
Tu narodziła się wolna Polska, morze wyrzuca na plażę złoto, jest najdłuższy blok i najdłuższy kościół w Polsce, mieszka jedyny w naszym kraju Noblista, a jedzenie ma niepowtarzalny smak.
REKLAMA
Piątek godz. 18.00
Kolacja w hotelu Gdańsk
Podjeżdżamy pod elegancki boutique hotel Gdańsk (ul. Szafarnia 9), pięknie położony nad Motławą. Podoba nam się to, że jachtem można podpłynąć właściwie pod samą recepcję. I że podczas ubiegłorocznego EURO mieszkała tu drużyna Hiszpanii.
Kolacja w hotelu Gdańsk
Podjeżdżamy pod elegancki boutique hotel Gdańsk (ul. Szafarnia 9), pięknie położony nad Motławą. Podoba nam się to, że jachtem można podpłynąć właściwie pod samą recepcję. I że podczas ubiegłorocznego EURO mieszkała tu drużyna Hiszpanii.
Budynek wygląda jak tradycyjny spichlerz w mieście portowym. Wokół opływa go morze ludzi. Choć stoi przecież oddalony od zatłoczonego Długiego Targu to jednak, przychodzą tu zwabieni smakiem najlepszego w mieście piwa, z lokalnego browaru. Są trzy gatunki – jasne, ciemne i pszeniczne. Warzy je świetny piwowar, a codziennie smakują setki klientów. Miesięcznie wypija się tu szesnaście tysięcy pólitrowych kufli. A dodatkowo można zabrać do domu ozdobną butelkę złotego trunku.
Jesteśmy zmęczeni ale i okrutnie głodni, więc od razu idziemy do hotelowej restauracji, która słynie z kuchni starogdańskiej. Kelner zachwala kaczkę i bałtyckiego łososia. Bierzemy. Do tego po kuflu własnej roboty piwa.
Po tak wyśmienitej kolacji spalamy kalorie nosząc bagaże do pokoju i kładziemy się spać. Magda, jako żeglarka, świetnie się czuje w pokoju z marinistycznymi elementami wystroju. Zachwyca ją nawet podświetlana, przestrzenna fototapeta z dziobem jachtu. Mówi, że na wygodnym łóżku czuje się jak w koi i momentalnie zasypia, jakby kołysały ją fale.
Sobota godz. 10.00
Stocznia, krzyże, sala BHP
Kolebka „Solidarności” prezentuje się póki co mało atrakcyjnie dla turystów. Jeśli ktoś nie ma w Gdańsku przewodnika i nie wie, że to tu rozegrały się w 1970, a potem w sierpniu 1980 roku wydarzenia, które wstrząsnęły Żelazną Kurtyną, to ma małe szanse, by odnaleźć to historyczne miejsce.
Stocznia, krzyże, sala BHP
Kolebka „Solidarności” prezentuje się póki co mało atrakcyjnie dla turystów. Jeśli ktoś nie ma w Gdańsku przewodnika i nie wie, że to tu rozegrały się w 1970, a potem w sierpniu 1980 roku wydarzenia, które wstrząsnęły Żelazną Kurtyną, to ma małe szanse, by odnaleźć to historyczne miejsce.
A jednak warto tu przyjść. Trzy krzyże przy bramie numer dwa stoczni im. Lenina postawiono na pamiątkę wydarzeń z grudnia 1970, gdy władza strzelała do strajkujących robotników. Dekadę później Stocznia Gdańska znów stanęła, a robotnicy wystosowali do władzy 21 postulatów (można je przeczytać dziś na bramie stoczni, ale uprzedzam – brzmią niezwykle archaicznie, a nawet zabawnie, na przykład domaganie się wprowadzenia kartek na artykuły żywnościowe).
Na szczęście tym razem wszystko skończyło się szczęśliwie. Od 31 sierpnia 1980 do 13 grudnia 1981 roku, przez półtora roku od podpisania w Stoczni Gdańskiej porozumienia między władzą a społeczeństwem, do wprowadzenia Stanu Wojennego, Polska była najbarwniejszym krajem za Żelazną Kurtyną. Warto wejść na teren stoczni przez słynną bramę. Krótki spacer po błotnistej alejce (po lewej mamy rozgrzebaną budowę Europejskiego Centrum Solidarności) doprowadzi nas do ceglanego budynku dawnej stołówki zakładowej i sali BHP.
To tu właśnie podpisano słynne porozumienia sierpniowe, a dziś mieści się małe muzeum. Przed budynkiem stoi czerwony „ogórek” – autobus z lat siedemdziesiątych, w którym przewodnik opowiada historię gdańskiej stoczni, która jako pierwsza rzuciła wyzwanie przaśnemu PRL, a w nowej Polsce upadła. Ostatnio część zakładu wykupił ukraiński biznesmen, by produkować tu części mostów do autostrad, ale też zbankrutował.
godz. 12.00
Zaspa – murale na wielkiej płycie
W XIX wieku pruscy huzarzy odbywali tu musztry i parady, potem lądowały samoloty wojskowe i sterowce, wreszcie powstało pierwsze lotnisko cywilne na terenie dzisiejszej Polski. Aż w latach 70-tych Zaspa stała się dla Gdańska tym, czym Ursynów dla Warszawy. Gigantyczne blokowiska z wielkiej płyty powstały na planie plastra miodu – budynki stoją wobec siebie pod kątem 120 stopni, dzięki czemu sąsiedzi nie zaglądają sobie w okna, a przed blokami powstaje przestrzeń na tereny rekreacyjne. Ich ściany szczytowe aż się prosiły o zagospodarowanie, dlatego w 2009 roku powstał projekt galerii malarstwa monumentalnego.
Zaspa – murale na wielkiej płycie
W XIX wieku pruscy huzarzy odbywali tu musztry i parady, potem lądowały samoloty wojskowe i sterowce, wreszcie powstało pierwsze lotnisko cywilne na terenie dzisiejszej Polski. Aż w latach 70-tych Zaspa stała się dla Gdańska tym, czym Ursynów dla Warszawy. Gigantyczne blokowiska z wielkiej płyty powstały na planie plastra miodu – budynki stoją wobec siebie pod kątem 120 stopni, dzięki czemu sąsiedzi nie zaglądają sobie w okna, a przed blokami powstaje przestrzeń na tereny rekreacyjne. Ich ściany szczytowe aż się prosiły o zagospodarowanie, dlatego w 2009 roku powstał projekt galerii malarstwa monumentalnego.
W kilkudziesięciu punktach dzielnicy na blokach pojawiły się gigantyczne obrazy namalowane przez artystów z całego świata – jest ich już 41. Można je zwiedzać podczas spaceru z przewodnikiem (specjalnie w tym celu przeszkoleni mieszkańcy, oprowadzają bezpłatnie), z aplikacją na smartfona, albo tak jak my, objeżdżając okolicę z mapą z zaznaczonymi muralami w ręku i zatrzymując się przy szczególnie interesujących nas obiektach.
Do najciekawszych należy mural z portretem Lecha Wałęsy na bloku, w którym przez lata mieszkał legendarny przywódca Solidarności. Pod jego oknami w gorącym okresie „Solidarności” regularnie odbywały się bójki z ZOMO i manifestacje.
Przy okazji wizyty na Zaspie warto podskoczyć do dzielnicy Przymorze. Przy ulicy Obrońców Wybrzeża jest tam najdłuższy blok w Gdańsku, a zarazem w całej Polsce. Falowiec z początku lat 70-tych liczy 16 klatek, 10 pięter i ponad 800 metrów długości (obejście go to solidny spacer). W bloku-gigancie są 1792 mieszkania, a „sąsiedzi z bloku” stanowią większą społeczność niż niejedno Polskie miasteczko.
godz. 13.00
Polanki 54 dom Lecha Wałęsy
W Hollywood organizowane są specjalne wycieczki szlakiem domów gwiazd, a przy Sunset Boulevard stoją sprzedawcy map, na których oznaczone są rezydencje sławnych aktorów. Gdańsk ma jednego celebrytę, którego nazwisko przewija się w różnym kontekście przez cały nasz weekend. Postanowiliśmy więc odwiedzić Lecha Wałęsę osobiście. Nie byliśmy umówieni, ale przecież Noblista może, a nawet powinien spodziewać się wizyty swoich fanów w każdej chwili.
Polanki 54 dom Lecha Wałęsy
W Hollywood organizowane są specjalne wycieczki szlakiem domów gwiazd, a przy Sunset Boulevard stoją sprzedawcy map, na których oznaczone są rezydencje sławnych aktorów. Gdańsk ma jednego celebrytę, którego nazwisko przewija się w różnym kontekście przez cały nasz weekend. Postanowiliśmy więc odwiedzić Lecha Wałęsę osobiście. Nie byliśmy umówieni, ale przecież Noblista może, a nawet powinien spodziewać się wizyty swoich fanów w każdej chwili.
Historyczny przywódca „Solidarności”, który w 1983 roku dostał Pokojową Nagrodę Nobla, mieszka w willi przy ulicy Polanki 54. Jadąc z Gdańska w stronę Sopotu należy skręcić w Oliwie w lewo, kierując się na katedrę, a potem jeszcze raz w lewo. Ulica Polanki jest dość długa, a adresy dziwnie się mieszają, parzyste i nieparzyste po tej samej stronie. Lech Wałęsa mieszka na przeciwko szpitala dziecięcego. Ale od ulicy zobaczymy tylko metalowy płot, uszczelniony trzcinowym płotkiem. Rzut oka przez bramę upewni nas, że gospodarz dobrze dba o swoją prywatność.
Dróżka dojazdowa sprytnie zakręca wśród roślinności tak, że samego domu nie zobaczymy. A wścibskich turystów zatrzymają BOR-owcy, rezydujący w pomalowanym na zielono domku, tuż przy bramie. „Nie są państwo umówieni? No to żegnamy!”.
godz. 15.00
Obiad w restauracji Gdańskiej
Restauracja Gdańska przy ul. Św. Ducha 16 to najsłynniejszy lokal w mieście. I jako taki mógłby snobować się na obsługę wyłącznie gości specjalnych. Ale zaskoczyła nas jego prawdziwie domowa atmosfera.
Obiad w restauracji Gdańskiej
Restauracja Gdańska przy ul. Św. Ducha 16 to najsłynniejszy lokal w mieście. I jako taki mógłby snobować się na obsługę wyłącznie gości specjalnych. Ale zaskoczyła nas jego prawdziwie domowa atmosfera.
Turyści, VIP-y, czy sąsiedzi z kamienicy obok, mogą liczyć na takie same, miłe i ciepłe przyjęcie. Wiedzieliśmy już wcześniej, że bywa tu były prezydent Lech Wałęsa. Wpada z żoną i wnuczkami, a także zawsze, gdy podejmuje kolacją oficjalnych gości. Gdy w drzwiach restauracji pojawia się Noblista, kelner daje znak kuchcikowi, by ten biegł do spiżarni, znaleźć dla prezydenta najtłustsze żeberka, kucharz obgotowuje ziemniaczki w rosole, a szef sali z szafy wyciąga „wałęsówkę”, wódkę z pieprzem o mocy stoczniowej suwnicy.
Najlepsze jest jednak to, że tego samego mogą spróbować „zwykli” goście. Wystarczy, że zajrzą do karty. Tam ulubione dania Lecha Wałęsy są dobrze opisane. My po prostu poprosiliśmy „to samo co zamawiał ostatnio pan prezydent” i dostaliśmy genialną zupę rakową, a na drugie danie świetne zrazy zawijane z kaszą (to zjadła Magda), oraz giczkę jagnięcą (Sergiusz).
Na deser podano naleśniki z musem jabłkowym (to gdańska specjalność), polane sosem malinowo-ajerkoniakowym i podpalone. No i kieliszek nieodzownej „wałęsówki” na trawienie. Po prostu bajka!
godz. 18.00
Spacer po Głównym Mieście
Po sutym obiedzie Magda zapragnęła spaceru i kolczyków z bursztynu. Poszliśmy więc na ulicę Mariacką, gdzie od wieków handluje się „bałtyckim złotem”.
Spacer po Głównym Mieście
Po sutym obiedzie Magda zapragnęła spaceru i kolczyków z bursztynu. Poszliśmy więc na ulicę Mariacką, gdzie od wieków handluje się „bałtyckim złotem”.
Przy ulicy zachowały się oryginalne nadproża kamienic. To tu bogaci mieszczanie lubili jadać posiłki, demonstrując przed gawiedzią swoją zamożność. Dziś, niemal w każdej kamienicy jest sklep z wyrobami z bursztynu. Nieco mylące są tablice: „Amber–Gold”. Na szczęście to nie reklamy piramidy finansowej, tylko infirmacja, że tu sprzedaje się (i skupuje) bursztyn i złoto. Wielkie jak pięść samorodki można kupić już za 1500 zł, a kawałki najdroższego – białego bursztynu, kosztują ok. 5000 zł. Na szczęście Magda chciała tylko ładne kolczyki, a nie przycisk do papierów. Znaleźliśmy śliczne, w kształcie serca, za 45 zł.
Zaczęło się ściemniać, gdy wyszliśmy na Długi Targ – reprezentacyjny gdański deptak. Tłumy turystów podziwiały Starówkę (gdańszczanie wolą określenie „Główne miasto”). Tak jak warszawskie Stare Miasto, odbudowano je z ruin. Armia Czerwona w 1945 roku nie miała tu litości ani dla ludzi, ani dla domów. Zastanawiamy się ile wysiłku i pieniędzy kosztowało przywrócenie tych olśniewających kamienic do stanu z przed wojny.
Tak, zdajemy sobie sprawę z tego, że gdyby nie wariactwa szalonego malarza, to pewno Gdańsk byłby wciąż niemiecki, ale mijając na ulicy wielojęzyczny tłum turystów i słysząc jak łatwo dogadują się po angielsku i niemiecku kelnerki w kawiarniach, czy sprzedawcy w sklepach, można zapomnieć, że istnieją granice. Gdańsk, to ten sam Gdańsk, co od wieków – kosmopolityczne miasto portowe, wielobarwne i wielokulturowe. Ludzie się tu zmieniają, ale hanzeatycki duch pozostał i ma się dobrze.
godz. 21.00
Koneserzy w Pułapce
Wyszliśmy wprost na halę targową i, by wrócić do hotelu, skręciliśmy w ulicę Straganiarską. Tam trafiliśmy na ciekawe, i jak się okazuje całkiem nowe miejsce na rozrywkowej mapie Gdańska. I wieczór zakończyliśmy w pułapce... Pułapka (Straganiarska 2), to pub, który od początku zaskakuje dwiema rzeczami. Po pierwsze wielką, zionącą dziurą tuż za drzwiami wejściowymi do lokalu (to tytułowa pułapka, przykryta na szczęście zbrojonym szkłem), a pod drugie – ogromnym wyborem piw z maleńkich polskich i europejskich browarów.
Koneserzy w Pułapce
Wyszliśmy wprost na halę targową i, by wrócić do hotelu, skręciliśmy w ulicę Straganiarską. Tam trafiliśmy na ciekawe, i jak się okazuje całkiem nowe miejsce na rozrywkowej mapie Gdańska. I wieczór zakończyliśmy w pułapce... Pułapka (Straganiarska 2), to pub, który od początku zaskakuje dwiema rzeczami. Po pierwsze wielką, zionącą dziurą tuż za drzwiami wejściowymi do lokalu (to tytułowa pułapka, przykryta na szczęście zbrojonym szkłem), a pod drugie – ogromnym wyborem piw z maleńkich polskich i europejskich browarów.
Koneserzy mogą tu spróbować zarówno smakowego Ciechana, jak i kultowego Rycerza z Gościszewa, a także innych piw, które stale zmieniają się na kranach. My trafiliśmy akurat na Pintę Ce n’est pas IPA i To Øl – First Frontier IPA. Nazwy zapisaliśmy wyłącznie z obowiązku kronikarskiego, bo kompletnie nic nam nie mówią. Na szczęście nie muszą, bo na miejscu wszystko wyjaśniali nam Tomek i Wojtek – młodzi, pełni pasji właściciele lokalu. Chłopaki otworzyli to miejsce niecały miesiąc temu, a już mają tłumy. W ciepłe weekendy ludzie siedzą przy stolikach na zewnątrz, wewnątrz rozbrzmiewa muzyka z czarnych płyt (goście mogą przynieść własne winyle i zabawić się w DJ’a).
Przy piwku miło upłynął nam czas na pogawędce z właścicielami – lokal urządzili sami z pomocą rodziny i przyjaciół – sami malowali i zbijali z palet stoły (wyglądają bardzo dizajnersko), a rodziny składały z papieru setki zabawek piekło-niebo, z których zrobiono żyrandole. Panowie mają wiele planów, zmieniają menu, stale powiększają kolekcję gier planszowych, a od jesieni planują warsztaty warzenia piwa.
Niedziela. Godz. 10.00
Katedra w Oliwie
Zaraz po śniadaniu ruszyliśmy do Oliwy, by zobaczyć tamtejszą katedrę i posłuchać najsłynniejszych w Polsce ogranów. Ale to niejedyne „naj” archikatedry. Główna nawa liczy 107 metrów długości, co czyni świątynię najdłuższym kościołem w Polsce (i jednym z najdłuższych na świecie). Ciekawostką jest posadzka katedry, wykonana z wapienia olandzkiego. Ten materiał jest świadectwem ożywionego ruchu handlowego na morzu. Kamień ten bowiem sprowadzano jako „ładunek powrotny” – wypełnianie ładowni ciężarem zapewniało bowiem statkom handlowym stateczność.
Katedra w Oliwie
Zaraz po śniadaniu ruszyliśmy do Oliwy, by zobaczyć tamtejszą katedrę i posłuchać najsłynniejszych w Polsce ogranów. Ale to niejedyne „naj” archikatedry. Główna nawa liczy 107 metrów długości, co czyni świątynię najdłuższym kościołem w Polsce (i jednym z najdłuższych na świecie). Ciekawostką jest posadzka katedry, wykonana z wapienia olandzkiego. Ten materiał jest świadectwem ożywionego ruchu handlowego na morzu. Kamień ten bowiem sprowadzano jako „ładunek powrotny” – wypełnianie ładowni ciężarem zapewniało bowiem statkom handlowym stateczność.
Organy oliwskie robią wrażenie samym wyglądem. Wciśnięte w wąską niszę, która musiała pomieścić rozbudowany instrument, zostały skonstruowane półeliptycznie, na wielu kondygnacjach i pod kątem. Konstrukcja tworzy niezwykłą kaskadę piszczałek układających się w ciemną bryłę, ozdobioną postacaimi aniołów, które muzyka wprawia w ruch. Budował je tutejszy zakonnik, Michał Wulff z pomocą kilkunastu mnichów. Praca trwała ćwierć wieku. Ukończony instrument w owym czasie był największy w Europie. Zawierał 5100 piszczałek w 83 rejestrach. Brzmi rzeczywiście imponująco.
godz. 12.00
Obiad u Kubickiego
Na ostatni obiad w Gdańsku wybieramy najstarszą polską restaurację w mieście. W Kubickim są dumni z tego dziedzictwa. Niemal od progu jesteśmy zasypywani opowieściami o losach włascicieli. Bronisław Kubicki przybył do Gdańska w 1919 roku i kupił kamieniczkę nad Motławą, w której otworzył swoją restaurację. W okresie międzywojennym prowadził świetnie prosperujący lokal „Cafe International”. Wojny nie dożył. Zmarł na atak serca w sylwestra 1936 r. Ale przeżyła ją, o dziwo, kamienica.
Obiad u Kubickiego
Na ostatni obiad w Gdańsku wybieramy najstarszą polską restaurację w mieście. W Kubickim są dumni z tego dziedzictwa. Niemal od progu jesteśmy zasypywani opowieściami o losach włascicieli. Bronisław Kubicki przybył do Gdańska w 1919 roku i kupił kamieniczkę nad Motławą, w której otworzył swoją restaurację. W okresie międzywojennym prowadził świetnie prosperujący lokal „Cafe International”. Wojny nie dożył. Zmarł na atak serca w sylwestra 1936 r. Ale przeżyła ją, o dziwo, kamienica.
Kiedy płonął cały historyczny Gdańsk, akurat ta okolica została oszczędzona. Domy przy Wartkiej (gdzie znajduje się restauracja) i przy równoległej do niej Grodzkiej są w dużej części oryginalne. Ale nas, poza historiami rodzinnymi, interesuje to, co w restauracji – nawet z duszą – najważniejsze. Jedzenie. Dlatego zamawiamy przystawki: łososia w sosie koprowo-miodowym z czerwonym kawiorem (25 zł). Sergiusz bierze to, co zawsze, czyli śledzia. Matjas jest mięsisty i różowiótki jak skóra niemowlęcia. Jak objaśnia nam kelner to dlatego, że mięso pochodzi od ryb wyłapywanych przed tarłem, przez co ich prawicze mięso jest tak soczyste i delikatne... No cóż, tak samo smoki musiały się zachwycać dziewicami...
Na deser wpadamy do pobliskiej legendarnej lodziarni „Miś”. Jak trafnie powiedziała nam pewna Gdańszczanka, wystrój i panie serwujące lody są faktycznie, jak z „Misia”. Ale niezmiennie, od 1964 roku, kiedy lokal otwarto, ustawiają się przed nim kolejki. Lody rzeczywiście smakują wybornie i są tworzone według własnych receptur i pomysłów.
godz. 14.00
Wyspa Sobieszewska
Wyjeżdżamy z Gdańska w stronę Warszawy, ale po chwili skręcamy w lewo, w stronę morza. Przejeżdżamy przez zwodzony most, uważając, by na dziurach nie urwać zawieszenia w samochodzie, i jesteśmy na Wyspie Sobieszewskiej. W dwadzieścia minut z centrum gwarnego miasta, dotarliśmy do spokojnej, niemal bezldudnej okolicy. Skręcamy w stronę drogowskazu „Ptasi raj”. To rezerwat przyrody oddzielony od „kontynentu” nurtem Martwej Wisły. Zostawiamy samochód na parkingu i idziemy polną drogą w stronę Bałtyku. Ścieżka prowadzi przez moczary, by po chwili zwęzić się do kamiennej grobli pomiędzy nurtem Wisły, a jeziorem.
Wyspa Sobieszewska
Wyjeżdżamy z Gdańska w stronę Warszawy, ale po chwili skręcamy w lewo, w stronę morza. Przejeżdżamy przez zwodzony most, uważając, by na dziurach nie urwać zawieszenia w samochodzie, i jesteśmy na Wyspie Sobieszewskiej. W dwadzieścia minut z centrum gwarnego miasta, dotarliśmy do spokojnej, niemal bezldudnej okolicy. Skręcamy w stronę drogowskazu „Ptasi raj”. To rezerwat przyrody oddzielony od „kontynentu” nurtem Martwej Wisły. Zostawiamy samochód na parkingu i idziemy polną drogą w stronę Bałtyku. Ścieżka prowadzi przez moczary, by po chwili zwęzić się do kamiennej grobli pomiędzy nurtem Wisły, a jeziorem.
Nazwa „Ptasi raj” wydaje nam się nieco na wyrost. Jedynie na horyzoncie widzimy stado łabędzi. Potem zobaczymy co najmniej dwa gatunki kaczek, kormorany, oczywiście mewy, żurawie, a gdy groblą dojdziemy do porastających wydmy zarośli, ogłuszy nas szum skrzydeł tysięcy szpaków, które zerwą się do lotu, na dźwięk naszych kroków.
Dochodzimy do plaży, która ciągnie się aż po horyzont. Biały, bałtycki piasek, którego tak nam zazdroszczą mieszkańcy krajów śródziemnomorskich, miło masuje stopy. Spokojne morze zachęca do pływania. A my orientujemy się, że nasze kostiumy kąpielowe pozostały w samochodzie. Rozglądamy się wokół. Choć jest środek sezonu, to plaża jest zupełnie pusta. To po co nam kostiumy? Rozbieramy się i wskakujemy do wody. Aaa! Bałtyk to jednak nie Adriatyk. Ale cały sekret tkwi w tym, by jak najszybciej się zanurzyć. Najgorsze jest brodzenie po pas w lodowatej wodzie i długie dywagacje „co dalej”. Gdy się pływa, robi się cieplej. Naprawdę... No dobrze. Wystarczy. Teraz marsz plażą, by wiatr i słońce nas osuszyły i można znów wbić się w ciuchy. Szkoda, że weekend się kończy i trzeba wracać...
