Władimir Putin konsekwentnie forsuje swoje. Z jednej strony mówi o potrzebie demokratyzacji, z drugiej - apeluje o starą rosyjską ostrożność.
REKLAMA
Premier stosuje sprawdzoną metodę tworzenia fałszywej alternatywy. Jego zdaniem, Rosja stoi przed wyborem między cierpliwością w oczekiwaniu na rozkwit oddolnych procesów a popłochem rodem z pomarańczowej rewolucji albo wydarzeń w Libii. Tę retorykę znamy od lat. Bardziej przerażają inne deklaracje. Władimir Władimirowicz ogłosił, że Rosja powinna dbać o pełną suwerenność i nie pozwalać innym krajom ingerować w jej sprawy. Co w zamian? Obietnica niewtrącania się w działania innych państw. W Rosji komentuje się te słowa jako zapowiedź, że Putin nie życzy sobie wytycznych w sprawie przeprowadzenia wyborów, a tym bardziej nie zamierza się z żadnymi instrukcjami liczyć. Kolejne demonstracje odbędą się w Moskwie już jutro. Ich hasła są tyleż nośne, co pretensjonalne. Chodzi o "wolne wybory" i "godne życie". Ciekawe, czy takie postulaty będą się mieściły w ramach oczekiwanej przez Putina stabilności, czy może władze będą "musiały" sięgać po ostrzejsze środki. Abstrahując od tych wątpliwości, czytanie o Putinie jako architekcie powolnej, acz koniecznej demokratyzacji, zawsze przyprawia o mimowolny uśmiech.
