Stało, a oficjalnie dopiero stanie się to, co było jasne od początku. Rosjanie wybrali – by zacytować tytuł popularnej piosenki propagandowej - „takiego jak Putin”. Wybrali drugiego po Baracku Obamie najbardziej wpływowego według magazynu „Forbes” człowieka na świecie. Wybrali go po raz trzeci i na długo. Być może nawet do 2024 roku.

REKLAMA
Odkąd usunięto z kart wyborczych rubrykę „przeciwko wszystkim”, dla wielu Rosjan wybory straciły sens. Odebrano im prawo do nic nieznaczącej manifestacji, która dawała jednak pozór buntu. Rezultat dzisiejszych wyborów jest jak roześmianie się w twarz wszystkim protestującym po wyborach do Dumy. Nie ma znaczenia, czy na ulicę wyjdzie jutro sto, czy dwieście tysięcy ludzi. Z tego tłumu nie wyłonił się jak dotąd żaden poważny lider.
Fałszerstwa? Machinacje? Pewnie były, ale nie są władzy potrzebne. Dla większości myślących obywateli oddanie głosu na Putina było jedynym racjonalnym rozwiązaniem. Giennadij Ziuganow jest zgorzkniałym kryptostalinistą. Władimir Żyrinowski, lider Liberalno-Demokratycznej Partii Rosji, która nie jest ani liberalna, ani demokratyczna, to sfrustrowany demagog. Siergiej Mironow był, jest i będzie kremlowskim satelitą i szkoda nawet czasu na analizę jego kandydatury. Michaił Prochorow, jedyny nowy gracz kampanii, chyba sam nie do końca wie, po co w ogóle startował.
W takiej scenerii tryumf Putina był równie konieczny, co oczywisty. Zwyciężyła względna stabilność i siła przyzwyczajenia. Wygrał przeciętny człowiek, który zasłania swoje braki, otaczając się aurą enigmatyczności. Nie będzie powrótu króla ani carskiej Rosji. Prezydentem zostanie sprawny, zimny i cyniczny urzędnik. Człowiek, którego mentalność ukształtowały służby. Pragmatyk i duchowy spadkobierca starego reżimu. Polityk pozbawiony jakiejkolwiek wizji i głoszący niebezpieczne poglądy. Wróg Zachodu i bezwzględny autokrata, przemycający frazesy o demokracji, w które ani trochę nie wierzy.
Komentatorzy nie do końca rozumieją istotę potęgi Putina. W moim przekonaniu uwydatnia się ona nie tyle na tle mocarstwowych zapędów, co w świetle obronności kraju. Zjadaczy chleba nie interesuje liberalizm Prochorowa, czy inteligencja Kasparowa. Nie czytają też prowolnościowych wpisów na blogach radia Echo Moskwy albo Nowej Gazety. Potrzebują suwerena, który – trochę jak u Thomasa Hobbesa – zapewni im bezpieczeństwo, choćby mieli się wyrzec znacznej części wolności. A Putin – przynajmniej na poziomie werbalnym – takie bezpieczeństwo zapewnia. Obietnica ścigania terrorystów nawet w wychodkach to z punktu widzenia większości obywateli znacznie ważniejsza deklaracja, niż wola otwarcia się na świat.
Putinowi odpowiada z kolei poparcie właśnie takiego elektoratu. Jest jak Bóg z wiersza Zbigniewa Herberta „Pan Cogito opowiada o kuszeniu Spinozy”, który mówi: „chcę być kochany przez nieuczonych i gwałtownych, są to jedyni, którzy naprawdę mnie łakną”.
Putina nie interesują też żadne realne przemiany społeczne. Nieco przestraszony skalą ostatnich manifestacji, szybko opanował nośne komunały o potrzebie rozwoju społeczeństwa obywatelskiego. Sądzę, że w istocie bliżej mu do postawy, którą świetnie oddaje słynny sms Adama Halbera do Roberta Kwiatkowskiego: „Chwała nam i naszym kolegom. Ch... precz.”
Co dalej? Dalej będzie – jak powiedział Franz Maurer w „Psach” Władysława Pasikowskiego - „tak samo albo lepiej”. Nie powinniśmy oczekiwać żadnych szybkich zmian. Nadzieję niosą jednak edukacja i internet. Coraz więcej Rosjan kończy studia, wyjeżdża, czyta zagraniczną prasę i wyraża sprzeciw. Dzięki aktualnemu zaawansowaniu technologicznemu nie trzeba cierpieć na barykadach. Można swobodnie atakować system w zaciszu swojego mieszkania. Sądzę, że właśnie to będzie kluczowe dla demokratyzacji Rosji. Putin nie będzie tutaj przeszkodą. Mimo wyniku wyborów, Rosjanie nie są ludźmi prezydenta. A przynajmniej większość z nich nie jest.