Jelenie Isinbajewej nie udało się po raz trzeci z rzędu sięgnąć po tytuł mistrzyni olimpijskiej w skoku o tyczce. Murowana kandydatka do złotego medalu uległa Amerykance Jennifer Suhr i Kubance Yairsley Silvie. Zawody stały na niskim poziomie. Zwycięstwo dawał skok na 4,75 metra, czyli 31 cm mniej od rekordu świata, ustanowionego przez Isinbajewą na mityngu w Zurichu w 2009 roku.
REKLAMA
Rosyjskie media nie kryją rozczarowania. Po bezapelacyjnych tryumfach w Atenach i Pekinie oraz w Mistrzostwach Świata w Osace i Helsinkach, (jedynie z przerwą na Berlin, gdzie zwyciężyła sensacyjnie Anna Rogowska), nikt nie oczekiwał, że Isinbajewa może przegrać. Tym bardziej, że w lutym potwierdziła wysoką dyspozycję, nokautując rywalki w Halowych Mistrzostwach Świata w Sztokholmie, śrubując swój dotychczasowy rekord świata na hali do 5,01 m.
Dla Jennifer Suhr tryumf w Londynie to wymarzony rewanż za poprzednie igrzyska, na których przegrała z będącą wówczas poza zasięgiem Isinbajewą o 25 cm. Dla Yairsley Silvy olimpijskie srebro to z kolei pierwszy sukces w imprezie tej rangi. Dotychczas Kubanka miała na koncie bardziej „lokalne” sukcesy, jak np. tytuł Mistrzyni Ameryki Środkowej i Karaibów.
Biorąc pod uwagę poziom wczorajszego konkursu, nie cieszy rezultat Anny Rogowskiej. Jeszcze rok temu w Paryżu Polka osiągała wyniki, które pozwoliłyby wczoraj walczyć o podium. Szczególnie nie cieszą trzy spalone próby.
Jest jeszcze za wcześnie, by mówić o detronizacji Isinbajewej, która w swej dyscyplinie pozostaje niekwestionowaną królową i jedyną osobą, która nawiązała do dokonań Serhija Bubki. Już wiemy, że za 4 lata w Rio do Janeiro Isinbajewa nie wystartuje. Po raz ostatni skoczy na przyszłorocznych Mistrzostwach Świata w Moskwie. Trudno sobie wymarzyć piękniejsze okoliczności na zakończenie kariery.
