Film Piotra Busłowa można krytykować na niemal wszystkich płaszczyznach. Poza bardzo dobrą kreacją odtwórcy tytułowej roli, Siergieja Biezrukowa, sprawnością muzyczno-wizualną, poprawną grą reszty aktorów oraz kilkoma scenami pobudzającymi do dłuższej refleksji, przeszło dwugodzinne widowisko nie ma w zasadzie żadnych zalet.

REKLAMA
Przede wszystkim w filmie nie ma samego Wysockiego. W nadmiernie wyeksponowanym wątku problemów ze zdrowiem, alkoholem, narkotykami i MSW, ginie nie tylko istota jego twórczości, ale i osobowości. W centrum filmu pokazano "służbowe" otoczenie poety przypominające "eskortę" z "Epitafium dla Boba Dylana" Jacka Kaczmarskiego. To wątek ważny, ale nie tak jak "Hamlet", Teatr na Tagance i Marina Vlady.
Zastanawia fakt, dlaczego nie wykorzystano bogactwa artystycznego Wysockiego - choćby fragmentarycznie nie odniesiono się do Jesieninowskiego "Pugaczowa" z genialnym monologiem granego przez W.W. Chłopuszy, tylko wzmiankowano "Hamleta", nie pojawiła się niemal żadna z wielkich pieśni, jak choćby "Konie narowiste", Rajskie jabłka", "Ballada o miłości" czy "Łaźnia". W całości pominięto też genialne kreacje filmowe Wysockiego.
Pole do popisu było tym bardziej ogromne, że fabuła jest osadzona w tak bogatym okresie życia Wysockiego - wtedy, kiedy ostatkiem sił grał jeszcze Hamleta, kiedy napisał pożegnalny wiersz dla Mariny Vlady (jeden z najgenialniejszych w jego dorobku) i wreszcie kiedy młodzi Rosjanie łamali gitary na jego grobie, a olimpiada w Moskwie odbywała się przy półpustych trybunach.
Filmowemu Wysockiemu zabrakło 'nerwu', który był przecież jego wyróżniającą cechą, tym, za co go wszyscy kochali. Owszem, stan jego zdrowia w 1979 r. był już bardzo ciężki, ale nie trzeba długo szukać nagrań, na których widać, że do samego końca potrafił porwać publiczność. U Busłowa widzimy natomiast Wysockiego wygasłego i nieobecnego, zastygłego pod maską obojętności, braku złudzeń i jak gdyby bez marzeń. Ten obraz sam w sobie nie jest fałszywy, ale jest niepełny i nie pokazuje prawdy o Wysockim, który za życia dziękował, że może żyć.
Poniżej zamieszczam pożegnalny wiersz W. Wysockiego, który przetłumaczyłem wspólnie z Antkiem Gustowskim.
"Na górze lód, na dole... Ja się chwieję.
Czy przebić górę, czy przewiercić dół?
Wypłynąć by i jeszcze mieć nadzieję.
Ale tam wiz nie dają - tak jak tu.
Ten lód nade mną prawie jest pęknięty.
To nie z gorączki dreszcze - ty to wiesz.
Wrócę do ciebie jak w tej pieśni, jak okręty,
Będę pamiętał wszystko - każdy wiersz.
Choć nie mam pięćdziesiątki, śmierć za progiem.
Dwanaście lat już tylko ciebie mam.
Wiem, co zaśpiewać, gdy postawią mnie przed Bogiem
I bronić się na Sądzie będę sam."