicą do pobliskiej piwiarni „U Karla IV” (ul. Zenklova 92), kupował złocisty napój, a w domu brał pełną garść piany i „chrzcił” nią swoich przyjaciół, a przede wszystkim malarza Vladimira Boudnika. Powtarzał przy tym zaklęcie: „Piwo to napój sakralny! Amen!”.
Dziś dzielnica robi raczej przygnębiające wrażenie. Zniszczyła ją wielka powódź w 2002 roku i z biednego praskiego satelity spadła do roli niemal slumsu. Wracamy do centrum.
godz. 14.00
Kawka u Kafki
Przechodzimy spacerkiem przez stare miasto i nagle widzimy Cafe Franz Kafka. Czyżby tu właśnie słynny prażanin dumał nad losem Josefa K.? Wchodzimy do środka. Portrety pisarza zdobią ściany, a turyści obsiedli wszystkie stoliki. Rzut oka w menu i już wiemy, że to jedynie miejsce, w którym turysta za podwójną stawkę dostanie stołówkowe ochłapy. Gdzie naprawdę bywał Kafka? Przecież nie w restauracji nazwanej swoim imieniem! Dwie ulice dalej, na Narodni 22, w Cafe Louvre. Warto tu wpaść na obiad. Mimo górnolotnej nazwy vepřova panenka z bramborovymi knedlikami, to jedynie 199 koron (ok. 22 zł), a porcja jest ogromna. Do tego jasne pełne za 32 korony i jest dobrze. Czytamy w karcie o historii lokalu. Kto tu nie jadał! Oprócz Franza Kafki lubił to miejsce Karel Čapek i Albert Einstein, który wykładał fizykę na praskim uniwersytecie. O Hrabalu nic nie pisał. Pewno wolał mniej wytworne lokale na Josefowie. No to sprawdźmy.
godz. 16.00
Magiczne Josefov
Na stołecznym Uniwersytecie Karola Bohumil Hrabal w 1946 roku dostał tytuł „doktora praw”, co było dla niego jedynie źródłem niewyczerpanych anegdot i autoironicznych żartów. Pracował przecież w tamtym czasie fizycznie, jako robotnik. Ciężka praca i ludowe proste rozrywki były inspiracją jego twórczości osadzonej bardzo „blisko ziemi”. Gdy Hrabal zamieszkał w Pradze, uniwersytet był na Josefovie, dzielnicy położonej tuż obok samego centrum, ale z opinią taką, jaką szczyci się warszawska Praga. Nieco zdziczałym miejscem, gdzie lepiej się po zmroku nie zapuszczać, bo straszą duchy przeszłości. W końcu Praga (ta czeska) była kiedyś miastem, w którym mieszkała największa w Europie społeczność żydowska (zaraz po greckich Thesalonikach). Żyli i pracowali w Josefovie. Podczas wojny tutejszych żydów spotkał ten sam smutny los co wszędzie. Dopiero od lat dziewięćdziesiątych dzielnica znów odżyła. Warto tu pospacerować małymi uliczkami, w których czuje się klimat dawnych lat. Tuż obok jest Most Karola (nie sposób w Pradze nie przejść nim co najmniej dwa, trzy razy dziennie). To najładniejsza praska promenada z doskonałym widokiem na Hradczany, gdzie mieszkał przyjaciel Hrabala, czeski pisarz (a przy okazji prezydent) Vaclav Havel. Blisko stąd na rynek, gdzie koniecznie trzeba o pełnej godzinie zobaczyć taniec średniowiecznych figur na astronomicznym zegarze Orloj.
godz. 10.00
Nymburk, tu gdzie się wszystko zaczęło
Siedemdziesiąt kilometrów od Pragi, w małym miasteczku nad Łabą wychował się Bohumil Hrabal. Jego ojczym był tu zarządzą browaru i tu pisarz mieszkał w latach 1919-1947.
Wielokrotnie opisywał browar i właśnie postřižinskie pivo było jego ukochanym „napojem sakralnym”. Browar (po czesku „pivovar”) można zwiedzać , więc zwiedzamy.
Poznajemy technologię powstawania chmielowego nektaru. Obserwujemy jak dojrzewa słód, jak piwo się „warzy” zabijając przy okazji wszelkie bakterie. Rozumiemy teraz czemu w miejscach, gdzie nie było zbyt czystej wody, nie chorowali jedynie ci, którzy ponad szklankę „studziennej” cenili sobie kufelek browarka.
No i na koniec nagroda: wizyta w przyzakładowym sklepiku. Gdzie za 10 koron (1.60 PLN) można kupić butelkę postrzyżyńskiego piwka. Oczywiście kupić jedynie jedną, byłoby grzechem...
godz. 13.00
Pracownia artysty
W miejscowym muzeum znajduje się kilka izb poświęconych najsłynniejszemu obywatelowi miasteczka. Na ul. Tyršovej 174 w Muzeum Połabskim czynnym codziennie, z wyjątkiem poniedziałków w godz. 9-17. Wstęp 30 koron dorośli, 15 dzieci starsze i seniorzy. Przedszkolaki i niemowlaki za darmo. W środku zaaranżowano wnętrze tak, by przypominało pokój, z którego Bohumil Hrabal wyszedł chwilę temu (pewno po kilka butelek postrzyżyńskiego jasnego piwa). Stoi maszyna do pisania, jego ulubione papierosy, parę osobistych drobiazgów.
Wzruszające jest to, jak niewiele jest potrzebne człowiekowi, by stworzył arcydzieło na miarę „Obsługiwałem angielskiego króla”.
godz. 15.00
Willa z kotkami
15 kilometrów od Nymburka znajduje się miejscowość Kersko, a w niej domek letniskowy (no, już dziś jest pokaźną willą), w której Bohumil Hrabal spędzał najchętniej ostatnie lata życia, w towarzystwie pięciu kotów. Ścieżka turystyczna jest dobrze oznaczona i prowadzi do posesji numer 0315. Pisarz dobrze się tu czuł. Przyjeżdżał z Pragi autobusem i spieszył się zawsze, by jak najszybciej nakarmić ukochane koty. Do dziś chodzac po Kersku co krok spotykamy miauczących arystokratów.
godz. 15:30
Koniec drogi
Zdrowie nadwerężone hektolitrami piwa, ale i trudami życia artysty, ponad osiemdziesięcioletniemu pisarzowi zaczęło poważnie szwankować w 1996 roku. Trafił do szpitala na Bulovce – niedaleko swego praskiego domu. Przyjaciele, którzy go odwiedzali, mówili że był w bardzo kiepskiej formie psychicznej. 3 lutego 1997 roku wypadł ze szpitalnego okna, na piątym piętrze oddziału ortopedycznego. Podobno wychylił się za bardzo karmiąc gołębie...
Autora „Zbyt głośnej samotności” pochowano w Hradištku pod Kerskiem, na małym, pięknym cmentarzyku, gdzie kończy się „szlak Hrabala”. Nagrobny pomnik przedstawia kawałek sera z dziurką, przez którą ciekawie spogląda mysz. Na grobie zawsze są świeże kwiaty od ludzi, którzy są wdzięczni pisarzowi za pogodne, ale głębokie książki, które dają wytchnienie w czasach pośpiechu.
