Proponuję mały eksperyment myślowy - co by się stało gdyby zlikwidować państwowe finansowanie nauki w Polsce z dnia na dzień?
REKLAMA
W przypadku większości państwowych szkół wyższych (w tym uniwersytety), koniec publicznego finansowania oznacza koniec działalności. Niektóre uczelnie restrukturyzują się i jako fundacje lub stowarzyszenia prowadzą dalej działalność (być może los Uniwersytetu Warszawskiego i Uniwersytetu Jagiellońskiego). Katolicki Uniwersytet Lubelski (uczelnia obecnie prywatna, choć częściowo finansowana ze środków publicznych) sobie jakoś radzi, ale na mniejszą skalę.
Na czym polegałaby taka restrukturyzacja UW (wariant optymistyczny)?
- Zatrudnienie profesjonalnego zarządu.
- Grupowe zwolnienia pracowników naukowych i administracyjnych.
- Zamknięcie lub radykalne ograniczenie jednostek i kierunków, które nie mają potencjału przynoszenia ani przychodu, ani prestiżu (liczonego jako wpływ na pozycję w międzynarodowych rankingach) - w skrócie: europeistyka do śmietnika.
- Finansowanie działalności poprzez czesne i darowizny.
- Związane z powyższym: inwestycja w profesjonalny fund-raising i budowanie relacji z absolwentami oraz biznesem.
- W miejsce starej kadry, zatrudnienie najlepszych nauczycieli i badaczy z całej Polski - kryterium zdolności dydaktyczne mierzone satysfakcją studentów (chcemy czesnego) i potencjał publikacyjny (rankingi międzynarodowe). Ponieważ po denacjonalizacji popyt na pracowników naukowych się zmniejszy, konkurencja będzie tu bardzo duża.
- Istotnie wyższe wynagrodzenia dla pracowników naukowych niż obecnie (żeby przyciągnąć dobrych ludzi obecnie za granicą lub jedną lub obiema nogami w biznesie).
- Zatrudnienie profesjonalnego zarządu.
- Grupowe zwolnienia pracowników naukowych i administracyjnych.
- Zamknięcie lub radykalne ograniczenie jednostek i kierunków, które nie mają potencjału przynoszenia ani przychodu, ani prestiżu (liczonego jako wpływ na pozycję w międzynarodowych rankingach) - w skrócie: europeistyka do śmietnika.
- Finansowanie działalności poprzez czesne i darowizny.
- Związane z powyższym: inwestycja w profesjonalny fund-raising i budowanie relacji z absolwentami oraz biznesem.
- W miejsce starej kadry, zatrudnienie najlepszych nauczycieli i badaczy z całej Polski - kryterium zdolności dydaktyczne mierzone satysfakcją studentów (chcemy czesnego) i potencjał publikacyjny (rankingi międzynarodowe). Ponieważ po denacjonalizacji popyt na pracowników naukowych się zmniejszy, konkurencja będzie tu bardzo duża.
- Istotnie wyższe wynagrodzenia dla pracowników naukowych niż obecnie (żeby przyciągnąć dobrych ludzi obecnie za granicą lub jedną lub obiema nogami w biznesie).
Są na pewno rzeczy, które pominąłem, ale to tylko szkic. Dużo łatwiej miałyby szkoły medyczne, które mają duży popyt zagraniczny i potencjalne finansowanie przemysłu. Oczywiście, popyt i kapitał dostępny dla wszystkich uczelni jest w Polsce ograniczony, więc w najlepszym wypadku utrzymałoby się kilka uniwersytetów badawczych (w gorszym, być może tylko jeden lub dwa).
I bardzo dobrze! Lepsze dwa uniwersytety badawcze w pierwszej światowej setce i do tego szereg czysto zawodowych szkół wyższych niż uniwersytet w każdym powiecie, co się marzy zawodowym "wydawaczom" cudzych pieniędzy.
Wprowadzenie racjonalnego kilkuletniego planu odejścia od publicznego finansowania jest jeszcze mniej prawdopodobne niz rozwiązanie "chirurgiczne", którego jestem zwolennikiem. Wierzyć, ze urzędnicy, politycy i "eksperci" (czyt. zaangażowani profesorowie) będą w stanie taką stopniową reformę przeprowadzić, to już zbyt daleko posunięte myślenie utopijne.
Jest jeszcze jeden istotny aspekt prywatyzacji szkolnictwa wyższego - pytanie czy zostawiać "profesorom" dzisiejszy majątek uczelni? Np. w przypadku UW byłoby to dużo wartościowych nieruchomości - wystarczający kapitał żeby wypłacać sobie nawzajem pensje i nie dbać ani o badania, ani o studentów (coś jak historia Oxfordu miedzy XVII a XIX wiekiem). Dlatego ja skłaniam się do pełnej likwidacji - bez "uwłaszczenia" profesury na państwowym.
Nie obawiałbym się szczególnie upadku istotnych dziedzin nauki. Co prawda, przeżyjemy bez filologii łacińskiej na światowym poziomie, ale przykład USA i popularność programów PPE (Philosophy, Politics, and Economics) na prywatnych uczelniach pozwala jednak przypuszczać, że część "humanistyki" się utrzyma. Co do dyscyplin przyrodniczych i technicznych, te z kolei mogą (i powinny) liczyć przede wszystkim na współpracę z szeroko rozumianym biznesem.
Tekst na podstawie moich wypowiedzi na profilu barczentewicz.com na facebooku. Dziękuję wszystkim komentującym za interesujące uwagi.
