Zazdrość to brzydka cecha i nie dobrze dzieje się, kiedy zazdrość się "instytucjonalizuje" w prawie. Tak zwana "Ustawa kominowa", która ma ograniczać zarobki menedżerów w podmiotach gospodarczych ze sfery publicznej, jest niesławnym tego przykładem. Gdyby Ustawy kominowej nie dało się obejść, to znalezienie dobrych managerów dla spółek z udziałem Skarbu Państwa graniczyłoby z niemożliwością. A skoro da się ją obejść, to lepiej tę fikcję zlikwidować. Przynajmniej będziemy wiedzieć ile kto zarabia.

REKLAMA
Ustawa z dnia 3 marca 2000 r. o wynagradzaniu osób kierujących niektórymi podmiotami prawnymi ("Ustawa kominowa") ogranicza zarobki osób na szeregu stanowisk kierowniczych m.in. w spółkach państwowych lub takich, w których Skarb Państwa lub jednostka samorządu terytorialnego ma ponad 50% udział lub ponad 50% liczby akcji.
Od momentu uchwalenia "Ustawy kominowej" jest ona słusznie krytykowana przez ekspertów i organizacje przedsiębiorców jako bezsensowna i szkodliwa. Jest to bezsensowna regulacja, gdyż w obecnej formie jest dziurawa i można ją obejść. Mimo tego jednak, że można Ustawę kominową obejść, to jest ona szkodliwa, gdyż samo jej obowiązywanie i obchodzenie powoduje istotne koszty.
Skąd się wzięła Ustawa kominowa?
W czasie prac nad Ustawą kominową podnoszono szereg argumentów na jej rzecz. Mówiono między innymi o konieczności związania wysokości wynagrodzeń z efektami gospodarczymi osiąganymi przez dany podmiot. Przede wszystkim jednak chodziło o odpowiedź na "oczekiwania społeczne" likwidacji "nadmiernych wynagrodzeń". Innymi słowy, instytucjonalizację zazdrości.
Dlaczego Ustawa kominowa jest zła?
W dużym skrócie można podsumować negatywne efekty Ustawy kominowej w trzech punktach:
- ma ona negatywny wpływ na możliwości zatrudnienia odpowiedniej kadry zarządzającej;
- powoduje dodatkowe koszty związane z jej obchodzeniem;
- zmniejsza motywację menedżerów do efektywnego zarządzania spółkami.
Przykładowo, w 2009 r. objęty Ustawą kominową Lotos miał problem ze znalezieniem kandydata na wiceprezesa zarządu tej spółki, co analitycy uważali za skutek sytuacji, w której zarobki na tym stanowisku były kilkunastokrotnie niższe niż na odpowiednim stanowisku w PKN Orlen, który nie znajdował się pod rządami Ustawy.
Koszty, które powoduje Ustawa to między innymi szukanie sposobów na wynagrodzenie osób na stanowiskach kierowniczych przez zatrudnianie ich w tzw. „spółkach wnuczkach” lub spółkach zależnych, w których sam Skarb Państwa ma mniej niż 50% udziałów, przez co nie stosuje się do nich Ustawy. Inny pomysł to płacenie menedżerom za ekspertyzy sporządzane na rzecz zarządzanych przez nich spółek.
Stosuje się też praktykę ustalania wysokich odszkodowań za przestrzeganie klauzuli zakazu działalności konkurencyjnej po zakończeniu sprawowania funkcji zarządczej (odszkodowania te nie są ograniczane przez Ustawę).
Wszystkie te pomysły na obchodzenie Ustawy, które jest konieczne, by spółki ze sfery publicznej mogły zatrudniać odpowiednich menedżerów, uderzają w jeden z rzekomych celów Ustawy - powiązanie wynagrodzenia menedżerów z efektami gospodarczymi zarządzanych przez nich przedsiębiorstw. Gdyby nie Ustawa kominowa można by otwarcie tak kształtować kontrakty menedżerskie, by dawać osobom na stanowiskach kierowniczych maksymalną motywację do efektywnego zarządzania spółkami - tak jak to się dzieje w sektorze prywatnym.
Inną pozytywną konsekwencją Ustawy kominowej byłoby wprowadzenie większej przejrzystości w zarobkach menedżerów spółek sfery publicznej. Wynagradzanie menedżerów przez obchodzenie Ustawy kominowej utrudnia dotarcie do pełnej informacji o zarobkach. Niech więc prezesi zarabiają miliony, ale otwarcie.