
Austriacki Tyrol to połączenie tradycji i nowoczesności w idealnych proporcjach. Całe dnie można spędzać na świetnie przygotowanych trasach narciarskich połączonych siecią doskonałych wyciągów. Ale życie tu jest proste, jedzenie smaczne, a ludzie cenią wartości takie jak przyjaźń, gościnność i honor.
REKLAMA
Partnerem akcji jest Tyrol.pl
Gdy minęliśmy Wiedeń, niebo zasnuły ciężkie chmury i zaczął wiać silny, południowy wiatr Föhn – odpowiednik naszego tatrzańskiego halnego. Po burzliwej nocy mocno sypnęło śniegiem. Sprawdziliśmy prognozę pogody w internecie i odetchnęliśmy z ulgą.
W Tyrolu wciąż świeciło słońce, a w okolicach Kitzbühel (niem. – „wzgórze kozicy”) czekało na nas tysiąc kilometrów tras zjazdowych, 356 wyciągów krzesełkowych, a przede wszystkim 280 regionalnych karczm usytuowanych przy narciarskich szlakach.
Pensjonat, w którym się zatrzymaliśmy prowadzili rodowici Austriacy, ale z poczuciem więzi rodzinnych, którego mogliby im pozazdrościć Sycylijczycy. Już od wejścia kolorowa tablica ze zdjęciami portretowymi szczegółowo informowała o zawiłościach genealogicznych właścicieli hotelu. Na stanowiskach od dyrektora do pokojówki zatrudniano wyłącznie rodzinę. Na śniadaniu zorientowaliśmy się, że familia kontroluje znacznie więcej, a właściwie to wszystko.
Jedliśmy sery i jogurty zrobione osobiście przez Marię (tak było napisane na ozdobnej kartce), bułki wypieczone przez Andreasa i wędliny z krów rasy Angus, wyhodowane przez Stefana. Po śniadaniu w pobliskiej wypożyczalni (prowadzonej – a jakże – przez kuzyna właściciela hotelu) dostaliśmy narty i zaopatrzeni w skipass na wszystkie 356 wyciągów ruszyliśmy na stok.
Wystarczy wyjechać jedną z kolejek linowych na ok. 2000 metrów, by znaleźć się w świecie fantastycznych nartostrad i gęstej sieci wyciągów połączonych tak sprytnie, że można spędzić cały dzień na nartach i pokonać kilkadziesiąt kilometrów przemieszczając się pomiędzy alpejskimi dolinami nie zjeżdżając dwa razy tą samą trasą. Jednak dziś mieliśmy inne plany. Tak jak nad Zakopanem majestatycznie wznosi się skocznia narciarska na Wielkiej Krokwi, tak Kitzbühel szczyci się najsłynniejszą trasą biegu zjazdowego na świecie – Die Streif.
Kolejką linową wjechaliśmy na górę Hannenkamm i wmieszaliśmy się w tłum narciarzy i kibiców, obserwujących z bliska zmagania pucharu świata. Już rzut oka z bramki startowej przyprawia o zawrót głowy 160 metrów niemal pionowej ściany, której pokonanie zajmuje zawodnikom przeciętnie osiem sekund. A to dopiero rozgrzewka. Rozpędzeni do stu kilometrów na godzinę mają przed sobą przeszkodę zwaną „pułapka na myszy” – wielką muldę, która wybija sportowców do 80-metrowego lotu.
Po wylądowaniu od razu jest ostry skręt w lewo, a potem w prawo – przez lodową rynnę prowadzącą przez las. Całą trasę liczącą 3312 metrów najlepsi narciarze przejeżdżają poniżej dwóch minut. Gdy stoimy przy trasie wyścigu, już blisko mety, zawodnicy przejeżdżają obok nas z prędkością 140 kilometrów na godzinę. Dźwięk nart ślizgających się po śniegu, specjalnie utwardzonym chemikaliami do konsystencji betonu, przypomina dudnienie kontrabasu na najniższej strunie.
Popołudnie w Kitzbühel zaczynamy od spaceru po sklepach. Można się tu poczuć zupełnie jak w Zakopanem na Krupówkach – ta sama atmosfera tętniącego życiem turystycznego miasta. Choć zamiast pseudogóralskich potworków i „plomb” ze szkła i betonu, stoją tu przy głównym deptaku piękne secesyjne kamieniczki. Najsłynniejszy alpejski kurort to jedyne miasto w Austrii (poza Wiedniem i Salzburgiem), gdzie znależć można butiki największych światowych projektantów mody. Jednak konkurują z nimi śmiało i bez kompleksów miejscowi krawcy. W sklepie „Frauenschuch”, gdzie można kupić oryginalne ludowe suknie „dirndl” i skórzane spodnie „Lederhose” – tłok, w przeciwieństwie do pobliskiego magazynu Louisa Vuittona. A gdy się dobrze przyjrzeć, to na ulicy ludzie z dumą noszą choćby elementy tradycyjnych strojów, sprytnie łącząc je z narciarskimi kurtkami.
Wygląda też na to, że ulubionym sportem Austriaków (poza narciarstwem – oczywiście) jest łowiectwo. Z co drugiej wystawy sklepowej patrzą na przechodniów nieco smutne oczy wypchanych dzików, zajęcy i jeleni, a kupienie sztucera i odpowiednich akcesoriów nie wydaje się być w Kitzbühel dużym problemem.
Wieczorem, razem ze świeżo poznanymi przyjaciółmi wybieramy się do karczmy. Oczywiście nie w mieście, a na narciarskim szlaku. Przez las, pod rozgwieżdżonym niebem, wędruje zadziwiająco wielu narciarzy. „To nasza austriacka przekora” – tłumaczy znajomy Alpejczyk. „Dziesięć lat temu większość stoków narciarskich było oświetlonych i... nikt nie chciał nocą jeździć. Gdy tylko zlikwidowano lampy i ustalono, że wyciągi narciarskie kończą pracę o 16, natychmiast nocne zjazdy zrobiły się modne”. Dlatego, gdy około 22 dochodzimy do drewnianej chaty, w której mieści się restauracja, karczma tętni życiem. Właścicielka ubrana w mocno wydekoltowaną suknie „dirndl” wita nas wesołym: „Servus!”.
Czekając na przypominający kotlet schabowy Wiener Schnitzel wpatrujemy się w wiszącą u powały głowę diabła. To Krampus – podobno jeszcze pogański odpowiednik Świętego Mikołaja, który przynosi dzieciom rózgi 5 grudnia – na dzień przed „dobrym” chrześcijańskim biskupem. Przed nami zdecydowanie zbyt obfita kolacja i karkołomny zjazd w ciemnościach do migoczącego w dole miasta. W wypełnionej roześmianymi narciarzami chacie nie ma chyba nikogo, kto by się tym martwił. Jakby nocne szaleństwa na alpejskich halach były czymś tak oczywistym, jak dobrze wysmażony Wiener Schnitzel. Szampańska zabawa w sercu Alp dopiero się rozkręca.
