Koncert Rolling Stones’ów w Moskwie, scheda po Tołstoju, nowe gatunki wódek, śmierć ukochanej córki Stalina… W najnowszej książce Wacława Radziwinowicza tematów nie brakuje. Bywa śmiesznie i smutno, ale zawsze jest ciekawie. To obowiązkowa pozycja dla wszystkich, którym losy naszych wschodnich sąsiadów nie są obojętne.

REKLAMA
Radziwinowicz przyjmuje Rosję ze wszelkimi tego konsekwencjami. W Polsce jeszcze dziś bycie rusofilem jest w wielu kręgach niepopularne i krytykowane. Tworzy się przy tym fałszywy obraz, jakoby taka postawa pociągała za sobą serwilizm polityczny i usytuowanie się – na poziomie etycznym - po niewłaściwej stronie barykady.
Także z tego powodu zbiór reportaży wydanych przez wydawnictwo Gazety Wyborczej to tak ważna publikacja w burzliwym czasie rzucania haseł o walce z „przemysłem nienawiści” przez tych, którzy najbardziej go podsycają. Opieranie wizji Rosji na fundamentach położonych w 1772 r. przez lata skutecznie przykrywało jej co najmniej równie ważne oblicze.
Oblicze, które ginie w gąszczu polityki „odkłamywania” dawno już w sporej części odkłamanej historii i patrzenia na Rosję oczami lat 80’, a tym bardziej lat 40’ czy 50’. To prawda, służby nie śpią. Pamiętamy o Litwinience, Politkowskiej, Chodorkowskim, Lebiediewie i sfingowanych zamachach.
Ale przecież są różne Rosje. Jest Rosja złotych kopuł cerkiewnych, Rosja sławnej szkoły baletowej, Rosja wielkich pisarzy i kompozytorów i Rosja dobrych ludzi.
Jest też, o czym trzeba pamiętać, Rosja nacjonalistów, którzy nawet obowiązującą flagę mają za „burżuazyjną szmatę”. Jest Rosja fali wojskowej i zapomnianych weteranów z Afganistanu. Jest Rosja „białej gorączki”, płynąca w sprzedawanej dzieciom źle oczyszczonej wódce i Rosja zubożałych prowincji.
Wacław Radziwinowicz w swoich tekstach pokazuje wszystkie te Rosje. Bez zbędnego patosu i efekciarstwa, które przy takiej tematyce są wyjątkowo kuszące i wielu w tę pułapkę wpada. Dziennikarz nie przejaskrawia faktów i nie jątrzy starych ran. Zamiast tego sumiennie relacjonuje życie „Rosji dnia codziennego.”
Gwałtowne przemiany z lat 90’ znacznie wyprzedziły zmiany w mentalności. Reformy gospodarcze i większy dostęp do usług okazały się znacznie szybsze od porzucenia komunistycznego myślenia. Właśnie dlatego mocarstwowa duma przykrywająca wątłą pozycję jednostki jest wciąż aktualna, a mit cara - nawet w świetle niesłabnących manifestacji – wydaje się nieszczególnie zagrożony.
Dziś czystej wody tragedię sprzed lat zastąpił tragikomizm. To, o czym czytamy, przypomina często filmy Stanisława Barei, a nasz dawny resentyment zastąpiły sentymenty. To dobry znak. Być może to – symbolicznie - pierwszy z owadów, który wyleciał z powłoki do słońca wolności, o czym, cytując Mickiewicza, tak celnie pisał we wstępie Adam Michnik.
Dla nas najważniejsze, że w czasach Google’a Wacław Radziwinowicz wziął na siebie rolę Gogola.