Odkąd Władimir Putin po raz pierwszy zrezygnował z tzw. „bezpośredniej linii”, czyli spontanicznych odpowiedzi na pytania słuchaczy, w Rosji rozgorzała dyskusja o stanie jego zdrowia. Jakkolwiek ten precedens można by było wytłumaczyć, to odwołanie wizyty w Pakistanie i Turcji, przełożenie wyjazdu do Indii i deklaracja wysłania do Turkmenistanu Dmitrija Miedwiediewa budzą poważniejsze wątpliwości.
REKLAMA
Według doniesień rosyjskich serwisów, Putin ma poważne problemy z kręgosłupem. To one mają być bezpośrednią przyczyną zmiany grafika prezydenta. Zwolennicy Władimira Władimirowicza bronią wersji, że ewentualny uraz Putina jest związany ze sportowym przetrenowaniem. Opozycja podnosi larum, że oficjalna propaganda ukrywa fakt poważnej choroby głowy państwa. Pojawiają się nawet głosy, że kremlowscy PR-owcy lansują wizję sprawnego i wiecznie niepokonanego judoki, podczas gdy Putin jest tak samo schorowany, jak – wbrew oficjalnym wówczas doniesieniom – JFK.
Rzecznik prasowy Putina, Dmitrij Pieskow, wydał oświadczenie, że niedomagania prezydenta to nawrót dawnej kontuzji, który ma jednak charakter przejściowy i wysnuwanie teorii co do jej wpływu na możliwość dalszego uczestnictwa w życiu publicznym, to próby nieudolne i absurdalne.
Nie rozstrzygając, z braku danych, o faktycznym stanie zdrowia Putina, nie dziwi mnie fakt, że Kreml chce mieć ten temat jak najszybciej za sobą. Rosjanie nie chcą żyć pod wodzą schorowanego człowieka. Pamiętają jeszcze czasy ledwo żywych Breżniewa, Andropowa i Czernienki, a potem miłośnika dobrze zmrożonej wódki, Borysa Jelcyna, który miał na koncie niemal tyle zawałów, co lat prezydentury.
Kończąc metaforycznie, obawy Rosjan o zdrowie Putina są chyba szczere. W końcu niepokój, że rządzić będzie chory człowiek o nieograniczonych możliwościach wydaje się uzasadniony.
