
Zamieszkaliśmy w prawdziwym pałacu, z własną winnicą i SPA pod gotyckimi sklepieniami. Przez weekend czuliśmy się jak para książęca. A w okolicy odwiedziliśmy niezwykłe zabytki.
REKLAMA
Zachód Polski, to kraina, która wciąż wydawała nam się tajemnicza i nie dość znana. Wiedzieliśmy, że znajdują się tam wielkie zamki, takie jak Książ, ale i dużo pomniejszych pałaców dawnej niemieckiej arystokracji. Sergiusz był tam w połowie lat dziewięćdziesiątych przy okazji pisania reportażu o turystyce w okolicach Zielonej Góry (a może Jeleniej Góry?) i miał niewesołe wspomnienia. Pamiętał piękne, kompletnie zrujnowane pałacyki, które okoliczna ludność traktowała jako darmowe źródło materiałów budowlanych, jednocześnie z obawą i niechęcią myśląc o tym, że kiedyś dawni właściciele srodze ich za to ukarzą. Strach przed powrotem Niemców, jeszcze piętnaście lat temu był tu powszechny. Trochę nam się mylił Dolny Śląsk z Lubuskiem. Jak się zresztą później okazało, granice w historii pomiędzy tymi regionami były płynne i niekoniecznie pokrywają się z dzisiejszymi województwami. Ze względu na historię i specyfikę regionu postanowiliśmy zamieszkać właśnie w jednym z pałaców. Naszą uwagę przyciągnął pałac w Wiechlicach, któremu Wojewódzki Konserwator Zabytków przyznał w 2013 roku nagrodę za wzorcowo przeprowadzoną renowację. W starym, XVIII-wiecznym pałacu urządzono hotel i SPA. Postanowiliśmy sprawdzić, co to za cudo.
Piątek godz. 18.00
Śladami Napoleona
Dojeżdżając do Wiechlic zgubiliśmy się tylko raz, gdy nawigacja zaczęła wariować w okolicach Szprotawy. Ale miejscowi pytani o pałac bezbłędnie wskazali nam drogę i po przejechaniu okazałej bramy zobaczyliśmy... zamek nad Loarą. Pałac w Wiechlicach spokojnie mógłby stanąć we Francji, choć data powstania – 1795, raczej wyeliminowałaby z grona ewentualnych użytkowników dynastię Burbonów. Na ówczesnym Śląsku nikt jednak nie myślał o rewolucji i ścinaniu arystokratycznych głów. Pomiędzy Wrocławiem a Berlinem rozciągały się lasy i urodzajne pola. Wydawało się, że historia toczy się gdzie indziej. Ale to było tylko złudzenie. W 1813 roku Napoleon Bonaparte, wracając z mało udanej wycieczki do Moskwy, zapukał do bramy pałacu w Wiechlicach, prosząc o gościnę. No może z tym proszeniem przesadziłem, bo cesarze nie proszą o nic, ale w każdym razie zamieszkał tu na parę dni. Nie za długo, bo w stronę Wiechlic zmierzał już kolejny gość – feldmarszałek Kutuzow. Ten, to na pewno nie prosił o nocleg. Wściekły, że Napoleon dyskretnie się już ulotnił, pozwolił swoim kozakom piec szaszłyki nad ogniskiem rozpalonym w salonie. Zaraz potem ruszył dalej, by w pobliskim Bolesławcu oddać ducha, złożony – jak na ironię – „francuską chorobą”.
W Wiechlicach gospodarowała do 1945 roku niemiecka rodzina von Neumannów. Potem stacjonowali Czerwonoarmiści, PGR pałac przerobił na spichlerz, aż kompletną ruinę, z której rozkradziono wszystko, co tylko dało się wynieść, kupił parę lat temu biznesman z Lublina, Zbigniew Czmuda. Wyremontował obiekt sam nieraz chwytając za kielnię, by pokazywać robotnikom jak przywrócić pałacowi pierwotny wygląd.
Obsesją stało się dla niego jak najwierniejsze odtworzenie założenia pałacowo-parkowego. Dobierał odpowiedni kolor ścian, by przypominały budynki z końca XVIII wieku, a nawet dumał nad głębokością parapetów. Stąd nagroda Konserwatora Zabytków.
Hotel wygląda świetnie, ale jeszcze lepiej ma się przestrzeń wokół niego. Jest tu staw rybny (wędki stoją w wiacie obok), hektarowa winnica, plac zabaw dla dzieci, a w dawnych budynkach gospodarczych są gabinety SPA i rewelacyjny basen, w zaadaptowanej na ten cel dawnej stajni.
Sobota, godz. 10.00
Bolesławiec
Z samego rana ruszamy do miasteczka, o którym mało kto wie, że tu zmarł Feldmarszałek Kutuzow, za to wszyscy kojarzą je z ceramiką. Uwielbiamy wzory z Bolesławca. Zresztą, nie tylko my. Tradycyjne, ręcznie malowane lub stemplowane wzory na talerzach znajdziemy na stołach w całej Polsce i w kredensach za naszą zachodnią granicą. Postanowiliśmy zwiedzić fabrykę i poznać proces produkcyjny.
Bolesławiec
Z samego rana ruszamy do miasteczka, o którym mało kto wie, że tu zmarł Feldmarszałek Kutuzow, za to wszyscy kojarzą je z ceramiką. Uwielbiamy wzory z Bolesławca. Zresztą, nie tylko my. Tradycyjne, ręcznie malowane lub stemplowane wzory na talerzach znajdziemy na stołach w całej Polsce i w kredensach za naszą zachodnią granicą. Postanowiliśmy zwiedzić fabrykę i poznać proces produkcyjny.
Jak on wygląda? Z gliny naczynia formuje się na kole garncarskim. Gotowe kształty wypalane są po raz pierwszy w 800 stopniach, na brzoskwiniowy biskwit. Gładkie naczynia są następnie ręcznie zdobione – malowane lub stemplowane. Malarki z niezwykłą szybkością i precyzją pokrywają naczynia wzorami. O dziwo, kolory są kompletnie różne od tych, które znamy. No bo przecież: mówisz Bolesławiec – myślisz kobalt. Tymczasem nakładane farby są wrzosowe (z tego po wypaleniu wyjdzie kolor kobaltowy) i blado-zielone (to będzie intensywna, ciemna zieleń).
Teraz naczynie lądują w kadziach z płynnym szkliwem. Godzinami malowane kwiaty, listki i kółka znikają w sekundę, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Następnie w piecu są wypalane przez 15 godzin w temperaturze ponad 1200 stopni. Kiedy drzwi wielkiego pieca rozsuwają się, naszym oczom ukazują się talerze, kubeczki, dzbanuszki, a nawet bombki i trzonki do sztućców. Idziemy do zakładowego sklepu firmowego i nie potrafimy się oprzeć kupieniu dwóch talerzy, filiżanek i przepięknych sztućców.
godz. 13.00
Goerlitz
Z Bolesławca już bardzo blisko do przygranicznego Goerlitz. Autostardą to zaledwie kwadrans, dzięki traktatowi z Schoengen na granicy tylko lekko dotknęliśmy pedału hamulca i już byliśmy w Niemczech.
Miasto jest rzeczywiście ciekawe i ma niezwykły klimat. Szczyci się ponad 4 tysiącami starannie odrestaurowanych zabytków z okresu gotyku, renesansu, baroku, czy secesji (nie zostało zniszczone w bombardowaniach podcas II wojny światowej). Zachowane w przedwojennym kształcie Goerlitz stało się planem filmowym hollywoodzkich produkcji – „Bękartów Wojny” Quentina Tarantino czy „Lektora” z Kate Winslet.
Złotoryja
godz. 15.00
Teraz jedziemy do miejscowości Goldberg. Czyli do naszej swojskiej Złotoryi, znanej z wydobycia złota i miedzi. Co roku odbywają się tu mistrzostwa w płukania złota.
A jej bodaj największą atrakcją jest kopalnia Aurelia. Podobno jej nazwa pochodzi od imienia dziewczynki (nam wydaje się, że jednak miała tu jakieś znaczenie łacińska nazwa złota – aurum), której ojciec, pracujący w kopalni postanowił spełnić marzenie córki o sukience. Po szychcie został w kopalni na dłużej, by zebrać złoto. Zgubił jednak drogę, i podobno do dziś błąka się po korytarzach, szukając wyjścia. Nie spotkaliśmy ducha kopalni, natknęliśmy się za to w Złotoryi na interesujący pomnik – upamiętniający kilkuset wydobywających tu złoto górników, którzy w 1241 roku ruszyli pod Legnicę, na wielką bitwę z Tatarami. Wsławili się męstwem, choć większość z nich zginęła.
Złotoryja to ładnie położone, senne miasteczko. Nie zagrzewamy tu miejsca zbyt długo, bo kuszą nas inne atrakcje w okolicy.
godz. 17.00
Jawor
Kościoły Pokoju w Jaworze i Świdnicy to jedne z najbardziej fascynujących obiektów, jakie mamy w Polsce. Wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO, przetrwały do naszych czasów (dwa z trzech) od połowy XVII wieku, choć w zasadzie nie miały prawa nie tylko dotrwać naszych czasów, ale i przetrwać sobie współczesnych.
Jawor
Kościoły Pokoju w Jaworze i Świdnicy to jedne z najbardziej fascynujących obiektów, jakie mamy w Polsce. Wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO, przetrwały do naszych czasów (dwa z trzech) od połowy XVII wieku, choć w zasadzie nie miały prawa nie tylko dotrwać naszych czasów, ale i przetrwać sobie współczesnych.
Skąd się wzięły Kościoły Pokoju? Z pokoju westfalskiego, kończącego wojnę trzydziestoletnią. Na jego mocy, według zasady „czyja władza, tego religia”, cesarz Ferdynand Habsburg nadał śląskim luteranom prawo do celebrowania obrzędów w swoich świątyniach. Tyle, że zrobił wszystko, by uprzykrzyć im życie. Co prawda wyraził zgodę na wybudowanie świątyń, ale tak, by to utrudnić. Po pierwsze – nie mogły kształtem nawiązywać do znanych ówcześnie świątyń, nie mogły mieć wież ani dzwonów. Można było je wybudować na odległość strzału armatniego od miasta i tylko i wyłącznie z materiałów nietrwałych i niegodnych Domu Bożego (glina, słoma). Do tego za własne pieniądze protestantów i w czasie krótszym niż rok.
Mimo tak wyśrubowanych warunków – udało się. Kościoły Pokoju powstały, przeżyły o ponad trzy wieki cesarza Ferdynanda i do dziś zachwycają swoją konstrukcją i potęgą – są największymi budowlami sakralnymi w Europie. Mają przepiękne barokowe wyposażenie zdobiące przestonne wnętrza i cztery poziomy empor, dzięki czmu mogą pomieścić kilka tysięcy wiernych.
godz. 20.00
Pstrąg po lubusku
Wracamy do Wiechlic, by tu spokojnie, w hotelowej restauracji zjeść kolację. Szef kuchni poleca pstrąga po lubusku. Rzeczywiście ryba jest całkiem w porządku, choć Sergiusz wymiguje się od wydłubywania ości i zamawia swojego ulubionego śledzia w oleju, a na drugie polędwicę z kurkami. Do posiłku bierzemy białe wino z pobliskiej winnicy. Butelka kosztuje aż 90 złotych, ale ważne jest wspieranie polskiego winiarstwa. W Wiechlicach też jest winnica, w której uprawia się pięć szczepów winogron, ale własne wino będzie dopiero w październiku.
Pstrąg po lubusku
Wracamy do Wiechlic, by tu spokojnie, w hotelowej restauracji zjeść kolację. Szef kuchni poleca pstrąga po lubusku. Rzeczywiście ryba jest całkiem w porządku, choć Sergiusz wymiguje się od wydłubywania ości i zamawia swojego ulubionego śledzia w oleju, a na drugie polędwicę z kurkami. Do posiłku bierzemy białe wino z pobliskiej winnicy. Butelka kosztuje aż 90 złotych, ale ważne jest wspieranie polskiego winiarstwa. W Wiechlicach też jest winnica, w której uprawia się pięć szczepów winogron, ale własne wino będzie dopiero w październiku.
Uznajemy, że z uwagi na ryby, posiłek był lekki i możemy bez wyrzutów sumienia popływać w basenie. To chyba najbardziej niezwykłe miejsce na kąpiel, jakie widzieliśmy. Zwraca uwagę gotyckie sklepienie i podniszczone kolumny, jakby z antycznej świątyni. Tajemnicze wyżłobienia na kamiennych trzonach, to – jak się dowiedzieliśmy – efekt XX-wiecznej fantazji chłoporobotników z Państwowych Gospodarstw Rolnych, którzy przywiązywali do nich byki rozpłodowe. Hmm... W każdym razie pływa się tu świetnie.
Niedziela. Godz. 10.00
Armia u bram
Zaraz za płotem otaczającym rezydencję, zaczyna się teren, na którym do 1994 roku stacjonowały wojska radzieckie. Czemu akurat tu? Jedziemy nieco wyboistą drogą gruntową wzdłuż parkanu i po chwili znamy już odpowiedź. Przed nami rozciąga się długi na dwa i pół kilometra, szeroki pas betonu. Lotnisko w Wiechlicach? Idealnie ułożone płyty mają ponad siedemdziesiąt lat. To stąd startowały w 1939 roku bombowce Luftwaffe, kierując się na Warszawę. Czerwonoarmiści wykorzystali niemiecką infrastrukturę, a nawet przedłużyli „niemiecki” pas startowy, który miał niespełna półtora kilometra. Dziś stoi to wszystko nieco opuszczone. Zaledwie kawałek pasa zajmuje małe lotnisko sportowe.
Armia u bram
Zaraz za płotem otaczającym rezydencję, zaczyna się teren, na którym do 1994 roku stacjonowały wojska radzieckie. Czemu akurat tu? Jedziemy nieco wyboistą drogą gruntową wzdłuż parkanu i po chwili znamy już odpowiedź. Przed nami rozciąga się długi na dwa i pół kilometra, szeroki pas betonu. Lotnisko w Wiechlicach? Idealnie ułożone płyty mają ponad siedemdziesiąt lat. To stąd startowały w 1939 roku bombowce Luftwaffe, kierując się na Warszawę. Czerwonoarmiści wykorzystali niemiecką infrastrukturę, a nawet przedłużyli „niemiecki” pas startowy, który miał niespełna półtora kilometra. Dziś stoi to wszystko nieco opuszczone. Zaledwie kawałek pasa zajmuje małe lotnisko sportowe.
A właścicielowi Wiechlic marzy się lotnisko z prawdziwego zdarzenia. Tłumaczy, że mało gdzie w Polsce jest już gotowy pas startowy, który wymaga jedynie niewielkiego remontu i już! Można by tu stworzyć choćby aeroklub i rozwijać turystykę. A na razie tylko, korzystając z okazji szalejemy samochodem po nieużywanym pasie startowym. Dobre i to.
godz. 12.00
Chrystus na miarę naszych potrzeb
Jadąc drogą szybkiego ruchu ze Szprotawy do Międzyrzecza nie sposób go nie zauważyć. Wprawdzie stoi tyłem do drogi, ale warto zjechać, choć na parę minut, by go obejrzeć. Jego – czyli największego Chrystusa na świecie.
Chrystus na miarę naszych potrzeb
Jadąc drogą szybkiego ruchu ze Szprotawy do Międzyrzecza nie sposób go nie zauważyć. Wprawdzie stoi tyłem do drogi, ale warto zjechać, choć na parę minut, by go obejrzeć. Jego – czyli największego Chrystusa na świecie.
O Świebodzinie zrobiło się głośno w listopadzie 2010 roku, gdy odsłonięto tu 36-metrową figurę Chrystusa Króla. Postać mężczyzny w pozłacanej koronie, z rękoma uniesionymi w geście powitania, przypomina nieco statuę górującą nad Rio de Janeiro, ale „nasz” Chrystus jest oczywiście wyższy – o całe trzy metry. Trochę danych: Sama betonowa figura ma 33 metry wysokości, ale wieńczy ją trzymetrowa pozłacana korona. Pomnik stoi na sztucznym kopcu o wysokości 16,5 metra. Rozstaw rąk postaci Zbawiciela, liczony od czubków palców lewej, do czubków palców prawej dłoni – 24 metry.
Kończymy czytać Wikipedię i podjeżdżamy pod pomnik. Z jednej strony mijamy supermarket Tesco, który figura Chrystusa omiata betonowym spojrzeniem. Mały parking pod figurą jest pusty. Wysiadamy z samochodu i słyszymy puszczaną z głośników modlitwę z Radia Maryja. Przyglądamy się w skupieniu gigantycznej postaci. No nie wiemy... Poważna, surowa twarz sześćdziesięcioletniego mężczyzny, nie kojarzy nam się jakoś z Chrystusem. Bardziej przypomina posągi królów Gondoru z Władcy Pierścieni. Może to przez tę koronę?
Godz. 14.00
MRU
Jeśli ktoś nadużywa sformułowań typu: „niemiecka precyzja”, czy „niemiecka racjonalność”, to powinien koniecznie wpaść na jedno popołudnie do Międzyrzecza. Tu, w rejonie dawnej granicy polsko-niemieckiej, powstał ogromy i niewiarygodnie kosztowny system podziemnych bunkrów, które Hitler nakazał wybudować, by ochronić III Rzeszę przed atakiem Polaków.
MRU
Jeśli ktoś nadużywa sformułowań typu: „niemiecka precyzja”, czy „niemiecka racjonalność”, to powinien koniecznie wpaść na jedno popołudnie do Międzyrzecza. Tu, w rejonie dawnej granicy polsko-niemieckiej, powstał ogromy i niewiarygodnie kosztowny system podziemnych bunkrów, które Hitler nakazał wybudować, by ochronić III Rzeszę przed atakiem Polaków.
Doskonale zachowane kilometry wybetonowanych korytarzy, fantastycznie zaprojektowane bunkry, a nawet całe podziemne miasta i fabryki, to cud inżynierii, a zarazem ludzkiej głupoty. Zwiedzamy podziemia z przewodnikiem, wybierając wariant najkrótszy – półtoragodzinny (14 zł od osoby). Można się umówić nawet na ośmiogodzinną „masakrę” – jak mówi przewodnik. Spacer po podziemiach, które przez lata służyły najpierw hitlerowcom, potem czerwonoarmistom, a następnie wojsku polskiemu, to niebezpieczna przygoda. Ale w wersji 1,5 godzinnej, po wytyczonej krótkiej trasie jest naprawdę dla każdego.
Międzyrzecki Rejon Umocniony (MRU) miał w założeniu ponad sto kilometrów długości, a co kilkaset metrów stały bunkry połączone siecią podziemnych dróg i „metrem”. Teoretycznie, były nie do zdobycia. Praktycznie, Armia Czerwona przeszła przez MRU w 1945 roku w jeden dzień. Zwiedzamy wnętrze najlepiej zachowanego bunkra. Są tu stanowiska karabinów maszynowych, miotaczy płomieni, sypialnie, pokoje łączności, szpital, magazyny. Sprzęt, który powinien pozwolić na długie miesiące skutecznej obrony. Czego zabrakło?
– Odpowiednich ludzi – tłumaczy przewodnik. – W 1939 roku, gdy MRU kompletnie był niepotrzebny, bo to Niemcy atakowali Polskę, obsadę jednego bunkra stanowiło 70 doskonale przeszkolonych żołnierzy. Pod koniec 1944 roku wszystkie siły przerzucono na Pomorze Zachodnie. Do zaawansowanych technologicznie bunkrów zagoniono niemieckich cywilów. Nawet nie mieli mundurów, a ich broń pochodziła z czasów I Wojny Światowej. Nawet nie mieli pojęcia o zasadach bezpieczeństwa obowiązujących w takim miejscu. Na dodatek było ich ledwie kilku na bunkier. Zginęli wszyscy. Pozostały podziemia, które są jednym z największych w Europie rezerwatem nietoperzy. A także niezwykłym pomnikiem II Wojny Światowej.
