...czyli dwa reportaże i jedna książka podróżnicza, dwie fantastyczne pozycje i jeden niewypał

REKLAMA
Mateusz Janiszewski – „Dom nad rzeką Loes”
logo
Pierwsze zdanie: „Willa rzucała się w oczy już z daleka.”
Założyłem sobie z góry, że skoro jest to książka o kraju, o którym nie mam zielonego pojęcia (Timor Wschodni) i w dodatku jest to opowieść o wyspie, a jak wiadomo choćby po lekturze genialnego reportażu „Jutro przypłynie królowa” Macieja Wasielewskiego, społeczności wyspiarskie są fascynujące, to powinna to być co najmniej udana lektura. Niestety nie była. Ale po kolei.
Temat rzeczywiście arcyciekawy – państewko na, brutalnie pisząc, zadupiu świata. Z trudną historią zarówno tą sprzed wielu lat, jak i z tą ostatnią, najświeższą. Ze zbrodniami, masakrami, gwałtami, przerażającym ludobójstwem. Ze skorumpowanymi politykami, wzajemną niechęcią wewnątrz społeczeństwa, dotkliwą biedą, niedawną wojną partyzancką, bardzo złym sąsiadem w postaci terroryzującej Indonezji i z równie złymi wpływami płynącymi z Zachodu. Dostaje się tu równo Amerykanom, ONZ-etowi, jaki i pomocy humanitarnej, a w zasadzie przemysłowi humanitarnemu, który miast pomagać głównie jątrzy. Tematów jest tu bez liku. Stara się je nam przybliżyć autor, młody chirurg, który zjawia się na Timorze jako wolontariusz nie związany z żadną organizacją humanitarną i leczy ludzi w klinice, położonej w slumsach stolicy Dili.
Napisałem nie bez powodu stara się, bo Janiszewskiemu średnio to wychodzi. Książka napisana jest bardzo oszczędnym językiem (co akurat lubię) i zbudowana jest z krótszych bądź dłuższych fragmentów. Są wśród nich takie, niosące ze sobą jakieś fakty, historie i spostrzeżenia, które aż prosi się żeby rozwinąć (czego autor niestety nie czyni). Takie, które są nie specjalnie zajmującymi opisami (a szkoda bo mogły by być) i takie, w których czasami nie za bardzo wiadomo o co chodzi, bo ślizgają się po jakieś zagmatwanej onirycznej rzeczywistości. Ale to co wkurzało mnie najbardziej podczas całej, miejscami wręcz męczącej lektury, to prowadzenie trzecioosobowej narracji. Reportaż w trzeciej osobie? Nieee, to się nie mogło udać. I śmiem twierdzić, że się nie udało. A szkoda, bo potencjał był naprawdę duży.

Rory Stewart – „Między miejscami. Z psem przez Afganistan”
logo
Pierwsze zdanie: „Przyglądałem się dwóm mężczyznom, którzy weszli do holu hotelu Mowaffaq.”
2002 rok. Afganistan tuż po upadku reżimu talibów i inwazji Amerykanów. Autor, który dopiero co przewędrował na piechotę Indie, Nepal i Iran, zamierza zwieńczyć dzieła i przejść z Heratu do Kabulu. Szlakiem Babura, potomka Czyngischana, zdobywcy Indii. Niedostępnymi górskimi szlakami. W styczniu, zimą. Kiedy ogromne pustkowia i niedostępne miejsca pokryte są warstwą śniegu po pas, wieje przenikliwy wiatr i ściska mróz. Samotnie. W skrajnie niebezpiecznych warunkach. Poroniony pomysł prawda? Co prawda na początku swej drogi dostaje przymusową ochronę w postaci trzech żołnierzy, ale później wędruje już jedynie w towarzystwie bezzębnego, starego, wielkiego psa Barbura, który podczas większej części drogi przysparza mu tylko samych kłopotów. Trzeba być wariatem albo mieć jaja jak arbuzy, żeby zdecydować się na taki „spacerek”. Stewart pod koniec tej wędrówki opisywał się tak:
„Miałem biegunkę i suchy kaszel (…) Pogryzły mnie pluskwy, miałem swędzące potówki, długie paznokcie i włosy niestrzeżone od czterech miesięcy. Przed drzwiami domu komendanta przesunąłem brudnymi dłońmi po rzadkiej bródce, podbitym oku, popękanych wargach i łuszczącym się nosie. Spojrzałem na swoje nie prane od trzech tygodniu ubranie. Mogłem zrozumieć, dlaczego komendant nie od razu wykazał chęć, by udostępnić mi na noc swoją podłogę.”
Właśnie. Samobójcza wyprawa szkockiego podróżnika na pewno skończyła by się fatalnie, gdyby nie serdeczność ludzi, których spotkał po drodze. Zarówno zamożni lokalni watażkowie czy też biedni chłopi żyjący w glinianych chatkach, wszyscy (no prawie wszyscy) odnosili się do Stewarta z szacunkiem, życzliwością i gościnnością. Wiele jest ostatnio książek o chodzeniu i każda (z tych, które czytałem) co najmniej dobra, ale ta podobała mi się wybitnie. Wiele nieznanych, ciekawych faktów historycznych. Udana próba przybliżenia tego dziwnego i skomplikowanego kawałka świata. Z jego kolejnymi wojnami i zawirowaniami polityczno-etniczno-religijnymi, ale też z jego nieznaną większości, bogatą kulturą. Erudycja autora. Pięknie opisana sama droga i wędrówka. Plastyczne obrazy, przekonywujące przygody czy krótkie migawki, które potrafią przenieść czytelnika w tamtą rzeczywistość. Do tego jeszcze fajne wyspiarskie poczucie humoru:
„- Dlaczego został pan mudżahedinem? – spytałem Sajjeda Omara.
- Ponieważ radziecki rząd zakazał moim kobietom noszenia chust i skonfiskował mi osły.
- A czemu walczył pan z talibami?
- Bo zmusili moje kobiety do noszenia burek zamiast chust i ukradli mi osły.
Wyglądało na to, że gdyby zostawiono strój jego kobiet i jego osły w spokoju, nie przeciwstawiłby się rządowi.”
Bardzo dobra rzecz.

Scott Carney – „Czerwony rynek. Na tropie handlarzy organów, złodziei kości, producentów krwi i porywaczy dzieci”
logo
Pierwsze zdanie: „Podinspektor zaciąga się po raz ostatni papierosem i wyrzuca go przez okno.”
Pozycja obowiązkowa. Reportaż, którzy od pierwszej do ostatniej strony czyta się z wypiekami na twarzy. Taki, od którego ciężko się oderwać - jak od najlepszego kryminału. Z jednej strony totalnie przerażający, a z drugiej niezwykle fascynujący. Mocno niepokojący w swym ogólnym wydźwięku. Zmuszający do myślenia i refleksji. Ba, myślę, a nawet jestem pewien, iż po jego lekturze wiele osób totalnie zrewiduje swoje poglądy na pewne sprawy. Dotykająca bezpośrednio, bardzo wyrazista książka. Napisana co ciekawe bardzo oszczędnie. Bez zbędnych fajerwerków, jakiś odautorskich zabiegów, wielkich refleksji, nakręcania spirali czy bicia piany. Fakty, fakty i jeszcze raz fakty plus wzorowa reporterska robota. I jeszcze kilka opisów i scen, których jak mniemam długo nie zapomnę. Takich jak ferma krwi, w której z półżywych, porwanych i uwięzionych mężczyzn toczy się ten życiodajny płyn. Albo takich jak fabryka kości:
„Pal tłumaczy mi, jak wyglądał proces produkcyjny w fabryce. Najpierw zwłoki owijało się siatką i wkładało rzeki, gdzie mniej więcej w ciągu tygodnia bakterie i ryby zamieniały je w luźną stertę kości i miękkiej papki. Potem pracownicy oczyszczali kości i gotowali je w wodzie zmieszanej z sodą kaustyczną, by rozpuścić pozostałości tkanki miękkiej. Po tym zabiegu kości nabierały żółtego zabarwienia. Aby przywrócić im medyczną biel, przez tydzień suszyło się je na słońcu, a potem zanurzało w kwasie solnym.”
Podobnych opisów jak z horroru wyjętych, jest tu jeszcze kilka.
Czego rzecz dotyczy mówi już sam podtytuł. Carney wziął na warsztat temat globalnego handlu ludzkim ciałem – od kości, poprzez krew, włosy, narządy do przeszczepów, komórki jajowe, aż po surogatki czy dzieci, które można kupić raptem za trzysta, trzysta pięćdziesiąt dolarów. Prześledził temat od Indii poprzez Chiny, USA, aż po Cypr. Opisał wszystko z precyzją chirurga i pokazał kilka ważnych kwestii. Na tym rynku najważniejszy jest pieniądz i chęć zysku. Jeśli masz kasę możesz kupić wszystko, bo znajdzie się zawsze jakaś zdesperowana biedna osoba, która da sobie wyciąć nerkę, wynająć łono czy oddać dziecko. Medycyna to wspaniała nauka, która codziennie ratuje ileś tam istnień ludzkich, ale służy też bardzo brudnym i ciemnym interesom. Ludzkie ciało nie jest niczym innym niż zbiorem części, które po rozparcelowaniu można sprzedać i nieźle na tym zarobić. Człowiek jest istotą wstrętną i bezlitosną.

Aktualnie czytam:
logo