„Życie i los” W. Grossmana to dzieło totalne. W pewnym sensie zawiera w sobie „Archipelag Gułag”, „Jeden dzień Iwana Denisowicza” „Los człowieka”, „Doktora Żywago” i „Wojnę i pokój”. Wydawałoby się, że jakkolwiek taki ładunek emocjonalny można próbować przenieść do teatru, to nie sposób wyobrazić sobie, jak oddać w nim warstwę historyczną, historiozoficzną i po prostu fabularną.
REKLAMA
Z tego punktu widzenia Lew Dodin podjął się sztuki niezwykle trudnej. Przed spektaklem można było stawiać pytanie, czy po koniecznym z reżyserskiego punktu widzenia okrojeniu Grossmana, zostanie jeszcze esencja.
Tematami „Życia i losu” są, podobnie jak w zasadzie całej literatury rosyjskiej z tego okresu, zetknięcie człowieka z historią, przypadkowość tej historii, banalność zła i pewna dziejowa losowość w obsadzaniu ról ofiar i oprawców.
Życie w takich realiach sprowadza się do nieprzerwanego pasma dylematów. Pozwolić się zgładzić jak Babel, Pilniak czy Gumilow? Próbować, jak Gorki, odnaleźć się jakoś w niełatwych realiach, żeby na końcu i tak przegrać? Dać sobie zamknąć usta jak Pasternak czy Bułhakow i tryumfować po śmierci?
Naukowcy stawiali przed sobą inne problemy, ale ich natura też była niebłaha. Dostosowywać logikę arystotelesowską do Lenina i Engelsa czy odwrotnie? Działać w zgodzie z nauką czy w zgodzie z Berią? Co zwycięży w starciu między prawdą a Stalinem, jeśli w ogóle sam Stalin nie jest prawdą?
Inne gatunkowo, ale podobne emocjonalnie i moralnie problemy mieli prości żołnierze i obozowi stróże. W spektaklu w bez zbędnego moralizatorstwa pokazany jest prosty fakt, że problemy są często czysto subiektywne i znalezienie się po bezpieczniejszej stronie barykady niekoniecznie daje szczęście.
Te dylematy są w spektaklu Dodina genialnie pokazane na płaszczyźnie scenograficznej. Zekowie z obozów sowieckich grają w siatkówkę z więźniami hitlerowskimi. Piłka trafia do przypadkowych postaci, a w całej tej spirali nikt nie wie, jak i do kogo ją rzucać. Zacierają się też różnice, o co kto walczył i w co wierzył. Gestapowski kapo zauważa błyskotliwie, że to bzdura, że komunistom nie przeszkadzają Żydzi. Jak wymordują już wszystkich kułaków, trockistów, bucharinowców i kompozytorów, to wtedy przyjdzie pora i na Żydów.
Bohaterowie „Życia i losu” to w większości postaci u kresu sił i być może u kresu drogi. Wielka polityka, tak jak nafta z „Kwiatów polskich” Tuwima, nie jest ich. Podobnie jak w wierszu Kornhausera, nie chcą już umierać „ani za Irlandczyków, ani za Wietnam ani za Partię”- jeśli już w ogóle to po prostu za świat.
