… czyli Varga eksplorujący tamtejszą kuchnię, prowincję i własne wspomnienia

REKLAMA
Krzysztof Varga – „Czardasz z mangalicą”
logo
Pierwsze zdanie: „Jechałem do Miszkolca po paprykową słoninę z mangalicy i węgierskie wino, jakbym jechał po złote runo.”
Co najmniej od ostatnich trzech lat, Varga jest na wysokiej literackiej fali. Kapitalne „Trociny”, zbiór celnych i zawodowo napisanych felietonów „Polska mistrzem Polski”, a teraz „Czardasz z mangalicą” czyli po bardzo dobrym „Gulaszu z turula”, druga część tryptyku o Węgrzech (tak, tryptyku – autor zdradził w jednym z wywiadów, że będzie część trzecia). „Czardasz” jest równie dobry co „Turul”, i jest jego kontynuacją oraz w pewnym stopniu uzupełnieniem. Świetnie się go czyta, śmiem twierdzić nawet, że lepiej niż nominowanego do nagrody Nike „gulaszowego” poprzednika. Varga bowiem niesamowicie rozwinął swój styl i kunszt pisarski. Te jego długaśne, imponujące barokowe frazy. Częsta skłonność do dygresji, gdzie jedno wspomnienie wywołuje drugie, kolejne skojarzenie, następne, drobna uwaga głęboką myśl a jakieś spostrzeżenie ciekawą refleksję. I choć brzmieć to może trochę dla niektórych niezbyt zachęcająco, to zaręczam, że żadnego przynudzania tu nie ma. Jest za to faktycznie nieco gawędziarski, ale za to doszlifowany, kapitalny styl i równie udany język. A po za tym, to, za co lubię tego pisarza najbardziej – melancholia i liryzm wymieszana z prześmiewczą ironią w idealnych proporcjach.
Jest też i pewne zaskoczenie, bo jakoś nie sądziłem, że autor ten może tak fantastycznie pisać o jedzeniu. Kapitalne fragmenty, jak ten o zupie rybackiej, odnalezionym po ojcu starym restauracyjnym menu czy kiszonkach na jednym z napotkanych bazarów. I te wszystkie porkolty, paprykarze, langosze, lecza, galuszki i inne ciężkostrawne przysmaki. Albo też trochę kulinarnych ekstrawagancji w postaci płucek, kogucich grzebieni czy jąderek. Tu nawet zwykły sznycel wciśnięty w kromki chleba jest opisany tak, że ślina cieknie. Tak, dla czytelników lubiących zjeść, to nie będzie łatwa lektura – język sam się oblizuje, a żołądek ściska. Węgierska kuchnia, jej smaki, stają się tu często przyczynkiem do tego by snuć kolejne meandryczne opowieści. Gatunkowi, który uprawia w „Czardaszu” Varga, najbliżej jest do eseju ale po za nim znajdziemy tu i coś na kształt reportażu, do tego intymne wspomnienia czy fragmenty ocierające się o poważne teksty historyczne. A między nimi takie np. smakowite, felietonistyczne kąski:
„Dziś pisarz nie mógłby być chyba przy okazji ćpunem, boby go traktowano jak ćpuna, a nie jak pisarza, dziś nawet być pisarzem alkoholikiem nie jest łatwo. Pisarze przyszłości, jeśli będą chcieli być traktowani jak poważni literaci, nie tylko nie będą mogli pozwolić sobie na bycie narkomanami czy alkoholikami ani tym bardziej szaleńcami, ale będą też zmuszeni prezentować normalność, pragmatyczność i zdrowy tryb życia. Będą musieli uprawiać jogging i ekologicznie się odżywiać, będą sobie przeszczepiać włosy i robić lifting, doprawdy czarną przyszłość widzę przed zawodem pisarza.”
logo
Krzysztof Varga Foto: Lukas Zentel
Gawęda, którą prowadzi pisarz objeżdżając samotnie prowincjonalne i mało atrakcyjne wydawałoby się Węgry, dotyka różnych tematów, rzeczy, miejsc, spraw, zjawisk, wspomnień i przemyśleń. Jest wiele osobistych podróży w przeszłość, zwłaszcza screenów z dzieciństwa i tych dotyczących relacji z ojcem – ujmujący zwłaszcza fragment o filatelistyce. Poza retrospekcjami Vargę fascynują na przykład cmentarze i pomniki (zapaskudzone przez ptaki – „wszyscy obsrani mniej lub bardziej”), których w kraju jego ojca jest bez liku. Kręcą go przedmieścia i dworce kolejowe, które zazwyczaj „są śmierdzące i smutne”. Jeżeli restauracje czy zwykłe knajpy, to tylko takie, które są gdzieś na uboczu, pochowane przed turystami, proste a nawet zapyziałe. Podobnie jak w „Gulaszu z turula” pochyla się znów nad tymi wszystkimi węgierskimi traumami, lękami, klęskami i porażkami, odnajdując w nich punkty wspólne z tymi polskimi. „Chcę tylko powiedzieć, że jako pół Polak, a pół Węgier nosić muszę podwójne brzemię klęsk, brzemię porażek dwóch narodów, to naprawdę nie jest przyjemny ciężar.” Do tego obowiązkowo w sporej dawce tamtejsza literatura i poezja ale także historia czy film – zajmujące zwłaszcza historie o kobietach hurtowo trujących swoich mężczyzn. Nie za dużo jest za to miejscowej polityki, co uznaję akurat za zaletę. Autor eksploruje węgierskość jak się tylko da i robi to naprawdę wyśmienicie.
„Węgry to jest chyba jedyny kraj Zachodu, który się repoganizuje (choć zdaje się, że Skandynawowie też mają ku temu mocne ciągoty), który staje się choć w części krajem rządzonym przez szamanów dawnej wiary, i to jest oczywiście obłąkane i w tym swoim obłąkaniu piękne. A pamięć to jest modelarstwo właśnie, klejenie przeszłości z gotowych elementów, które można jednak składać w najdziwaczniejsze figury, na Węgrzech tysiące, setki tysięcy modelarzy amatorów klei, maluje i nanosi kalkomanie na swoje wyobrażenia o przeszłości, którą chcą przenieść w przyszłość, kleją swój model węgierskości osobnej od Europy, od jej waporów, usiłują stworzyć wielkie, węgierskie, pogańskie odrodzenie. Usypują sobie wyspę Magor na oceanie obcości europejskiej, Ultima Thule w samym środku kontynentu.”
Nie trzeba znać Węgry, żeby zachwycić się tą książką. Za to po jej lekturze ma się wielką ochotę kraj ten poznać. Przejechać się jakimś węgierskim zadupiem, zjeść zupę rybną, napić się palinki i zakąsić słoniną z mangalicy.

Aktualnie czytam:
logo